wozniackiZa czterdziestym trzecim dopiero podejściem Karolina Woźniacka zdała najważniejszy egzamin i została w końcu wielkoszlemową mistrzynią. Po sześciu latach – co się jeszcze w erze tenisa open nie zdarzyło – wróciła na fotel liderki rankingu WTA. Takich i innych paradoksów kobiecy finał w Melbourne dostarczył bez liku i pewnie przez cały ten sezon panie będą nas podobnie zaskakiwać wynikami. Niezależnie od tych zwrotów akcji, strat odrabianych w sytuacji beznadziejnej, czy też heroicznie bronionych piłek meczowych, jedna rzecz wydaje się tutaj poza dyskusją. Sympatyczna Dunka z polskiej rodziny osiągnęła wymarzony cel. Najwyraźniej zagrała na nosie krytykującym ją ekspertom, pokazując przy okazji, jak nieprzewidywalne potrafią być kobiety również i na korcie.

Dwa dni przed startem tegorocznego Australian Open na łamach „The New York Times” ukazał się tradycyjnie wyczekiwany przeze mnie tekst Christophera Clareya. Jego jak zwykle dość długa lista życzeń dla dyscypliny („Wishes for Tennis”) w odniesieniu do sezonu 2018 zawierała sugestie, albo też postulaty całkiem konkretne. W paru przypadkach wręcz adresowane imiennie, czy też wyraźnie postulowane w stronę osób merytorycznie odpowiedzialnych. Z drugiej strony były tam i życzenia pobożne, taka urocza lista pragnień, współcześnie trudnych do zrealizowania. Artykuł ozdobiono dużym zdjęciem Karoliny. Autor sugerował, że skoro tenisistka słono zapłaciła już za bycie liderką rankingu bez tytułu w imprezie głównej, teraz mogłaby śmiało uzupełnić swój dorobek. W bardzo podobnym tonie Clarey napisał też o Juanie Martinie del Potro. Po gehennie z nadgarstkami dryblas z Argentyny spłacił już z nadwyżką zdrowotne długi i jak nikt inny zasłużył, aby po raz drugi zostać mistrzem wielkiego szlema. Ledwie się rok zaczął, ona swój cel osiągnęła. W jego przypadku tytuł nr 2 to dalej kwestia marzeń. Podobnie jak w sferze snów wciąż tkwi międzypokoleniowy męski finał imprezy głównej. Na przeciwwagę do meczu Federer-Nadal z roku 2017, ktoś z wielkiej piątki z kimś młodszym o tytuł. Piękne życzenie specjalisty z NYT, rzecz w tym, że wciąż coś nie tak z tą tenisową zdolną młodzieżą.

Niezależnie od robiących wrażenie nazwisk amerykański dziennikarz wziął na swój warsztat i inny wątek. Napisał o specjalnych przywilejach i elitarności sportu, jaki na sztandarach chętnie wypisuje hasła równości. Teoretycznie powinno być tak, że talenty z najbardziej odległych zakątków świata, dzięki pomocy i wsparciu centrali, docierają do super ważnych finałów. A w rzeczywistości mamy wciąż ochłapy podrzucane słabszym i tłuste kąski dla swoich. Praktyka organizatorów głównych turniejów, którzy wymieniają się pomiędzy sobą dzikimi kartami, to nic innego jak sowita pomoc dla młodych ludzi z Francji, Stanów czy Australii. A co z zresztą, która może akurat bardziej na to wsparcie zasługuje?! Clarey podkreśla, że tych specjalnych przepustek (ponad 6 % listy zgłoszeń) jest dziś stanowczo za dużo. Na dodatek stawka ostro tam wzrosła, bo od roku 2013 płatność za I rundę poszła w górę dwukrotnie i oscyluje już wokół 50 tys. $. Tymczasem tylko jedna „WC”, ta z Melbourne za play-off kontynentu azjatyckiego, faktycznie odpowiada sztandarowej zasadzie ITF-u. Amerykanin jest zdania, że układ ten należy szybko wyprostować.

Istotny jest też jego postulat dotyczący lawiny kontuzji w zawodowym tenisie. Słyszymy o różnych możliwych przyczynach i wciąż nie wiemy, co jest powodem głównym. Rozwiązaniem może tu być oddanie sprawy naukowcom. Naciągi, piłki, rakiety, rodzaj kortu, styl gry, przygotowanie fizyczne – gdzieś tu zapewne tkwi źródło choroby i trzeba wreszcie wiarygodnie to zbadać, sugeruje Clarey. Kolejna ważna kwestia, jakiej dotyka, to wyraźniejsze odsunięcie od centrali organów zajmujących się dopingiem oraz korupcją. Na tych liniach niezwykle łatwo o konflikt interesów więc tenis musi pójść drogą, jaką wyznaczyli lekkoatleci. Finansowanie tak, zależności personalne kategorycznie nie. W sprawach innych, ale przecież też ważnych, za wręcz rewelacyjny uważam jego pomysł, aby zacząć karać osoby, wychodzące na kort w identycznych strojach. Po Australian Open i festiwalu pudrowego różu u pań, hasających non-stop w identycznych spodenkach oraz koszulkach czekam teraz z trwogą na zestawy typu plażowe bikini. Rozumiem dominację wielkich marek oraz ciągoty ich projektantów, słabiej pojmuję, dlaczego wszyscy oni jednocześnie wymyślają identyczne wzory i kolory. No i całkiem nie potrafię zaakceptować, czemu nikt z tego grona nie pomyśli choć raz o wygodzie osób patrzących z trybun, albo przed telewizorem. Przecież od takiego tenisa oczopląsu można dostać.

„Więcej woleja, mniej odbić z linii końcowej. Więcej podcięć, mniej topspinu. Więcej uśmiechu, mniej przeszywających wrzasków. Więcej gry na własną rękę, z samodzielnym rozwiązywaniem problemów, mniej wizyt trenerskich. Więcej zachwytu nad talentem, mniej z powodu wyglądu”. Ten ostatni akapit z listy tegorocznych życzeń mojego amerykańskiego kolegi przekazuję niemal słowo w słowo. Rzadko zgadzam się aż tak z poglądami kogoś ze świata mediów. Z jednoczesną świadomością, że wszystko co powiedziane albo napisane po tych na korcie zapewne i tak spłynie, jak po kaczce…

Karol Stopa