W prywatnym archi£ukasz Kubotwum trafiłem na pożółkłą stronę, wyrwaną 16 lat temu z „Gazety Wyborczej”. Zaskakująco obszernej relacji z mistrzostw Polski, rozgrywanych wtedy na kortach Warszawianki, nadano klarowny tytuł: „Chcę być tenisistą”. Zdzichu Ambroziak, autor tekstu, zawsze wyróżniał się przenikliwością uwag i obserwacji. Choć odszedł z tego świata trzynaście lat temu, wiele jego spostrzeżeń dalej trafia w samo sedno. Wtedy, po obejrzeniu kilku gier 1/8, szybko wybrał sobie bohatera i napisał o nim jak prorok: „Natomiast Łukasz Kubot jest w naszym tenisowym światku postacią wyjątkową. Ma 19 lat i jest już dojrzałym mężczyzną. Moim zdaniem jest jedynym prawdziwym polskim zawodowcem, który może dołączyć do światowej czołówki”. Brakowało minuty do godz. 21 czasu londyńskiego i była sobota, 15 dzień lipca 2017 roku, gdy przepowiednia Zdzisia sprzed tylu lat faktycznie się sprawdziła.

Nie licząc juniorskich sukcesów Łukasz Kubot jest dziś jedynym w historii Polakiem, który wygrał na Wimbledonie którąś z pięciu głównych rywalizacji. Podczas kolejnych wizyt w świątyni tenisa fundowano nam zwykle opowieść o przedwojennym finale, tym z 1937, Jadwigi Jędrzejowskiej, potem w 2012 mogliśmy obejrzeć finał Agnieszki Radwańskiej. Przepiękne zdarzenia, jednak dość typowe dla całego polskiego sportu, bez happy-endu. Teraz 35-latek z Bolesławca zmienił tenisowe priorytety. Dorzucił do kolekcji – znów jako jedyny biało-czerwony – swoją drugą wielkoszlemową koronę. Tę z Melbourne zdobył w 2014 u boku Szweda, Roberta Lindstedta, londyńską wyszarpał  rywalom przy udziale Brazylijczyka, Marcelo Melo. Na sześć rozegranych pojedynków cztery to były niezwykłe pięciosetowe batalie, mecze z udziałem wyjątkowo równych i mocnych par, gdzie jedna, góra dwie akcje decydowały o przełamaniu, otwierającym furtkę do seta. W finale był epicki horror, blisko 5-godzinny bój, grany non-stop na absurdalnie wysokim poziomie, drugi najdłuższy mecz w historii imprezy. Polak i Brazylijczyk nie znaleźli pogromców na trawie w trzech kolejnych  turniejach i już mają zapewniony awans do finałowej imprezy cyklu ATP. Melo ponownie został liderem deblowego rankingu. Kubot też jest dziś rekordowo wysoko, bo na miejscu czwartym. W grze podwójnej tylko Wojtek Fibak był kiedyś wyżej, w lutym 1979 zajmował pozycję nr 2.

Historia polskiego tenisa nie zna nikogo, kto potrafił tak mozolnie i tak skutecznie zarazem walczyć o światową elitę. Łukasz starał się o nią całe dziesięć lat. „Długo trwało, bo uczyłem się na swoich błędach” – ocenił w jakimś wywiadzie. Podwójny ćwierćfinalista Wimbledonu juniorów z roku 2000 czas żniw wśród zawodowców zaczął dopiero jesienią 2009. W kwietniu 2010 wspiął się na rekordową do dziś pozycję nr 41 w singlu, w deblu we wrześniu został nr 7. Grał tak skutecznie u boku Austriaka Olivera Maracha – jednego z rywali w tegorocznym wimbledońskim finale – że dwa razy wystąpił z nim w imprezie, zamykającej sezon w hali 02. Siedem lat temu w Melbourne i przed sześcioma laty w Londynie otarł się o ćwierćfinały wielkiego szlema. Potrafił wygrywać wtedy z takimi asami jak: Andy Roddick, Gael Monfils czy Nicolas Almagro. Na Roland Garros 2011 jego pięć setów w I rundzie z Hiszpanem oglądał nadkomplet widzów. Ludzie wpadali w zachwyt po udanych wolejach Polaka i krzyczeli mu: „brawo Edberg!” Drugi turniej życia na Wimbledonie, po tym juniorskim, zaliczył w 2013. Mecz o półfinał w świątyni tenisa z Jurkiem Janowiczem okazał się jak gwiazdka z nieba. Obaj Polacy uhonorowani zostali za swój wyczyn przez prezydenta RP. Łukasz planował już wtedy pożegnanie z singlem i skupienie się na deblu, lecz po tym sukcesie jeszcze przez rok próbował sił na dwóch frontach. Na więcej nie pozwoliły schorowane plecy.

