US Open - Andy Murray Press ConferenceZnakomity przed laty australijski deblista Todd Woodbridge napisał na twitterze, że ogromnie mu przykro z powodu kontuzji Andy Murray’a, jednocześnie uważa on, że Szkot „decyzją o wycofaniu z US Open zrujnował męską drabinkę”. Dla mniej zorientowanych najpierw kilka faktów. Brytyjski tenisista od dłuższego czasu miał problemy z biodrem i jak się teraz dopiero okazało poważnie brał pod uwagę, aby wzorem kolegów zamknąć ten sezon jeszcze przed Nowym Jorkiem. Ambicja oraz lata doświadczeń w grach z dokuczającym bólem raz jeszcze podpowiedziały mu inne rozwiązanie. Podczas gdy Djokovic, Wawrinka, Nishikori czy Raonic złożyli jasne deklaracje i po prostu znikli z listy startowej, Murray zwlekał. Przyleciał na Flushing Meadows tydzień wcześniej, odbył tam serię solidnych treningów, doczekał do piątkowego losowania, gdzie rozstawiono go z nr 2 i dopiero w sobotę przed południem, ze łzami w oczach, oświadczył na specjalnej konferencji, że jednak nie wystąpi. „A dla turnieju byłoby przecież lepiej, gdyby Rafa i Roger znaleźli się po przeciwnych stronach drabinki” – spuentował swój wpis Woodbridge.

Rezygnacja kogoś z pierwszej czwórki już po ceremonii losowania to jest w wielkoszlemowych imprezach przypadek tak istotny, że aż potraktowany oddzielnym przepisem. Obowiązuje wtedy zasada, znana u nas z dziecięcego wiersza Juliana Tuwima pt. „Rzepka”. Na miejsce zwolnione przez asa wchodzi otwierający drugą czwórkę, czyli nr 5. Za tego z kolei wskakuje lider trzeciej ósemki, czyli nr 17. Na pozycję „siedemnastki” wpisać trzeba gracza rozstawionego dodatkowo z nr 33, a z przywileju tego korzysta pierwszy, który znalazł się poza listą wyróżnionych. Na koniec drabinkę uzupełnia, wskazany przez los, szczęśliwy przegrany z eliminacji (tzw. lucky loser), a jego nazwisko zjawia się na belce zwolnionej przez zawodnika z nr 33. Poza tak opisanymi czterema krokami żaden inny ruch nie wchodzi w rachubę. Nie ma mowy o postulowanym przez kibiców wyprowadzeniu Rogera z połówki Rafy i wpisaniu go w należne mu w tym momencie miejsce dla nr 2. Przepisy są pod tym względem nieubłagane. Skoro losowano pary nazwisk, potem czwórki, wreszcie ósemki to w przypadkach nagłych ruch stanowiący pomieszanie szyku nie jest możliwy. I choć dyrekcji imprezy, sponsorom, a także stacjom telewizyjnym, ekspertom czy kibicom serce się kroi to finałowego meczu Hiszpana ze Szwajcarem teraz już wyczarować się nie da. Szansa na taki szlagier pojawiłaby się tylko wtedy, gdyby Szkot podjął swą decyzję 24 godziny wcześniej.

Naturalnie za dwa tygodnie może się okazać, że cała sytuacja to było jednak czyste teoretyzowanie. Nadal podczas treningów miał widoczne kłopoty z kolanem, przerywał zajęcia i krzywił się z bólu. Federer na nic niby nie narzeka, lecz jego ostatnie kłopoty z plecami to na korcie bomba, jaka w każdej chwili może eksplodować. Seniorom życzyć trzeba zdrowia i sukcesów, niemniej dziś nawet najwięksi fani Szwajcara i Hiszpana zaczynają się czuć nieswojo w tej tenisowej bajce, która zdaje się nie mieć końca. W jednej z depesz Reutersa pojawiły się niedawno ciekawe wypowiedzi ludzi, mocno związanych z tenisową medycyną. „Ciężka praca poza kortem, lepsze metody regeneracji, a także niezwykłe zdolności elity dyscypliny sprawiają, że niemal połowa pierwszej setki rankingu ATP to dziś osoby, które przekroczyły 30 rok życia. Z anatomicznego punktu widzenia i w świetle tego, co ci zawodnicy wyczyniają, wydaje się obecnie całkiem prawdopodobne, że nasi mistrzowie mogą wkrótce mieć ukończone nawet i 40 lat” – oświadczył Todd Ellenbecker, wiceprezydent ATP ds. medycznych. Podobnie wypowiadał się Bill Norris, który jako fizjoterapeuta spędził na korcie 35 lat, zaczynał od pracy z takimi sławami jak Australijczyk Ken Rosewall, a dziś jest dyrektorem stosownej komórki cyklu.

Obaj panowie, nie rozgrzeszając tego co zrobił w Nowym Jorku Murray, z uporem podkreślają, że w tym sporcie największą dziś szkodę przynosi nadużywanie własnego organizmu (overuse). Małe urazy, gdy tylko są zaniedbywane, szybko zamieniają się w duże, a uszkodzenia łatwo przechodzą w nieodwracalne. Kto zaniedbuje tego rodzaju sytuacje i nie zna pojęcia dłuższej przerwy co jakiś czas, ten zmniejsza swą szansę na pozostanie w rywalizacji bardzo długo. Niezależnie od tego, jakie konkretne przyczyny tutaj wskażemy, ostatnia w tym roku impreza wielkoszlemowa wykreowała na starcie bajkową wręcz sytuację. W poniedziałkowej „L’Equipe” pierwszy materiał zza oceanu dostał nawet tytuł: „US Very Very Very Open”. Bo też faktycznie powstało tam nagle tyle szans, również dla tych, którzy przez lata wciąż zawodzili, że ta impreza zrobiła się niczym szeroko otwarte wrota do bankowego skarbca. Zrujnowana jest dziś może dla wierzących wciąż w jeden i ten sam układ kart, za to na pewno intrygująca dla poszukujących ożywczej niespodzianki. Wyjaśnienie zagadki w niedzielę, 10 września.

Karol Stopa