Inauguracyjny „Laver Cup” w czeskiej Pradze, jak prawie wszystko, co dochodzi do skutku po raz pierwszy, zdawał się zawierać całkiem spory pierwiastek niewiadomej. Mimo solennych zapewnień uczestników była to przecież impreza mająca charakter pokazówki, na dodatek w dość dziwnym dla tenisa, bo zapożyczonym z golfowego Ryder Cup formacie.

Tymczasem mimo słonych cen biletów w 16-tysięcznej 02 Arena na trybunach przez trzy dni nie dało się wcisnąć szpilki, a astronomiczne   stawki za prawa telewizyjne też się zwróciły, gdyż oglądalność transmisji była sensacyjnie wysoka. „Team Europe” pokonał ostatecznie „Team World” 15-9. Gigantyczny sukces pomysłodawców oraz organizatorów, a więc Rogera Federera i jego agencji, sterowanej przez Tony Godsicka, także Jorge Lemanna, brazylijskiego milionera, który wyłożył pieniądze na to przedsięwzięcie, również dwóch znaczących federacji, czyli Tennis Australia i USTA.

Kilka tygodni przez rozpoczęciem wydawało się, że duży problem może stanowić obsada imprezy. Co może oznaczać brak takich gwiazd jak Novak Djokovic, Andy Murray, Stan Wawrinka czy Kei  Nishikori, można się było przekonać podczas ostatniego US Open. Tu dodatkowo doszedł jeszcze Juan Martin Del Potro, a mimo to zabawa na korcie nie straciła na atrakcyjności. Odważny ruch w kierunku młodych zdolnych, tych kandydatów dopiero do mistrzowskich ról, był niczym pieprz do i tak smakowitej potrawy. Od strony sportowej zatem nic się tam nie dało dodać, ani nic ująć. Inaczej zresztą być nie mogło, jako że z dwójką kapitanów do akcji wkroczyły łącznie 64 wielkoszlemowe tytuły. Od strony wizerunkowej, co ruch to lepszy pomysł. Ciemnoszara kolorystyka kortu, idealna do tego, aby dokładnie widzieć piłkę, na dodatek kojarząca się z wirtualną scenografią. Rozmaite, opracowane na potrzeby głównie telewizji i mediów społecznościowych, wstawki spoza placu gry, pokazujące aktorów w sytuacjach nieznanych ludziom, oglądającym na co dzień relacje z turniejów. Do tego wszystkiego dobrze wyreżyserowany, a może i nie, cały ten spontan wokół każdej gry. Nie jest ważne, czy podpatrzony w NBA, czy innym amerykańskim sporcie zawodowym. Bo w Pradze samo obserwowanie reakcji kapitanów, czy tenisistów siedzących akurat na ławce dla rezerwowych było już godnym uwagi spektaklem.

Odezwały się głosy, że to zwiększanie wartości gier rozgrywanych przez kolejne dni, z trzykrotnym przebiciem w niedzielę w stosunku do piątku, to raczej błąd, jaki trzeba naprawiać. Z drugiej strony trudno nie zauważyć żelaznej konsekwencji ludzi, którzy całość wymyślili. Bo mieliśmy dwunastu świetnych i fantastycznie czujących się w swoim towarzystwie tenisistów, pokazujących co chwila, że starają się wyskoczyć ze swych skarpetek byle tylko móc odnieść zwycięstwo dla drużyny. Dla równowagi zarazem pojawiła się ta dziwna punktowa furtka. Przypominała gry komputerowe, gdzie w ostatniej chwili można przecież wszystko zresetować i nawet odnieść zwycięstwo. Odmiennie niż  we współczesnym tenisie, który od wielu lat tkwi w tych samych regulaminowych rozwiązaniach i słabo reaguje na to, co dzieje się wokół. Tymczasem zawody typu hołd dla podwójnego zdobywcy wielkiego szlema, mieszkającego w Kalifornii 74-letniego geniusza z Australii, Rodneya Lavera, okazała się być rywalizacją super nowoczesną i fantastycznie skorelowaną z tym, co przynoszą nam  elektroniczne wynalazki. I to z pewnością, obok tej wciąż niesamowitej kibicowskiej sympatii, jaką obdarzani są Roger Federer i Rafael Nadal, był jeden z podstawowych atutów imprezy.

Sport ma to do siebie, że tam gdzie są wielcy zwycięzcy, siłą rzeczy musimy też mieć przegranych. Choć organizatorzy i sami uczestnicy wielokrotnie podkreślali, że nie taka była ich intencja trudno zaprzeczyć, że Laver Cup to potężne wyzwanie, może nawet nokautujący cios, dla odbywającego się od 117 lat Pucharu Davisa. W domyśle to prztyczek w nos dla włodarzy z International Tennis Federation. Największe gwiazdy praskiej imprezy, mimo sukcesów na tym polu, od pewnego czasu nie pomagają jednak swym reprezentacjom w drużynowych mistrzostwach świata w tenisie. Nick Kyrgios przed przyjazdem do Czech przegrał w Brukseli pięć setów z Belgiem, Davidem Goffin i nie dał ekipie Australii szansy na kolejny wielki finał. Ludzi z ITF w Pradze nie było, podobnie jak i sterników z ATP. Bo przecież ten tydzień miał w kalendarzu swoje dwie imprezy cyklu, Metz i St. Petersburg, a taki Alexander Zverev nie mógł w tej sytuacji bronić w Rosji zdobytego przed rokiem tytułu. Paru uczestników należało w przeszłości do grona zarządzającego cyklem, niemal wszyscy na tych rozgrywkach zbudowali swoje wizerunki, albo właśnie zaczynają to robić. Teraz wykonują manewr dość dziwny. Wygląda on tak, jakby podczas Bundesligi, La Ligi czy Premier League kilku gwiazdorów namówiło kolegów z Bayernu, Realu albo Manchesteru żeby skrzyknąć ekipę i zagrać pokazówkę z Brazylią na Maracanie. W świecie futbolu rzecz niewykonalna. Ale w świecie tenisa z powodu słabości i mnogości organów zarządzających, okazuje się to ruchem realnym, a na dodatek niewiarygodnie dochodowym.

Organizatorzy praskiej imprezy poinformowali, że drugi Laver Cup odbędzie się w roku 2018, w tym samym tygodniu rozgrywkowym, w Chicago. Oznacza to, że kolejny raz konkretne turnieje cyklu zostaną pokrzywdzone, a drużynowe mistrzostwa świata znów odbywać się będą w wersji personalnie okrojonej. Kalendarz tenisowy u mężczyzn aż do końca listopada nie zna pojęcia daty wolnej, a dotąd to po finale Pucharu Davisa dopiero pojawiał się czas na różne oferty o charakterze pokazowym. Logiczne byłoby, aby siąść teraz do stołu i znaleźć jednak satysfakcjonujące dla obu stron rozwiązanie. W przeciwnym razie ten konflikt postaci należących do jednej tenisowej rodziny będzie się nasilał, a dyscyplina raczej nie skorzysta. Na razie sytuację mieliśmy zgoła kuriozalną. Na korcie występowały największe gwiazdy, działaczy z ITF i ATP zabrakło, federacje francuska oraz brytyjska patrzyły krzywo, a media z tych dwóch krajów wręcz temat pominęły. Z tym fantem trzeba jednak coś zrobić.

 

Karol Stopa