Citi Open” nie jest jakąś tam, całkiem zwyczajną imprezą. Ma długą i piękną tradycję, która sięga początków ery open, czyli 1968 roku. Odbywa się w stolicy kraju, Waszyngtonie, na wschodnich obrzeżach Rock Creek Park, jednego z trzech najstarszych amerykańskich parków narodowych. Ogromne centrum do gry w tenisa powstało w tym miejscu za pieniądze dwóch osób.

Pierwszą był John Safer, bankier i rzeźbiarz, drugą William H.G. FitzGerald, ambasador USA w Irlandii, lokalny filantrop i zapalony amator, aktywnie machający rakietą aż do 93 roku życia. Dorzućmy tu jeszcze  kogoś, kto zmobilizował wspomnianą dwójkę, wymyślił całą imprezę i dalej jest jej właścicielem. Nazywa się Donald Dell. W latach 60-tych był nawet klasyfikowany w pierwszej dziesiątce, a u nas grał kiedyś na kortach katowickiego Baildonu. Jeden z założycieli ATP, znany menadżer, kapitan USA w Pucharze Davisa, wreszcie w 2009 w Newport postać wybrana do tenisowego Hall of Fame. Efekt starań wszystkich tych ludzi to dziś pierwszy z trzech głównych przystanków na dojeździe do US Open. W Stanach ważna impreza, gdyż otwiera letni cykl na amerykańskich kortach twardych. Od tego roku jest też dodatkowy powód, aby na „Citi Open” zwrócić baczniejszą uwagę.

 

Pod koniec poprzedniego sezonu zapadła decyzja o zmianie dyrektora imprezy. Jeff Newman po 16 latach zarządzania turniejem uznał, że czas już przekazać pałeczkę komuś młodszemu. W marcu podano nazwisko nowego dowódcy. Ku zaskoczeniu wielu wybrana został kobieta, 34-letnia Keely O’Brien. W całym cyklu piąta dopiero pani dyrygująca rywalizacją panów, a na poziomie ATP 500 i wyżej pierwsza taka i jedyna. Pochodzi z miejscowości Chatham, w stanie New Jersey. Jej rodzice mieli pod domem kort, lecz ona zamiast na nim grać wolała staranne zbieranie i układanie piłek. W rodzinnych stronach, na Rowan University, ukończyła zarządzanie biznesem. W Waszyngtonie, na Georgetown University, została adiunktem w katedrze zarządzania sportem. Na korty w Rock Creek Park trafiła w 2004, gdy na centralnym grali jeszcze Andre Agassi, Andy Roddick i Lleyton Hewitt. Turniej nazywał się wtedy „Legg Mason Tennis Classic”. Przez 13 lat zbierała cenne doświadczenia i poznawała ważnych ludzi, stojąc z boku. Teraz przyszedł czas, aby to wykorzystać i pokazać swój styl działania. W kontaktach z menadżerami gwiazd, gdy trzeba sprytnie żonglować sporą forsą, nie jest to taka prosta sprawa.

 

Męski „Citi Open” odbywa się po raz 49-ty. Rywalizacja pań ma na razie w Waszyngtonie krótszą historię, biegnącą od roku 2011. Początkowo organizatorzy zgłaszali zastrzeżenia do koedukacyjnej formuły. Donald Dell mówił nawet, że dla niego nie jest to żadna impreza łączona, ale dwa turnieje odbywające się akurat w jednym terminie. Obiekt początkowo nie był przygotowany, aby zapewnić identyczne standardy zarówno tenisistom, jak i tenisistkom. O dziwnych szatniach, łazienkach czy toaletach pisał wtedy nawet „The New York Times”. Przez długi czas widoczne też były wzajemne pretensje o korty treningowe i o plan gier na centralnym, wyraźnie preferujący pojedynki mężczyzn kosztem kobiet. Wypisz wymaluj sytuacja z Wimbledonu i z tamtejszych dwóch kortów głównych, gdzie od lat trwa dyskusja, dlaczego codziennie przy trzech przewidywanych pojedynkach dwa to są obowiązkowo mecze panów. W prywatnym All England Clubie na żadną zmianę na razie się nie zanosi, bo słowo „tradycja” dalej jest tam kluczem przy tłumaczeniu każdej sytuacji. W przypadku Amerykanów wiele wskazuje na to, że znaleziono jednak sprytne rozwiązanie problemu. Oddano stery w kobiece ręce. Trochę na zasadzie, a niech się wobec tego wykaże…

 

Trzeba powiedzieć, że zarówno odchodzący na emeryturę Jeff Newman, jak i sam Donald Dell nie rzucili nowej szefowej na głęboką wodę i przez kilka miesięcy obaj ambitnie jej pomagali. Sądząc po obsadach wyszło całkiem nieźle, bo w Waszyngtonie dawno nie oglądano naraz aż tylu gwiazd imprezy zarówno męskiej, jak i kobiecej. Gdyby nie wycofanie Johna Isnera byłoby niemal jak za czasów Roddicka. Naturalnie porównywanie obu odbywających się turniejów zawsze jest z lekka utrudnione, bo ATP World Tour 500 z jednej i WTA International z drugiej to są jednak dwa światy. Kibice w przypadku panów oglądają jedną z zaledwie trzynastu takich, dużych imprez, u pań zaś to jeden z 32 turniejów, na dodatek jednak z regulaminowym ograniczeniem dla tenisistek TOP10. „Mój problem ze wszystkimi tymi dużymi nazwiskami polegać będzie chyba głównie na tym, że te wszystkie gwiazdy koniecznie chcą grać swoje mecze na korcie centralnym” – mówiła tuż przed startem imprezy Keely O’Brien. Bo już przy innych punktach programu, poza tym sportowym rzecz jasna, kłopotów żadnych nie przewidywała. Mocno nagłaśniana wizyta w Białym Domu, spotkanie z ambasadorem jakiegoś konkretnego kraju, wyprawa do Watergate Hotel czy Ritz-Carlton to są już pozycje wiele razy przerabiane i sprawdzone podczas tego turnieju. Ot, taka bułka z masłem…

 

Na wnioski naturalnie przyjdzie jeszcze czas, niemniej już teraz warto odnotować, że mamy oto pierwszą kobietę, która podjęła się wyjątkowo trudnej roli dyrektora turnieju koedukacyjnego, wspólnego dla ATP i WTA. Trochę przypomina to sytuację, kiedy w roku 2007 Francuzka Sandra de Jenken niespodziewanie poprowadziła ze stołka męski finał Australian Open, a potem Roland Garros. Na naśladowczynię trzeba było poczekać aż do US Open 2015. Znakomita Greczynka, Eva Asderaki-Moore w diablo trudnym meczu Federer-Djokovic spisała się bezbłędnie. „Człowiek albo ma do tego talent, albo też nie ma i mieć nigdy nie będzie. Płeć jest tutaj sprawą drugorzędną” – rozsądnie ocenił ten popis Bruce Littrell, szef amerykańskich arbitrów tenisowych. Zapomniał tylko dodać, że w podobnych sytuacjach z kobietami jest jednak jak z muzyką. Łagodzą obyczaje, co dziś  akurat, w tenisowych realiach, stanowi wartość samą w sobie.