wimbledonZ tenisowej świątyni przy Church Road dochodzi gromkie Alleluja. Skoro świat znów spogląda na korty prywatnego All England Lawn Tennis Clubu znaczy to, że nadszedł już – jak co roku – czas na wielkie święto dyscypliny. Data gotowości wyznaczona została tydzień wcześniej. Trawę idealnie przycięto do wysokości 8 mm, od nowa rozkwitły petunie, dokładnie sprzątnięto wszystkie alejki, odmalowano większość pomieszczeń. Prawie 30 ton truskawek z hrabstwa Kent oraz hektolitry szampana czekają na jeden tylko znak. Chwilę, kiedy obrońca tytułu, Andy Murray, wkroczy na oszałamiający zielenią kort centralny, a miliony jego rozemocjonowanych fanów poczują ciarki na plecach. Taki będzie początek tegorocznego Wimbledonu, największego i najważniejszego na kuli ziemskiej turnieju. Dokładnie jego 131-sza odsłona.

Z obecnej perspektywy wydaje się aż nieprawdopodobne, że początek rywalizacji miał miejsce już w roku 1877 i na dodatek wyłącznie dlatego, że w londyńskim klubie zabrakło wówczas pieniędzy na specjalny walec do trawy. Na jakość trawnika, o paradoksie, narzekali głównie specjaliści od gry w krykieta, wcale nie tenisiści, których było zaledwie kilku. Do pierwszego turnieju zgłosiło się ostatecznie 22 graczy, a każdy z nich zapłacił gwineę wpisowego. Starczyło na walec i nagrody dla Spencera Gore, pierwszego triumfatora, który odebrał srebrny kielich oraz premię w wysokości 12 gwinei. Czeki dla zwycięzców tegorocznych, zarówno pań jak i panów, będą opiewać już na 2 mln 200 tys. funtów. Akurat wyjątkowo plastycznie oddaje to różnicę między tym, co było kiedyś i co mamy dzisiaj.

Wimbledon z jednej strony starał się nadążać za zmieniającym się otoczeniem, z drugiej wyjątkowo długo był bastionem przeszłości. Przez 140 lat tradycja to było słowo klucz dla zrozumienia zasad tej imprezy. Pamiętam uczucie zdumienia, jakie mi towarzyszyło, gdy pierwszy raz wkroczyłem za metalową bramę AELTC. Zapach skoszonej łąki, odgłosy niczym z podmiejskiego gospodarstwa, a jednocześnie na każdym kroku dawali mi do zrozumienia, że jestem w elitarnym światku i choćby z tego tytułu powinienem być zachwycony. „Niczego się nie spodziewaj, jak coś ci potrzeba to sobie kup, albo załatw. Bo tak było u nas zawsze i będzie tak nadal” – mniej więcej w ten sposób można było sobie wytłumaczyć naczelne przesłanie turnieju.

A jednocześnie Wimbledon w zdumiewający sposób ewoluował. Pokazywał, że umie zerwać nawet ze swą najświętszą tradycją. W 1991, przy zaległościach spowodowanych złą pogodą, środkowa niedziela po raz pierwszy stała się dniem gry. Nazwano ją People’s Sunday, sugerując zarazem, że to gest w stronę publiki, nie dla obrony własnych interesów. W 1927 miał miejsce debiut radia, w 1937 telewizji, a po kolejnych trzydziestu latach nadano pierwszą transmisję tv w kolorze. W BBC odpowiadał za nią słynny dziś popularyzator przyrody, sir David Attenborough. Nowoczesne środki przekazu to od zawsze było coś, z czym Wimbledonowi jak widać było pod rękę. Kiedy za kwotę 80 mln funtów postanowiono przykryć kort centralny wielu pukało się w czoło. Dach tymczasem zadebiutował w 2009, za dwa lata będzie następny, nad kortem nr 1. Nawet przy ostrym deszczu aż 2/3 obecnych na obiekcie będzie wtedy mogło śledzić pojedynki. Oto jak ci niby niereformowalni Anglicy przebili na tym polu Amerykanów z Flushing Meadows, nie mówiąc tu już o Francuzach, dramatycznie spóźnionych z rozbudową i modernizacją Roland Garros.

