tomicMelissa Jane Doyle, popularna australijska prezenterka telewizyjna i gwiazda stacji Channel Seven zaprosiła do swego ostatniego „Sunday Night” kontrowersyjnego tenisistę, Bernarda Tomica. Gość przyjął twarde reguły pokazywanego na żywo programu. Rozmowa z nim miała być szczera i ostra aż do bólu, bez obrażania się jednak czy opuszczania studia. Wszystkie te warunki spełniono. Padły zdania co najmniej szokujące, a miliony patrzących udało się zainteresować i zaskoczyć zarazem. Potem jednak – właściwie to nawet już w trakcie plansz końcowych – zjawił się efekt gigantycznego kaca. Bo wygląda na to, że reprezentacja Australii straciła bezpowrotnie jedną ze swych wielkich nadziei. W kraju przechowującym z pietyzmem etos tylu legend białego sportu ludzie usłyszeli od 24-latka, że ma on gdzieś to wszystko i mówi „odwalcie się” (piss off) tym, którzy go krytykują.

Intrygującym motywem przewodnim programu były słowa, jakie Tomic wypowiedział po porażce w Wimbledonie 2017. W Sydney tenisista je potwierdził i zaraz dodał, że nie żałuje tego, co mówił w Londynie. Swym kibicom szczerze radził, aby nie tracili pieniędzy na bilety i nie przychodzili go oglądać. „Patrzcie w telewizor, wyjdzie taniej”. Prawda jest taka, że gra dziś w tenisa wyłącznie z przyczyn finansowych. Tego, co musi robić na korcie, szczerze nienawidzi. Miał już kilka sytuacji, gdy rywalizował na sto procent, ale zdarzało mu się też angażować góra na jedną trzecią. Średnia kariery wychodzi jakieś pół na pół. Jego chorwacko-bośniacka rodzina, wędrująca po świecie w pogoni za pieniędzmi, tuż po przyjeździe do Australii nie miała nic, a wydanie choćby stu dolarów to był dla niej duży problem. Dzięki tenisowi, nawet przy tak osobliwym podejściu, stać go dziś na luksusowe domy czy samochody. Cała reszta to uchwycenie balansu i pociągnięcie zabawy jeszcze przez co najmniej 10 lat. To mu pozwoli zagwarantować w przyszłości odpowiedni poziom życia.

Spytany o swą przesadną skłonność do imprezowania Bernard odparł, że nie widzi w tym niczego nagannego. „Na koniec każdego tygodnia, czy w moim akurat przypadku miesiąca, ludzie inaczej układają sobie swój czas. Jedni szaleją mocniej, inni słabiej, ale tak generalnie odreagowują to, co robią na co dzień, bo w przeciwnym wypadku by zwariowali. Ja akurat, zależnie od miejsca pobytu,  różnie organizuję sobie ten czas. Niewiele rzeczy potrafi mnie uszczęśliwić, z kolei nie potrafię się dziś cieszyć wszystkim, co mnie otacza. Wyborów dokonuję więc na swoich regułach”. Prowadząca program pokazała w pewnej chwili nagranie, na którym 12-letni Tomic z emfazą mówi, że tenis to jest taki stan jego duszy, gdyż poprowadzi go z ziemi do nieba. Gość najwyraźniej się wzruszył, ale zaraz z błyskiem w oku spytał Mellisę, czy najpierw ma płakać, a potem jej dziękować, czy zrobić to w odwrotnej kolejności.

Nieco później, na pytanie, czy kiedykolwiek marzył, aby wygrać wielkiego szlema, bądź zostać nr 1 w rankingu ATP odpowiedział, że owszem, w młodym wieku, gdzieś tak do 19-tego, 20-tego roku życia. Potem te plany ulotniły się bezpowrotnie. „Może gdybym faktycznie dostał  szansę wygrania Wimbledonu byłbym autentycznie szczęśliwy i nabrał ochoty na ciężką pracę na treningu…” – westchnął pod koniec. 47-letnia dziennikarka z Sydney, pani Doyle, oświadczyła na wizji, że sobie ceni uczciwość tenisisty, wypowiadającego się aż tak otwarcie w tylu kontrowersyjnych kwestiach, lecz czuje się sfrustrowana i nie wie, czy powinna się zacząć użalać nad swym gościem, czy raczej kopnąć go w tyłek. Bernard się roześmiał i odparł: „Wiesz ja to przeżywam identycznie! Chwilami to już sam nie wiem, kim naprawdę jestem i kogo zwodzę. Samego siebie, czy rywali na korcie”. A po chwili zastanowienia dodał: „Jestem normalną  osobą. Nie jestem Supermanem, i na pewno nie jestem Federerem. Ale też na pewno nie jestem kimś tak złym, jak to ludzie z boku widzą. Jestem po prostu Bernardem!”

Jak się nietrudno domyślić program odbił się w światku tenisa szerokim echem. Tomic po Kyrgiosie to kolejny Australijczyk, ale przede wszystkim kolejny młody, perspektywiczny tenisista, otwarcie deklarujący swą niechęć do dyscypliny i skrajnie merkantylne do niej podejście. Mamy teraz w profesjonalnym tenisie sytuację kuriozalną. Z jednej strony astronomiczne sukcesy graczy, którzy przekroczyli 30 rok życia, a nawet mogą już startować w sankcjonowanych przez ITF oficjalnych rozgrywkach weteranów, z drugiej jest dramatyczna sportowa niemoc pokolenia teoretycznych zmienników. Nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, czy to ci pierwsi są aż tak genialni, czy może raczej ci drudzy tak słabi. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku. Dodatkowo utrudnia zadanie  liczba okoliczności, jakie wpływają na ten, albo inny stan rzeczy. Nieszczęściem dyscypliny z roku na rok staje się jej coraz bardziej korporacyjny charakter, co oznacza bezwzględne zamiatanie pod dywan różnych prawd niewygodnych i operowanie na co dzień zlepkiem banałów.

Tomic tymczasem wali nam prawdę prosto w oczy. Dostał szansę dorwania się do miodu i teraz nie pozwoli, aby ktoś go odsunął od stołu. System rozgrywek sprawia, że przy liczebności konkurencji dość trudno jest się dostać do pierwszej setki rankingu. Jeśli jednak ktoś już do niej trafi ma szansę utrzymać się tam bardzo długo i zarobić na więcej jak przyzwoitą egzystencję. Nawet jeśli czasem będzie tylko pozorował, że chce mu się na grać w tenisa, pieniędzy na koncie będzie przybywać. Założenie, że wszyscy potrafiący trzymać rakietę śnią i marzą o ciężkiej pracy i wielkich sukcesach jest piękne, tyle że kompletnie nieprawdziwe. Absurdalne coroczne podwyżki sprawiają, że takich  Kyrgiosów czy Tomiców przybywa dziś lawinowo tylko na razie nie mają oni ochoty się ujawniać. Z Nowego Jorku właśnie dostali kolejną krzepiącą informację. Pula nagród w tegorocznym US Open po raz pierwszy w profesjonalnym tenisie przekroczyła kwotę 50 mln $. Porażkę w I rundzie wyceniono na 50 tys. Rzut oka na stawki, obowiązujące w cyklu ITF, daje szansę zrozumienia kilku ważnych dla dyscypliny mechanizmów. Ci najlepsi, z czuba rankingu, w błyskawicznym tempie stają się miliarderami. Reszta, ci za ich plecami, po przegranej też ma czym otrzeć łzę goryczy. A ci, którym się nie chce i tak jakoś wyjdą na swoje. No po prostu, żyć nie umierać.

Karol Stopa