Wielkoszlemowy turniej w Melbourne jest nadzwyczajny i przeklęty zarazem. W samym środku australijskiego lata i często w upale, przy jakim nawet ptaki spadają z drzew, ludzie z tenisowymi rakietami zmuszani są na korcie do heroizmów. To zdumiewające, że ostatnimi laty przez to piekło lepiej przechodzą ci starsi i bardziej doświadczeni.

Niby z racji wieku – teoretycznie przynajmniej – powinni dysponować gorszą formą fizyczną, tymczasem tak nie jest. To raczej młodym zdolnym bez przerwy czegoś brak i to główni oni znikają w świecie ręczników wypełnionych lodem.

A główne gwiazdy Australian Open 2018 wskazać łatwo. Roger Federer, który za niecałe pół roku kończy 37 lat i Karolina Woźniacka, która w lipcu będzie obchodzić swe 28-me dopiero urodziny, lecz na fotel liderki rankingu wraca po sześcioletniej przerwie. Szwajcar i Dunka dla jednych są bohaterami zaskakującymi, inni spodziewali się ich sukcesu. Tak naprawdę jednak w tej tenisowej szkole przetrwania, jaką stały się profesjonalne rozgrywki, niczego od startu aż do mety nie można być dziś pewnym. Z każdą kolejną wielką imprezą w szalonym tempie ubywa magii, coraz więcej natomiast znaczyć zaczyna nadludzka wytrzymałość. Kąpiemy się w statystykach i procentowym obliczaniu wszystkich elementów gry, sam tenis tymczasem brzydnie nam z dnia na dzień. Całe szczęście, że czasem, jak w tym roku w Melbourne, towarzyszy temu wszystkiemu jeszcze trochę paradoksów.

Ona zagrała finał ze swym lustrzanym odbiciem, jeśli idzie o styl. Bardzo długie wymiany na linii końcowej, a zarazem na 226 rozegranych punktów żadnej akcji typu serwis i wolej. Śledziliśmy chwytającą za serce ambicję obu pań i niesamowitą dramaturgię. Z drugiej strony jednak była tam monotonia niczym w nowojorskim maratonie, przebiegniętym przez Karolinę cztery lata temu w czasie o 37 minut dłuższym niż całe spotkanie. Spokojnie mogło ich nie być w tej sobotniej grze, bo Chorwatka Jana Fett w II rundzie prowadziła z Woźniacką w decydującym secie 5-1 i miała aż dwie piłki meczowe. Z kolei Simona Halep najpierw cudem przeszła rundę III, gdzie Lauren Davis trzy razy powinna faworytkę wyeliminować, a gdy do 4 godzin brakowało kwadransa mecz skończył się wynikiem 15-13 dla Rumunki. Potem w półfinale z Niemką, Angelique Kerber, turniejowa jedynka zafundowała kolejny horror, trzy niesamowite sety i następne dwa obronione meczbole. Wiadomo było, że w finale któraś z nich, za trzecim podejściem, sięgnie wreszcie po to wyśnione trofeum. W straszliwej bitwie o każdy centymetr pola nieco więcej szans – choćby z racji wcześniejszych strat energetycznych – przyznawano raczej Karolinie. W końcówce pojedynku właśnie ten element ona  świetnie wykorzystała. Zasłużony tytuł i wielka radość dla Woźniackiej, podczas gdy odwodniona Halep na cztery godziny wylądowała wieczorem w szpitalu.

Panowie w jakimś sensie dostosowali się do pań poziomem dramaturgii, choć w ich 3-godzinnej batalii bardzo długie wymiany można było policzyć na palcach jednej ręki, a tej tak powszechnie  spodziewanej, technicznej maestrii, było tym razem tyle co kot napłakał. W świat poszedł przekaz o 20-tym wielkoszlemowym tytule mistrza z Bazylei i o jego szóstym zwycięstwie w Melbourne. Buty z nr 5 trzeba będzie wyrzucić, albo oddać, z nowymi tenisowy miliarder kłopotów raczej mieć nie będzie. Dla Rogera Federera przekroczenie kolejnej historycznej i rekordowej bariery stało się powodem do uronienia na korcie kilku łez. Po meczu sam Szwajcar przyznał, że na początku V seta doszło do niego, że może to spotkanie przegrać i to wtedy kilka razy pokazał, że nie zawsze bywa taki słodki i pomnikowy. Chorwat, Marin Cilic pewnie jeszcze długo będzie analizować, dlaczego nie wykorzystał okazji, jaka się nagle pojawiła. Prawda jest taka, że nie on pierwszy i nie ostatni pokazał czarno na białym, czym od mistrza różni się pretendent. Pierwszy, nawet kiedy gra mecz średni albo słaby, wciąż potrafi wygrać. Ten drugi w tak istotnych momentach zazwyczaj przegrywa sam ze sobą.

Organizatorom z Tennis Australia tegoroczny turniej przysporzył wyjątkowo wielkiej chwały. Po wyczynach Koreańczyka Chunga samochodowy koncern KIA przedłużył umowę sponsorską na kolejne 5 lat, aż do roku 2023. Wcześniej szeptano, że  Koreańczycy mają już dość tej współpracy po 17 latach jej dofinansowywania. Choć miejscowi od 42 lat czekają na sportowy sukces swego reprezentanta i od 40 lat na wygraną jakiejś reprezentantki, a 26 stycznia, w dniu narodowego święta Australia Day fetują coraz to starszych i mocniej posiwiałych wielkich mistrzów z epoki gier amatorskich, okazało się, że nie ma to jednak żadnego wpływu na frekwencję. Turniej pierwszy raz zbliżył się do poziomu 750 tys. osób płacących za bilety. Coś, o czym mogą tylko pomarzyć na Roland Garros czy w Wimbledonie, a co zna dotąd tylko nowojorskie US Open. Melbourne Park po 31 latach użytkowania jest non-stop rozbudowywane, ale w odróżnieniu od innych szlemów stale ma opinię obiektu przestronnego i nowoczesnego. A sam turniej dalej posiada rozmach i potrafi spełniać wymagania osób, posługujących się przy odbiorze elektronicznym sprzętem. To ostatnie nie dotyczy akurat kiepsko w tym roku odnowionej i niestety wyjątkowo źle funkcjonującej strony  internetowej imprezy.

Po tym, jak kilka razy byłem na miejscu i widziałem na własne oczy, kocham to Australian Open i nienawidzę zarazem. Bo odbieranie go w naszych, polskich realiach, z koniecznością zarywania po kolei 14-tu nocy i doprowadzania własnego organizmu do stanu biologicznej katastrofy to jednak jest doświadczenie bolesne. Przy polskich sukcesach, miłych niespodziankach, czy też meczach jakie swą dramaturgią albo poziomem wyrywają człowieka ze snu znacznie łatwiej zacisnąć zęby i powiedzieć sobie, że wytrzymam. Przy lawinie błędów,albo nudzie wiejącej z kortu komentator, jak zwykły widz, najchętniej powiedziałby kilka słów prawdy o tym co ogląda i zaraz szybko nakrył się kołdrą. Niestety, nie wypada.

Karol Stopa