21749477Im bliżej Sylwestra tym częściej dokonujemy szybkich rozliczeń z rokiem, który kończy właśnie swój bieg. Na poletku sportowym niczym grzyby po deszczu mnożą się wtedy plebiscyty, rankingi, podsumowania i wszelakiego rodzaju zestawienia. Kochamy takie teoretyczne wybieranie. Można przecież w nie zaangażować cały nasz kibicowski entuzjazm i teoretycznie przynajmniej ustawiać wyniki rozstrzygniętych już wcześniej rywalizacji po nowemu, czyli na własną modłę. Istnieje też i inny, bardziej refleksyjny sposób rozliczania z upływającym czasem. Potrzeba wtedy jednak małej chwili zadumy. Wygaszenia emocji i uruchomienia szarych komórek.

Ludzie pytani, co nam przyniósł ten rok w profesjonalnym tenisie, licytują się rezultatami wielkich imprez, fascynują nadzwyczajnymi osiągnięciami Federera albo Nadala, mówią o tłoku w czołówce pań. Wszystko to święta prawda tyle tylko, że tak naprawdę to akurat nic nowego. Przecież od tylu lat w obu cyklach mamy wciąż tę samą turniejową marszrutę i podobnych herosów, a na tej dobrze wszystkim znanej trasie różnica sprowadza się właściwie do tego, że ktoś tam zainkasuje więcej niż inni. „Problemem tenisa jest brak nowych pomysłów. W strukturach dotychczasowych funkcjonuje on na tyle dobrze, że wszyscy są przekonani o jego nadzwyczajności i nie widzą potrzeby szukania innych formuł”. Wypowiedź Arlena Kantariana, byłego dyrektora US Open, pochodzi sprzed 20 lat a padła w trakcie spotkania z grupą dziennikarzy i wydawców magazynu „Tennis”. Człowiek, który kiedyś zarządzał NFL, a potem trafił na tenisowe poletko, nie mógł się pogodzić ze stagnacją, jaką zastał w federacji USTA.

I oto nagle, dziesięć lat pod zniknięciu Kantariana, ten rok przynosi epokowe wydarzenie. Solidnie zatrzęsło ono gnuśnym towarzystwem z tenisowej centrali ITF. Chodzi naturalnie o praski Laver Cup, pojedynek reprezentacji Europy i Reszty Świata. Pomysł żywcem zaczerpnięty z golfa okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Odpowiednio zmotywowane gwiazdy, które od dawna już nie chcą grać regularnie w Pucharze Davisa, na tę imprezę przyfrunęły jak na skrzydłach. Ponad 83 tys. widzów płacących przez trzy dni za bilety, fantastyczna wręcz oprawa, super atrakcyjne mecze, do tego jeszcze autentyczna zabawa dla wszystkich. „Przez 50 lat ery tenisa open nikt nie wymyślił rywalizacji równie przyjaznej widzom i uczestnikom” – ocenili specjaliści od sportowego biznesu. Obalono kilka mitów. Okazało się, że niby pokazówka może dostarczać autentycznych sportowych emocji, regulaminową tradycję da się połączyć z oryginalnymi innowacjami, a wielkie nazwiska są w stanie sprawdzać się w rolach, jakich im dotąd nikt nie proponował.

Czas pokaże, co będzie dalej z tą rywalizacją, bo na razie analitycy nie mają żadnych wątpliwości, że właśnie Laver Cup okazał się wartym zapamiętania szlagierem kończącego się sezonu. Paradoks imprezy polegał również i na tym, że głównym organizatorem i człowiekiem wykładającym swoje pieniądze był jeden z uczestników, słynny mistrz z Bazylei, rakieta nr 2 tego sezonu. Nie tak znów odległy jest czas, gdy taka konkurencyjna inicjatywa aktywnego tenisisty musiałaby się spotkać ze zdecydowaną reakcją ATP i ITF. W tym przypadku jednak ośmiokrotny mistrz Wimbledonu okazał się nietykalny, a działacze nabrali wody w usta i protest wyrazili przez nieobecność w praskiej hali. Jak napisał francuski dziennikarz Yannick Cochennec: „.. władza w światowym sporcie przechodzi teraz coraz częściej w ręce wielkich mistrzów. A rykoszetem trafia zaraz do ich agentów. Ci ludzie pracują zwykle na innym poziomie prędkości niż to ma miejsce w międzynarodowych federacjach, czy też ligach”.

Francuz, jak nietrudno zgadnąć, pisze o dwóch zwłaszcza osobach. Jednym jest Wagner Ribeiro, agent Brazyliczyka Neymara, który za horrendalne pieniądze przeniesiony został z Barcelony do zarządzanego przez arabskich szejków Paris Saint Germain, a drugim Tony Godsick, człowiek prowadzący wszystkie interesy szwajcarskiej gwiazdy tenisa. Amerykanin wywodzi się z założonej przez Marka McCormacka słynnej agencji menadżerskiej IMG i działa w tradycyjnym, anglosaskim stylu. W świecie futbolu o pięknych tradycjach mówić i pisać trudniej, bo wielokrotnie mamy tam do czynienia z kapitalizmem wyjątkowo agresywnym, z łamaniem zasad finansowego fair play i gigantycznymi przepływami pieniądza w celu podnoszenia zarobków pośredników. Druga strona medalu jest taka, że takie zdarzenia mają jednak często pozytywny oddźwięk dla dyscyplin, jakich dotyczą. Puchar Lavera był organizacyjnym sukcesem i robił furorę w mediach społecznościowych. Transfer Neymara okazał się thrillerem sezonu, a na PSG oraz francuską ligę skierowano reflektory chyba wszystkich światowych mediów.

Tatiana Vassine, autorka książki o sportowych agentach, z zawodu prawnik, jest zdania, że świat sportu nie powinien się obawiać osób, zajmujących się na co dzień prowadzeniem wyczynowych karier. Prędzej już tzw. super-agentów, specjalistów od obchodzenia prawa, grających na różnice w przepisach państw czy sportowych organizacji. Jednocześnie uważa ona, że skoro ITF marnie pełni rolę sternika dyscypliny, zwleka w sprawie przyszłości Pucharu Davisa i nie wie, jak ściągnąć do siebie gwiazdy, może trzeba dać szansę agentom. „Instytucjonalne zarządzanie widowiskiem wcale nie musi być współcześnie jedyną metodą osiągania celu”. Idzie zatem w sporcie czas agentów, czy też należy oczekiwać ostrej kontry ze strony działaczy?!

Karol Stopa