Centercourt Wimbledon Mensfinal Roger Federer Suisse wins his 19th GrandslamNiecały miesiąc został do US Open, co bardziej niecierpliwi zaczęli już nawet wsteczne odliczanie. Na razie spieszy się głównie organizatorom i po części kibicom, gdyż elita dyscypliny na półmetku jest niczym bokser wagi ciężkiej, który stoczył piętnaście morderczych rund. W Nowym Jorku na pewno zabraknie Novaka Djokovicia, ciemne chmury wiszą również nad kontuzjowanym Andy Murray’em. Tuż po Wimbledonie znikły gdzieś niemal wszystkie gwiazdy ATP i WTA, a obsada pierwszej dużej imprezy u panów, tej w Hamburgu, jest zgoła humorystyczna. Stacje telewizyjne powoli przestają udawać, że relacjonują nam obecnie jakieś turnieje. Na ekranie wygrywa dziś rzut kółkiem, pchanie kulki, czy bieganie na bosaka po piasku…

Z drugiej strony patrząc ta sytuacja ma jednak konkretne uzasadnienie. A zaskoczeni wyborami nadawców tv są tak naprawdę głównie ci, którzy nie znają dokumentów z opisem oglądalności. Tymczasem zarejestrowane w nich wskaźniki nakazują nam teraz po pierwsze: umiar i rozwagę, a po drugie: szybkie uruchomienie syren alarmowych. Ostatni Wimbledon w sensie sportowym był wybitnym spektaklem i na dodatek przyniósł historyczny sukces tenisiście uwielbianemu przez blisko połowę kuli ziemskiej. Z drugiej strony okazało się, że w wielkim szlemie była to ostatnio jedna z najsłabiej śledzonych przed telewizorem imprez. Nastąpiło znużenie Rogerem Federerem, czy mamy do czynienia z jakimś ważnym problemem dyscypliny? – pytają teraz eksperci. I nie są to bynajmniej pytania retoryczne.

Na rynku brytyjskim coraz wyraźniej widoczna jest zależność pomiędzy wynikami gospodarzy na trawie, a liczbą osób zasiadających przed telewizorem. Rekordowe do dnia dzisiejszego audytorium Wimbledonu to wciąż 17,3 mln. Chodzi o patrzących na thriller, jaki w 1980 zagrali Szwed, Bjoern Borg i Amerykanin, John McEnroe. Dopiero pięć lat temu Andy Murray zelektryzował zjednoczone królestwo i przyciągnął widownię, jakiej stacja BBC nie znała od 20 lat. Na finale z Federerem w szczycie było to wówczas aż 16,9 mln. Rok później, podczas półfinału z Janowiczem (13,2 mln), Szkot przebił lokalną wersję znanego u nas programu „Mam talent”, zaś w historycznym finale z Djokoviciem, gdy przerwał 77 lat oczekiwania na brytyjski triumf, rekord transmisji zatrzymał się na poziomie 17 mln 290 tys. osób. Jak wtedy obliczono w pewnej chwili nadawaną przez BBC One relacją zainteresowało się niemal 80% całego telewizyjnego audytorium na wyspach. Wskaźniki te można porównać chyba tylko z 20-milionową oglądalnością niektórych konkurencji w londyńskich Igrzyskach Olimpijskich 2012.

Ciekawe, że drugi wimbledoński tytuł Andy Murray’a, ten sprzed roku, po finale z Raoniciem, na antenie BBC1 oglądało w szczycie już tylko nieco ponad 13 mln widzów. Średnia widownia tego meczu to było akurat 9,2 mln, czyli 55% teoretycznego audytorium. W ciągu zaledwie trzech lat nastąpił spadek wręcz spektakularny. W tym roku Murray na kortach All England Clubu szybko odpadł, a pierwszą gwiazdą BBC została Johanna Konta. Jej ćwierćfinał z Simoną Halep okazał się na antenie BBC najlepiej oglądanym widowiskiem całej imprezy (7,4 mln w szczycie). Panie o prawie milion osób przebiły finał panów, mecz Federer-Cilic (6,5 mln) i o nieco ponad pół miliona dramatyczne pięć setów Nadala z Mullerem (6,8 mln).

