minellaCzwarty lipca przywołuje różne wspomnienia. Święto państwowe w Stanach w rocznicę ogłoszenia słynnej deklaracji niepodległości z 1776 roku, a w Anglii, gdzie na styku letnich miesięcy odbywa się najstarszy na świecie turniej tenisowy, czas wyczynów ludzi spod sztandaru w gwiazdy i pasy. Wimbledońska księga rekordów dość często kojarzy z tą datą Amerykanów. W 1975 słynna Billie Jean King zdobyła tego dnia ostatni ważny tytuł w singlu, gromiąc w finale Australijkę Goolagong 6-0 6-1. W 1981 krnąbrny potomek irlandzkich emigrantów, John McEnroe, zrewanżował się za przegrane rok wcześniej pięć setów i pierwszy raz ograł w decydującym meczu Szweda, Bjoerna Borga. W 1993 na wielkim pucharze pierwszy raz wygrawerowano nazwisko Pete’a Samprasa. Trzeba było potem powtarzać tę czynność jeszcze sześć razy. Inny siedmiokrotny mistrz, Roger Federer, w 2004 grał w Londynie finał z Andy Roddickiem. Była to ich pierwsza z trzech takich okazji, o tyle typowa, że to Szwajcar za każdym razem okazywał się minimalnie lepszy od Jankesa. Siedem lat temu Serena Williams łatwo sobie poradziła z Wierą Zwonariową, powiększając w ten sposób swą prywatną kolekcję srebrnych tac. Ta akurat była czwarta z siedmiu dotąd odebranych.

Wiele osób się zastanawia, czy trafi do turniejowych annałów tegoroczny czwarty lipca. Był akurat wtorek, na korcie centralnym w Londynie rozgrywano pojedynki I rundy. W programie znalazły się tego dnia dwa duże nazwiska: Novak Djokovic i Roger Federer. Jakby nie liczyć łącznie to aż 10 wimbledońskich tytułów. Wiadomo, że za oglądanie takich gwiazd trzeba zapłacić więc najtańszy bilet kosztował 56 funtów. Niektórzy, aby go zdobyć czekali dwa dni i noce w specjalnej kolejce. Tymczasem posiadaczy kart wstępu spotkała przykra niespodzianka. Serb był na korcie ledwie 40 minut, Szwajcara można było oglądać 3 minuty dłużej. Najpierw Słowak Martin Kliżan stwierdził, że w kontynuowaniu gry przeszkadza mu kontuzja łydki, potem Ukrainiec Aleksander Dołgopołow wytłumaczył się urazem stawu skokowego. Obaj oni wywiesili białe flagi, obaj zainkasowali 35 tys. funtów minus podatek. Kibice na trybunach nie kryli irytacji, odezwały się nawet gwizdy. Szefowie imprezy uratowali twarz dodając do programu jeden mecz pań, lecz atmosfera wielkiego święta w tym dniu gdzieś się ulotniła.

Paradoks sytuacji polega na tym, że problem nie jest nowy, a trzeba do niego wracać tym częściej, im mocniej idą w górę finansowe premie za porażki w pierwszych meczach wielkiego szlema. Od  kiedy w roku 2014 przyjęty został kurs na ostre podwyżki w głównych tenisowych imprezach tzw. cut-off,  czyli obcięcie na liście zgłoszeń ruszyło ostro do góry, rezygnacje ze startu liczyć można śmiało na palcach jednej ręki, a obyczaj przystępowania do gry osób z niewyleczonymi kontuzjami stał się wręcz nagminny. Podczas US Open 2015 padł rekord piętnastu wycofań z rozpoczętych gier I rundy, w tegorocznym Wimbledonie takich sytuacji było ostatecznie osiem. Kiedyś pisałem tu, że tylko patrzeć, jak chętnych dowozić będą na kort w wózkach inwalidzkich, choć traktowałem swoje słowa w kategoriach ponurego żartu. Dziś okazuje się, że życie przerosło kabaret. U pań odbywa się np. licytacja, do którego miesiąca ciąży można zaryzykować i wyjść z rakietą do gry. Przykład dała w Melbourne liderka, Serena Williams, a już w Londynie Mandy Minella z Luksemburga zawiesiła poprzeczkę na wysokości 5 miesięcy. Jeszcze chwila, a konieczne będą na stadionie sale porodowe. Na razie, na życzenie Wiktorii Azarenki, mają powstać sale opieki nad noworodkami.

Fakt, że mocno krytycznie wypowiedział się w tej sprawie Roger Federer jest więcej jak wymowny. Podczas swej konferencji prasowej Szwajcar powiedział, że podziela irytację zgromadzonej publiki, bo tenisista nie powinien wychodzić na kort jeśli wie, że nie będzie w stanie dokończyć pojedynku. „Pytanie brzmi, czy oni naprawdę wierzyli, że są w stanie dograć swe mecze do końca. Jeśli tak to nie widzę tu problemu. Ale jeśli nie to stało się źle, bo powinni oddać miejsce komuś zdrowemu i gotowemu do meczu”. Tak się składa, że akurat nie wszystkie przypadki, jakie zdarzyły się w tym roku w Londynie są identyczne, niemniej stanowczo za dużo tam historii, o których wiedzieli przed meczami klienci firm bukmacherskich czy zwykli kibice. Ich przewidywania się sprawdziły, a to by znaczyło, że szanowni zawodnicy – choć się teraz ostro od tego odżegnują – celowali jednak nie w zwycięstwo lecz w tę całkiem sporą kasę.

Federer zasugerował, że w wielkim szlemie można przyjąć rozwiązanie, jakie obowiązuje od tego sezonu w męskim cyklu. Jeśli gracz rezygnuje tam ze startu w ostatniej chwili z powodu kontuzji dostaje premię za I rundę, lecz zwalnia miejsce dla szczęśliwego przegranego z eliminacji. Jak się okazuje w ATP zaowocowało to dziś przyrostem liczby wycofań (withdrawals) przed turniejem oraz zmniejszeniem liczby rezygnacji (retirements) w meczach rozpoczętych. Krytycy twierdzą, że nie jest to pomysł zbyt etyczny, bo płaci się w ten sposób komuś, kto w ogóle nie wyszedł na kort, zaś korzyści rezerwowego też mogą się tu okazać iluzoryczne. Inne zgłaszane teraz koncepcje to zwrot kosztów podróży dla gracza, który przyjechał lecz z powodu kontuzji zdecydował się nie wystąpić, albo też  proporcjonalny podział kwoty za I rundę między wycofującym się, a tym dopuszczonym dodatkowo. Tak czy inaczej, trzeba szybko coś zrobić z tym fantem, bo panowie działacze śpią, a z wielkiej forsy, jaka płynie w stronę kortów niekoniecznie wynikają rzeczy pozytywne. Kto zadał sobie trud i posłuchał konferencyjnego monologu Bernarda Tomica o tym, dlaczego kompletnie odechciało mu się trenować i grać, powinien złapać się za głowę i zacząć akcję ratunkową. Bo te  kochane, wielkie pieniądze w profesjonalnym tenisie, szczęścia jednak nie dają. A już na pewno nie wszystkim.

Karol Stopa