Za bardzo ważny ruch uznana została decyzja z roku 2000 o spowolnieniu kortów trawiastych. Inne proporcje wysiewanych nasion plus odmiennie się krzewiące gatunki doprowadziły do zasadniczej zmiany stylu gry oraz wyrównania szans. Manuel Santana szokował kiedyś wypowiedzią, że trawa jest dobra dla krów, nie dla tenisa. Jego rodak tymczasem, Rafael Nadal, potrafił wygrać w 2008 z Rogerem Federerem blisko 5-godzinny finał, niewiarygodny pięciosetowy spektakl, uważany przez wielu za najwspanialszy mecz w historii dyscypliny. Na wolniejszej dziś trawie defensywa doszła mocniej do głosu, a atak nie daje już takiej przewagi jak kiedyś. „Piłka odbija się wyżej i nie ślizga się po tej nowej trawie. Nie ma żadnych podstaw, aby uznać te warunki za niesprawiedliwe dla kogokolwiek” – to mocna opinia Richarda Lewisa, osoby która od 2012 pełni ważną rolę sekretarza londyńskiego klubu.

Z dłuższej opowieści Lewisa wynika, że proces podejmowania decyzji to w AELTC nie prywata ani czyjeś widzimisię, lecz każdorazowo kolegialność, wspólne dyskusje i poważne omawianie sprawy. Nieważne, czy chodzi o skrzypiący fotel na trybunach kortu nr 18, czy zaopatrzenie któregoś bufetu w potrawę dla jaroszy. Przy turnieju zatrudnionych jest 6 tys. osób. Przez 13 dni muszą oni zająć się tysiącem spraw, nie tylko o charakterze sportowym. Trzeba np. dobrze nakarmić pół miliona ludzi. To największe w Europie wyzwanie gastronomiczne, zarazem bez szansy na popełnienie błędu. Od strony komercyjnej i marketingowej turniej też jest super wyzwaniem. Chodzi przede wszystkim o przyciągnięcie uwagi młodego odbiorcy i to nie tylko na rynku tradycyjnym, czyli brytyjskim, lub  amerykańskim. Obecnie kierunek główny to Azja, konkretnie Chiny. W dotarciu do celu pomagają różne wymyślne narzędzia, jakich dostarcza internet, zwłaszcza popularne media społecznościowe.  Umiejętna gra na tej klawiaturze potrafi w trakcie turnieju dać przyrost audytorium z 12 do 21 mln. A taki Snapchat, który oferuje 30-sekundową historyjkę do obejrzenia, jednorazowo może ściągnąć  nawet i 600 mln osób. To są dziś batalie o astronomicznych rozmiarów rząd dusz, tymczasem ten niby skrępowany tradycjami Wimbledon rozsądnie i całkiem nowocześnie staje w tej konkurencji do boju.

Dlaczego nie rozszerzają programu dnia na głównych kortach ponad trzy tylko mecze i czemu tak późno je zaczynają? Jak tworzą swoje fundacje, komu od lat pomagają i dlaczego wielkie pieniądze oddawane co roku do kasy Lawn Tennis Association nie owocują nowymi postaciami brytyjskiego tenisa?  Te i wiele jeszcze innych kwestii porusza Sean Eagle w swym obszernym tekście na łamach gazety „The Guardian” w przeddzień trzeciej lewy wielkiego szlema. Puenta jest tam czytelna: tenis ekscytuje nas nazwiskami. Federer, Nadal, Djokovic i Murray z jednej, Serena Williams z drugiej strony to ci, na których oparte są dziś oba cykle, ATP i WTA. Wimbledon wszakże jest większy od  tych postaci. Mądre decyzje grupy inteligentnych ludzi, schowanych gdzieś za kulisami, sprawiają, że turniej wyprzedza dyscyplinę. Choćbyśmy tego nie chcieli era fantastycznych gwiazd za moment dobiegnie końca, a z następcami może być krucho. Wimbledon tymczasem był, jest i dalej zostanie wielkim wydarzeniem. Tak jak przez wszystkie poprzednie lata.

Karol Stopa
3 lipca 2017