Na tle wyników brytyjskich słabiutko wyglądają identyczne notowania z USA. Rzecz jasna trzeba tu pamiętać o niekorzystnej różnicy czasu i konieczności wstawania na transmisje wcześnie rano. Także o tym, że główne imprezy tenisowe pokazuje teraz za Oceanem przede wszystkim kablowa ESPN, a nie jak przed laty kanały otwarte. Z informacji stacji wynika, że finał Federer-Cilic wypadł kiepsko, bo miał 1,1 mln widzów, czyli o 400 tys. mniej od finału sprzed roku. Finał pań Garbine Muguruza-Venus Williams śledziło zaledwie 700 tys. osób, co jest wręcz porażką wobec 1,4 mln na meczu Angelique Kerber – Serena Williams w 2016. Dla porównania niewiele lepiej wyglądało to w trakcie Roland Garros, gdzie – akurat na antenie NBC – mecz Rafael Nadal-Stan Wawrinka miał swój szczyt na poziomie 1,6 mln widzów i rating (tzw. wskaźnik oglądalności) 1,1. Na meczu pań Jelena Ostapenko-Simona Halep eksperci odnotowali 1,1 mln widzów oraz rating 0,7. Oznacza to, że relacja z paryskiego finału w rok straciła u mężczyzn 21% widzów. W 2015, kiedy triumfował Wawrinka, wynik był lepszy od tegorocznego o 18%. Oglądalność finałów kobiecych tradycyjnie już ma w Stanach wyraźny związek z obecnością Sereny Williams. Rok temu jej mecz z Muguruzą dał wskaźnik aż o 40% lepszy od tego z roku 2017. Dwa lata temu, gdy grała z Safarovą było nawet 50% więcej widzów. Tak czy inaczej, warto zauważyć, że ostatni Roland Garros przyniósł w USA najgorsze wyniki oglądalności, licząc od roku 1996!

Druga strona medalu, jeśli idzie o telewizyjne pomiary, to Australian Open 2017. Gwiazdorskie pary w obu finałach zaowocowały na antenie ESPN szlagierowymi rezultatami. W Melbourne od roku 2005 panowie i od 2009 panie rozgrywają pojedynki o tytuł w tamtejszej sesji wieczornej, co akurat w USA oznacza konieczność oglądania transmisji w środku nocy. Mimo to Federer i Nadal oraz Serena i Venus poderwali na nogi amerykańskich fanów. U panów audytorium zwiększyło się aż o 107% w stosunku do roku 2016, u pań o blisko 40%. Pojedynek Szwajcara z Hiszpanem zgromadził ostatecznie 1 mln 133 tys. widzów, co jest wynikiem, jakiego nie notowano od 13 lat o tak trudnej porze. Przykład ten wydaje się wyjątkowo wymowny. Mówi nam, że ludzi najmocniej przyciąga przed telewizory perspektywa wyrównanej rywalizacji dwóch wielkich postaci, nie zaś występ skazanej na sukces jednej gwiazdy. Wielcy i murowani faworyci, tacy jak Rafa w Paryżu, czy Roger w Londynie, choćby nie wiem jak mocno kochani przez tłumy, nie są w stanie przykuć dziś uwagi szerokiej publiczności, kiedy zwyciężają na korcie łatwo i bez większej dramaturgii.

I o jeszcze jednej ważnej kwestii, też dotyczącej oglądania tenisa. BBC podaje, że w tegorocznym Wimbledonie odnotowano dosyć osobliwy rekord. Chodzi o dokładnie 24 mln 100 tys. próśb o udostępnienie sygnału z kortu (tzw. stream). Pokazuje to nam wyraźnie na nowy kierunek i sposób przekazu. Ludziom brak dziś czasu, aby ślęczeć godzinami przed odbiornikiem. W weekendy jadą za miasto, na co dzień mają setki innych zajęć. Ponieważ są już wyposażeni w różne elektroniczne zabawki to te ich mobilne urządzenia pozwalają śledzić relacje po swojemu, niejako na prywatnych warunkach. Od takiej telewizji w internecie nie ma ucieczki więc za chwilę potrzebne będą całkiem nowe, jednak inne metody badania oglądalności. Bo te obecne wskażą chyba już tylko preferencje emerytów, przywiązanych do własnych kapci, fotela i szklanego ekranu.