000757CUXMAM9FCI-C122-F4Tennys Sandgren, 26-latek z przedmieść Nashville w st. Tennessee wystąpił podczas tegorocznego Australian Open w roli Kopciuszka. Przyjechał do Melbourne z nadzieją, że może tu w końcu uda mu się przejść wielkoszlemową I rundę, tymczasem został nieomal sportowym bohaterem imprezy. Pokonał dwie gwiazdy, Szwajcara Wawrinkę i Austriaka Thiema, a w debiucie na Rod Laver Arena walczył o półfinał i podwojenie kwoty, jaką zarobił w trakcie kilku lat kariery. Jeszcze rok temu nie zdarzało się, aby wychylił nosa poza amerykańskie futuresy, a od święta i challengery. Wcześniej w zespole uniwersyteckim z trudem łapał się na ostatnią, szóstą rakietę. Teraz nagle osobliwy „Pan Nikt” awansował w światowym rankingu do poziomu połowy pierwszej setki, otwierając przy tej  okazji drzwi prowadzące do turniejowych salonów ATP.

Mecz Amerykanina z Koreańczykiem Chungiem zaczął się fałszywym alarmem wywołanym przez głośniki na głównej arenie. Potem były długie minuty gry nerwowej i brzydkiej. W końcu wybuchła prawdziwa bomba, kiedy nieobecna w Australii obrończyni tytułu, Serena Williams, poinformowała na Twitterze, że wyłączyła telewizor, aby na znak protestu występu rodaka nie oglądać. Okazało się, że mało dotąd znany tenisista jest postacią kojarzoną w internecie z dość twardymi wypowiedziami w kwestiach politycznych, rasowych, czy obyczajowych. Media wyciągnęły jego spór z Jamesem Blake, niebawem dyrektorem turnieju ATP i WTA w Miami, upubliczniły też ostre komentarze, zamieszczane pod wpisami tenisisty. On sam, po kolejnej spektakularnej wygranej w Melbourne najpierw te teksty ze swej strony usunął, a po przegranym ćwierćfinale konferencję prasową zaczął od krytycznego oświadczenia pod adresem ludzi mediów.

 

Jak się można domyślić rozmowę o sportowych aspektach kariery najlepszego w turnieju Jankesa przebiła ostatecznie kłótnia światopoglądowa. Padały w niej rozmaite argumenty, dość rozsądne lub niekoniecznie. A z oddali, kiedy się samemu nie zabiera głosu, trudno jest oceniać, kto w takiej wymianie poglądów może mieć rację. Marek Furjan, mój partner z komentatorskiego stanowiska Eurosportu, zasięgał języka za oceanem, w tamtejszym środowisku tenisowym i usłyszał, że ten  konflikt jest jednak lekko naciągany. Akurat ten stan USA zamieszkuje wiele osób o tradycyjnych poglądach, od zawsze skłonnych krytykować wszelakie odmienności. Opinie tego rodzaju, podane dziś via media społecznościowe, to już niemal gwarancja awantury. Nie wchodząc w merytoryczną ocenę tego, co wygłaszał kiedyś sam zawodnik i co o tym sądzą jego oponenci trudno zapomnieć o wszystkich tych elektronicznych zabawkach, dzięki którym w ułamku sekundy i w najodleglejszym nawet zakątku kuli ziemskiej każdy człowiek inteligentny i niestety również każdy matoł może nam wyartykułować, jaką ma w tej sprawie opinię.

 

No i właśnie ostatniej kwestii poświęcony był ostatni, szósty odcinek „Komisarza”. Moim zdaniem  jeden z najlepszych w historii programu. John McEnroe przy pomocy Borisa Beckera wziął na warsztat media społecznościowe w tenisie. A konkretnie, jak czołowi zawodnicy posługują się dziś tym narzędziem i co nam to mówi o ich osobowości. Amerykanin wykpił dobre obyczaje Novaka Djokovicia, ślącego życzenia Koreańczykowi, który go na korcie pokonał. Bo sam posłałby komuś takiemu zdechłego szczura w pudełku. Zadrwił z Rogera Federara chwalącego się ciuchami i swym wyglądem. Zastanawiał, który Andy Murray jest prawdziwy, czy ten z kortu klnący jak szewc, czy może ten z domowego zaplecza, szczery, zabawny i pomagający innym. Tłumaczył starania Marii Szarapowej zachęcającej głównie do kupowania jej cukierków, perfum, wody, zegarków, czy też nowo wydanej biografii. Stwierdził wreszcie, że Tennys Sandgren przypomina mu turniejowego Kopciuszka, lecz jego historii brak bajkowego zakończenia. Bo gdy w końcu przyszły wyniki to tenisista zaraz usunął swe kompromitujące wpisy. Protest Beckera mówiącego, że chodzi przecież o bohatera z kortu, zgasił krótko: „Bohaterem był też Anakin Skywalker z Gwiezdnych Wojen, nim przeszedł na ciemną stronę mocy!”

- Borys, a Ty masz Twittera? – spytał na koniec John.

- Mam i często się na nim udzielam. Jestem jednak trochę już zmęczony tym ciągłym wklejaniem wypowiedzi innych. A Ty?

- Ja nie mam. A zmęczony jestem tymi, którzy w każdej pieprzonej sprawie odczuwają potrzebę wypowiedzenia się, zakładając widocznie, że jesteśmy ciekawi ich zdania.

- A czy to czasem John nie jest to, co my stale robimy?

- Całkiem możliwe, tylko że nam w końcu za to płacą…

- To prawda John