SKI JUMPING-OLY-2018-PYEONGCHANG-PODIUMOd paru dni publicznie i dogłębnie analizujemy, dlaczegóż to dwaj polscy skoczkowie narciarscy, którzy po pierwszej serii olimpijskiego konkursu w Pjongczangu zajmowali lokaty złotą i srebrną, po serii drugiej znaleźli się jednak poza podium. Okazuje się, że mamy w kraju przynajmniej parę milionów wybitnych ekspertów od wyjaśniania takich spraw i każdy z nich, jak się odpowiednio natęży, natychmiast potrafi podać przyczynę. Odżywa wtedy niejako klimat słynnych, sejmowych komisji śledczych. A ponieważ spadają kartki z olimpijskiego kalendarza i „zaplanowanych” medali wciąż brak, tylko patrzeć jak atmosfera wokół koreańskich igrzysk może się mocniej zagęścić. Co cztery lata, na przemian przy igrzyskach letnich i zimowych, nie kryję zdumienia tym osobliwym perpetuum mobile.

W roku 1996 pracowałem w ekipie TVP, obsługującej święto światowego sportu w Atlancie. Była to fantastyczna lekcja olimpijskich realiów. Z moim kolegą Waldkiem Heflichem oraz operatorem kamery mogliśmy buszować po ważnych arenach i z najbliższej odległości śledzić np. medalowe występy polskich zapaśników, albo judoki Pawła Nastuli. Doszło do mnie wtedy, jaki detal potrafi czasem zadecydować o zdobyciu medalu bądź jego braku. Jakiś okrzyk stojącego z boku trenera, grymas na twarzy rywala, łut szczęścia, albo ten ułamek sekundy, kiedy zawodnik decyduje się na jedną akcję i robi ją w stylu wcześniej nieoglądanym. Zapamiętałem rozmowę z planistą polskiej reprezentacji, działaczem prognozującym występ całej ekipy i jej końcowe miejsce. Spytałem, czy podglądając tak wiele razy tę dziwną, medalową układankę nie boi się zwykłego przypadku, jaki może przekreślić jego papierowe przymiarki. Nie odpowiedział wprost. Lekkim gestem dłoni oraz wyrazem twarzy dał mi do zrozumienia, że to co robi to są jednak ruchome piaski.

Rzecz w tym, że zdecydowanie za mało mówimy dziś o takich realiach sportu. Nie wykorzystujemy też autorytetu ludzi, którzy byli choć raz na pierwszej linii frontu i na własnej skórze doświadczyli, co to znaczy mierzyć się z wielką presją. Do tego wszystkiego dochodzi ten ogłupiający zachwyt sukcesem i tylko sukcesem. Uświadomił to nestor polskich olimpijczyków, fantastyczny przed laty alpejczyk i niesłychanie mądry życiowo człowiek, Andrzej Bachleda. Zaproszony na rozmowę do olimpijskiego studia Polsatu wyraził w pierwszym rzędzie swoje zdziwienie. Czemu – pytał – nie potrafimy się teraz cieszyć czwartym i piątym miejscem na świecie, za to szalejemy z teorią spisku tam, gdzie rządził silny wiatr i w dużej mierze przypadek…

Większości ważnych imprez towarzyszy u nas nachalne pompowanie balonu. Najpierw na siłę i często wbrew oczywistym faktom rozbudzamy oczekiwania, a potem następuje przebicie gumy i brutalny powrót na ziemię. Zjawisko posiada, niestety, tendencję zwyżkową. Przy takiej okazji jak igrzyska przybywa przecież specjalnych wysłanników, jak również tytułów i stacji tv bezpośrednio relacjonujących wydarzenie. A już słynne media społecznościowe każdemu dają szansę zajrzenia pod grudkę śniegu na zeskoku, czy w inną mysią dziurę. Po dodaniu mechanizmów uruchamianych przez zakłady bukmacherskie, zwłaszcza tej absurdalnej presji, jaką wytwarzają miliony osób, które wyłożyły swoje pieniądze, lecz je przegrały, bo faworyt zawiódł, coraz częściej mamy sytuację nie do pozazdroszczenia w wielu aspektach.

W roku 1994 byłem w Moskwie na finale Pucharu Davisa. Rosjanie byli tam faworytami meczu ze Szwecją, lecz ich as, Jewgienij Kafelnikow, nie wytrzymał presji i w obecności prezydenta Borysa Jelcyna przegrał dramatyczną pięciosetówkę z Magnusem Larssonem. Do stolicy przyjechało wtedy kilkuset dziennikarzy z całej Rosji. Większość nie miała bladego pojęcia o tenisie. Na konferencji prasowej było tak tłoczno, że ludzie stali pod ścianami. Żenia wszedł na salę swobodnie, lecz gdy ujrzał, kto na niego czeka, mina mu zrzedła. Wstał jakiś wysłannik gazety syberyjskiej i tonem nie znoszącym sprzeciwu, całkiem jak na zebraniu partyjnym, zażądał od tenisisty samokrytyki. „No dlaczego nam to zrobiłeś Żenia, powiedz dlaczego?” – sapał gniewnie. Kafelnikow, taki zwykle lekko kpiący i pewny siebie na konferencjach zagranicznych, tu zaczął coś bełkotać i nie był w stanie dokończyć żadnego zdania. Przy pierwszej okazji czmychnął za drzwi i tyle go widzieli.

Ludzie z tenisowego światka mają o tyle łatwiej, że swoje ważne starty zaliczają niemal co tydzień, non-stop od stycznia aż do grudnia. Te super ważne próby zdarzają się im nawet cztery razy w roku. Z kolei przedstawicieli dyscyplin olimpijskich obowiązuje rytm wolniejszy, a na występ główny czekają oni zwykle cztery lata. Mechanizmy i presja niby wszędzie są podobne, ale trudniej jest tym rzadziej występującym przy dużych okazjach. Szczególnie, że poziom loteryjności mocno wtedy wzrasta. W sporcie obowiązuje wiele banalnych prawd, lecz niechętnie zwykle je przyjmujemy, o ile dotyczą biało-czerwonych. Na korcie tymczasem za każdym razem wcale nie musi decydować rozstawienie, czy ranking, a na skoczni narciarskiej pierwsza seria to jeszcze nie finał. Na szczęście w Korei polscy skoczkowie będą mieli jeszcze dwie szanse.

Karol Stopa