W naszym tenisie mieliśmy wielu dobrze się zapowiadających młodych ludzi, lecz to akurat Łukasz  pierwszy zrozumiał, że dziś na korcie obok zdrowia, liczy się ogrom wykonanej pracy, upór oraz odpowiednie podejście. Od lat stale powtarza, że nie jest tenisistą utalentowanym, za to ma ciągle ochotę, aby analizować i poprawiać to co robi. Nie znam w Polsce nikogo z taką wizją własnej gry. Jego kariera była najpierw, jak darcie paznokciami betonu. Zajęcia w porach, gdy normalni ludzie jeszcze śpią i w obiektach, o co najmniej dziwnym standardzie. Choć miałby do tego pełne prawo jakoś nigdy od niego nie usłyszałem, że musiał ćwiczyć w szopie. Stuprocentowy profesjonalista, jeśli idzie o trening, także gdy przychodzi czas regeneracji, posiłku, odpoczynku, czasu wolnego,  planowania startów, budowania ekipy, czy doboru partnera. Gdy znani z krajowych kortów koledzy za pierwsze zarobione rakietą pieniądze kupowali luksusowe samochody i szukali wystrzałowych partnerek, on inwestował w swe szkolenie. Był w Stanach na tenisowym ranczo Johna Newcomba, co pomógł mu załatwić Radek Nijaki. Potem dzięki piłkarskim kontaktom ojca ćwiczył w Pasching koło Linzu. Wreszcie na stałe wylądował u południowych sąsiadów, gdzie ma dziś swój drugi obok Lubina dom. Praski klub TK Neride, słynne centrum z Prostejova i galeria czeskich szkoleniowców to jest od ponad dekady jego świat. W biografii Kubota, może poza pierwszym trenerem Ryszardem Korzeniowskim, nie ma zbyt wielu polskich akcentów. Ludzi, którzy mu autentycznie pomogli jest w stanie policzyć na palcach jednej ręki i co ważne, potrafi im dziś okazać swą wdzięczność. Rzut oka na boks na korcie centralnym pozwalał się zorientować, o kogo chodzi. Jedynym zaproszonym, który akurat nie mógł tego dnia przyjechać był słynny polski napastnik, Andrzej Szarmach…

Niewiele było w ostatnich latach polskich sukcesów tenisowych, które sprawiłyby mi tyle radości, co sukces Łukasza na kortach All England Clubu. Jak na ironię finał oglądałem, niestety, z wieloma przerwami i w dziwnych okolicznościach. Dokładnie wtedy w dużym i eleganckim hotelu „Narvil” koło Serocka trwał III Gentelmen’s Tennis Cup, deblowa zabawa dla grupy aktorów i biznesmenów. Zaproszony przez jednego z organizatorów, aktora Tomka Gęsikowskiego, siłą rzeczy nie mogłem śledzić spotkania od początku do końca. Pomógł niespodziewanie inny uczestnik turnieju, znany satyryk, Maurycy Polaski z „Kabaretu pod Wyrwigroszem” i jego iPad, sprytnie uruchomiony w hotelowym hallu. Gdy w grupce wpatrywaliśmy się w niewielki ekran z tłumu przechodzących  zatrzymał się jeden tylko starszy pan. Podszedł i spytał o wynik, najwyraźniej wiedząc, kto gra w Londynie i o co. W hotelu sportowych kanałów Polsatu akurat nie było, z kolei Polsat nie wpadł na pomysł, aby tak spektakularny mecz nadać w swym kanale otwartym.

Debel jest trudną tenisową specjalnością, grą w której liczy się zgranie, zrozumienie i dialog na korcie. Z jednej strony to aż dziwne, że Polacy tak sobie radzą ze sztuką budowania tenisowych mostów, gdy wokół, na co dzień, a już zwłaszcza w świecie polityki, kompletnie nie potrafimy znajdować wspólnego języka. Skądinąd wiadomo, że gra podwójna od lat coraz słabiej nadąża za grą pojedynczą i choć potrafi fundować widowiska niebywale atrakcyjne, nie ma to przełożenia ani na frekwencję na trybunach, ani na stawki w puli nagród, ani też na popularność tych najlepszych. Do tej pory sądziłem, że to problem głównie o charakterze międzynarodowym. W pięknym hotelu nad Narwią doszło do mnie, jak łatwo można zmarnować tego rodzaju okazje także i na krajowym gruncie.

Karol Stopa
19 lipca 2017 roku