roger federer_crMinęły trzy dni drugiego tygodnia Wimbledonu, a w męskiej rywalizacji znów potężnie tąpnęło. Po Australian Open i Roland Garros to już kolejny w tym roku przykład, jak niewiele potrafi znaczyć ranking, rozstawienie czy największy nawet rekordowy dorobek, gdy gwieździe zabraknie zdrowia. Jednym odmawiają posłuszeństwa biodra, innym kolana albo łokcie. Skutek zawsze jest identyczny. Forma eksploatowanego ponad miarę organizmu minimalnie spada, a za plecami czeka na tę chwilę głodna sukcesów sfora. Nieważne, czy tych starszych, czy raczej młodszych graczy. Każda okazja jest wtedy dobra, by skoczyć mistrzom do gardła i wyrwać w końcu coś dla siebie.

Od ośmiu lat nie oglądano czegoś takiego w głównej imprezie. Przed jej półfinałem, tak jak wtedy w Paryżu, odpadli trzej ludzie z wielkiej czwórki: Rafael Nadal, Novak Djokovic i Andy Murray. Został najstarszy, Roger Federer. Szwajcar za niecały miesiąc kończy 36 lat. Nie przeszkodziło mu to, aby dojść do końcowej czwórki w Londynie po raz dwunasty, na dodatek w stylu nastolatka i bez straty seta. W stawce brak teraz głównych rywali, faworyt jest zatem oczywisty. Trudno sobie wyobrazić, co musiałoby się stać, by w niedzielę nie dorzucił do kolekcji drugiej w tym roku, a dziewiętnastej w karierze tenisowej korony. Sam Querrey został pierwszym od Andy Roddicka tenisistą z USA, który niespodziewanie osiągnął półfinał singla. Kalifornijczyk rok temu też ograł w Wimbledonie lidera rankingu, lecz nawet rodacy raczej na niego nie liczyli. W kraju uważanym za jedną z potęg dyscypliny od blisko dekady wielu nieźle się zapowiada, a na wielkie gwiazdy wciąż jest tam deficyt. Novak Djokovic zszedł z kortu w 1/4, czego nie oglądano od pamiętnego ćwierćfinału w Melbourne 2009 z Roddickiem. Serb wcześniej wielokrotnie miewał kłopoty przy skrajnych obciążeniach, ale pomogła mu słynna dieta bezglutenowa. Teraz posłuszeństwa odmówił dokuczający od dawna łokieć. Po niekalendarzowym wielkim szlemie w Roland Garros 2016 Novak dość mocno obniżył loty. Słychać, że rozważa odłożenie rakiety nawet na kilka miesięcy.

W dniu, w którym aż tyle się dzieje na dwóch głównych arenach ludzie bacznie obserwują niemal każdy centymetr trawy, byle tylko nie uronić czegoś, co ważne. Paradoksalnie jednak także i obok placów gry warto czasem zatrzymać się choć na chwilę. W Londynie, jak powszechnie wiadomo, kamery tv chętnie zaglądają do loży dla gości specjalnych. Akurat w środę w Royal Box zasiadły dość wyjątkowe dla dyscypliny postacie. Procedurę ich zaproszenia nazwano „Professional 8”, dla każdej z osób przygotowane zostało specjalne trofeum. Chodziło o upamiętnienie Wimbledon Pro, czyli turnieju, jaki odbył się na kortach All England Clubu w sierpniu 1967 roku, niemal dokładnie 50 lat temu i był zapowiedzią ery tenisa zawodowego, granego oficjalnie o pieniądze. Zjawili się ci, którzy byli jeszcze w stanie to zrobić. Australijczycy: Rodney Laver, Ken Rosewall, Fred Stolle i Amerykanie: Butch Buchholz, Dennis Ralston. Przyjechały też dwie wdowy. Australijczyka Lew Hoad’a reprezentowała jego małżonka Jenny, Amerykanina Pancho Gonzaleza małżonka Rita. Nie było tylko Hiszpana Andresa Gimeno, który ostatnio poważnie chorował, a z rodziny nie miał kto go zastąpić.

Współcześni na ogół słabo kojarzą lata 60-te i czas, kiedy wyczynowy tenis przeżywał swoje trudne chwile. Wielu ludzi wierzyło wtedy jeszcze w sport amatorski, uprawiany w sposób altruistyczny, a jednocześnie pojawiały się już pierwsze okazje, by rywalizować na korcie o premie finansowe. Dla  działaczy światowej federacji sprawa była prosta. Kto uczestniczył w podobnych przedsięwzięciach był dyskwalifikowany i nie mógł grać w turniejach wielkiego szlema. W 1960 podczas paryskiego kongresu International Lawn Tennis Federation głosowano pomysł otwarcia rozgrywek także dla i dla tych biorących pieniądze za grę. Obecnych było 209 delegatów, potrzebna była większość 139 głosów. Jak się okazało brakło 5 głosów, aby pomysł przeszedł. Niemniej dla wielu osób wtedy był to sygnał, że tenis w formule „open” to już tylko kwestia czasu. Jak wiadomo zaczął obowiązywać od roku 1968. Podczas Wimbledonu 1966 Jack Kramer, założyciel słynnego cyrku profesjonalistów, powiedział na antenie radia BBC, że władze All England Clubu powinny zrobić pierwszy krok i zorganizować na trawnikach wspólny turniej amatorów i zawodowców. Był to czas, kiedy piłkarska reprezentacja Anglii zdobyła u siebie World Cup i kraj ogarnęło sportowe szaleństwo. We wrześniu tego roku ówczesny prezes klubu, pan Herman David pojechał na Wembley, gdzie akurat odbywały się mistrzostwa profesjonalistów na trawie. Postawił jeden warunek. „Jak tylko zapełnicie na swych meczach trybuny kortu centralnego, za rok otwieramy bramy Wimbledonu także i dla Was”.

Ze wspomnień Lavera wynika, że na inaugurującym turniej meczu Gonzalez – Hoad zajętych było tak na oko, trzy czwarte miejsc. A potem z każdym kolejnym pojedynkiem ta frekwencja rosła. Na finale Laver – Rosewall wolnych foteli już nie było. Rodney zwyciężył 6-2 6-2 12-10, nie tracąc przez całą imprezę ani jednego seta. W deblu triumfowali Gonzalez/Gimeno. Pula nagród była jak na tamte czasy wręcz astronomiczna: 35 tys. $ dla singlistów, 10 tys. $ dla deblistów. W grudniu 1967 roku władze brytyjskiej federacji niemal jednogłośnie przesądziły o starcie zawodowców w Wimbledonie 1968. Międzynarodowa federacja, postawiona pod ścianą, nie miała wyboru, musiała też przyjąć taką opcję. Ciekawe, która z tych wszechobecnych medialnie współczesnych gwiazd, zafrasowana w pierwszym rzędzie swym zdrowiem, a potem rankingiem i milionami inkasowanymi na koniec imprezy, ma dziś świadomość tego, jak to się wszystko zaczęło. I wie, kto musiał kiedyś trochę pocierpieć, aby dziś z takich dostatków korzystać mógł ktoś…

Karol Stopa