2017 US Open Tennis Championships„You Can’t Always Get What You Want”, jeden z lepszych utworów w dorobku słynnej grupy „The Rolling Stones”, przywołany został podczas opisywania męskich ćwierćfinałów tegorocznego US Open. Fanom rocka nie trzeba tłumaczyć, że legendarny Mick Jagger śpiewa o dziewczynie, której nie może zdobyć, a także o innych sprawach, jakie ma poza zasięgiem. „Nie zawsze dostaniesz to czego pragniesz. Gdy jednak będziesz próbował, może trafi się coś, czego ci potrzeba” – słyszymy w refrenie przeboju. Mark Preston, autor tekstów na stronie internetowej nowojorskiego turnieju przypomniał tę frazę na potrzeby tenisa. Zrobił to kiedy z harmonogramu zniknął tak wypatrywany przez wielu kibiców mecz. Jak wiadomo pojedynek Rogera Federera z Rafą Nadalem znów się na Flushing Meadows nie odbył. Nieobecność kilku innych sław dyscypliny i wobec tego brak wielu jeszcze spodziewanych atrakcji wytworzył klimat niczym w piosence. Estradowy wokalista nie jest ekspertem od sprawach tenisowych, lecz świetnie umie trafić w ludzkie nastroje. Kibice nie dostali tego, czego pragnęli i wielu z tego powodu wylewa krokodyle łzy. Powinni tymczasem poczekać na to, co przyniesie im życie, bo wtedy być może przyznają, że to nowe nie jest aż takie złe…

Opis US Open 2017 obowiązkowo musi zawierać dwa odmiennie zatytułowane rozdziały. U panów kolejny raz górę wziął stary porządek, podczas gdy u pań doszło jednak do rewolucji i wyburzania pomników. Z podniesioną głową opuszczają Nowy Jork fani hiszpańskiego lidera. Jego trzeci tytuł, zdobyty w USA po 4 latach przerwy, porównać można chyba tylko do wygranej Rogera po 7 latach bez sukcesu w Melbourne. Na początku roku, jeśli ktoś wyobrażał sobie jeszcze triumfy tej dwójki, to wspominał o ewentualnym zwycięstwie Rafy w Paryżu i Szwajcara na trawnikach Wimbledonu. Chwile szczęścia, zaprawione jednak nutką goryczy i pretensją do losu o nie mający końca tor przeszkód, deklarują kibice Juana Martina Del Potro. Wielu z nich pewnie znów się zastanawia, gdzie w panteonie sławy wisiałby portret ich ulubieńca, gdyby nie jego szklany organizm. Dawno nie było wielkoszlemowej imprezy, w której starzy mistrzowie mieliby na starcie aż tyle wahnięć formy i nikt z pretendentów, szczególnie młodych, ani razu z tego nie skorzystał. Oczekiwana odnowa nastąpiła, lecz głównie za plecami największych gwiazd. Ci z trzeciego rzędu zluzowali tych z drugiego, podczas gdy nowa generacja wciąż drzemie. Kilku z tej grupy z pewnością trafi na listę największych rozczarowań imprezy, zwłaszcza Aleksander Zwieriew, Grigor Dimitrow, Karen Chaczanow, ale też Dominik Thiem i Lucas Pouille. Gdyby nie Denis Szapowałow, a po części też Frances Tiafoe i Andriej Rubliow, poważnie należałoby dziś zapytać, czy współczesny zawodowy tenis posiada w ogóle jakieś młode talenty.

To czego tak dramatycznie brakuje w rywalizacji mężczyzn, w pełnym wymiarze zaprezentowały kobiety. Dwie amerykańskie debiutantki, obie z powodu kontuzji grające mocno skrócony sezon, znalazły się nagle w wielkoszlemowym finale. Po raz pierwszy od roku 2005 ktoś inny niż siostry Williams obsadzony został w roli bohaterek ostatniego dnia. Od czasu, kiedy 19-letnia Szarapowa wygrała US Open 2006, nie było na Flushing Meadows triumfatorki tak młodej jak 24-letnia Sloane Stephens. Podczas ostatnich trzydziestu imprez typu „majors” odnotowano nazwiska aż 11 różnych pań, które po raz pierwszy w życiu sięgały po główną premię. Od 2005 regularnie co trzy lata każdy z czterech szlemów miał w ciągu roku cztery różne zwyciężczynie. Teraz pierwszy raz trzy z nich (Muguruza, Ostapenko, Stephens) to są zawodniczki młode, nie mające jeszcze 25 lat. W Nowym Jorku przestał w tym roku przeszkadzać brak rozstawienia, niski ranking, względnie fakt, że ktoś zaczynał od eliminacji. Czołówka zrobiła się wyjątkowo liczebna, na starcie do fotela liderki WTA kandydowało aż osiem pań, każdego niemal dnia niespodzianka goniła niespodziankę. Naturalnie nie wszystkim można się było zachwycać, jeśli idzie o poziom czy umiejętności tenisistek, tym niemniej do oglądania wielu kobiecych pojedynków ludzie zasiadali z prawdziwą przyjemnością. Wiele z tych nowości po prostu przyciągało.

Gospodarze nie kryli zachwytu obrotem spraw. Mówili o spadkobierczyniach Venus i Sereny, o tym jak Sloane i Madison fantastycznie się odbudowały po ciężkich kontuzjach, jak wspaniale potrafią na korcie walczyć, ale też i jak pięknie przyjaźnić. Pierwsza potrzebowała czterech, druga dwóch lat, aby przypomnieć światu, że półfinały osiągnięte wcześniej w Australian Open to nie był żaden przypadek. Być może rację mają eksperci z gazety L’Equipe, że te „małe siostry VW” (les petites soeurs des WiWi) za chwilę faktycznie rządzić będą kobiecą rywalizacją. Inny scenariusz, chyba bardziej prawdopodobny, przewiduje jeszcze przez parę szlemów taką jak tu lawinę niespodzianek, a próbującym powrotu starszym tenisistkom (Azarenka, Szarapowa, Serena Williams) daje nadzieje na wciąż dobieranie się do skóry tej groźnej młodzieży. Piękna perspektywa, niestety akurat dla nas, z jednym smutnym widokiem. Dla jedynej liczącej się w stawce reprezentantki Polski wyraźnie coraz mniej miejsca zostaje na tej scenie.

Karol Stopa