On na antenie Eurosportu to podstarzały i złośliwy „Komisarz tenisa”, choć wielu wciąż go kojarzy ze słynnym ongiś kortowym awanturnikiem, potrafiącym wywalczyć aż siedem wielkoszlemowych koron. Ona to z kolei niekwestionowana gwiazda współczesnego tenisa pań, wykraczająca stylem i wynikami poza znane standardy, pisząca na nowo, przede wszystkim dzięki swym 23 wielkim tytułom, księgę rekordów dyscypliny.

Od lat – co typowe dla indywidualistów z monstrualnym ego – nie trawią się wzajemnie. I niech nikogo nie zmylą obustronnie opowiadane banały. Kilka dni temu 58-letni John McEnroe był uprzejmy umieścić swą rodaczkę, 35-letnią Serenę Williams, na miejscu co najwyżej nr 700 w rankingu ATP. Kto sądził, że adresatka, skoncentrowana na swojej ciąży oraz licznych sesjach zdjęciowych, przegapi tę okazję, był w błędzie. Odpowiedź przyszła natychmiast. Elegancka niby, lecz brzmiała brutalnie: „Dear John, odp…. się”.

Ludzie funkcjonujący we współczesnym tenisie są chwilami jak dzieci, którym nudzi się podczas deszczu. Biorą wówczas do ręki swoje gumowe zabawki, wciskają paluszkiem zaznaczone miejsca i zaraz, bach, mamy tę samą co zawsze, nagraną melodyjkę. Może faktycznie akurat padało, albo też może – jak twierdzą inni – chodziło o dodatkową reklamę wydawanej akurat autobiografii Johna, dość że stary temat wrócił po raz kolejny. W Stanach równo 44 lata po słynnej „Walce Płci” (Battle of the Sex).

Wtedy, w 1973, w gigantycznej „The Astrodome Houston”, wypełnionej przez 30 tys. kibiców, 29-letnia liderka kobiecego tenisa, Billie Jean King, pokonała na korcie 59-letniego Bobby Riggsa, człowieka, który trzy dekady wcześniej przez chwilę też stał na czele męskiej klasyfikacji. Działo się to wszystko tuż przed utworzeniem organizacji o nazwie Women’s Tennis Association (WTA) i przed pierwszą wielkoszlemową imprezą (US Open), w trakcie której nastąpiło zrównanie wypłat w tenisie kobiecym i męskim. Imponujące, super dochodowe przedsięwzięcie, fantastycznie ulokowane pod względem marketingowym. Kulisy i rozmaite mniej znane smaczki meczu sprzed pół wieku, także jego wersja hollywodzka, to dziś temat rzeka, skłaniający do przemyśleń.

Ciekawe, że od tamtego zdarzenia nie doszło potem do zbliżonego choćby spektaklu. Próbowali sił Jimmy Connors z Martiną Navratilovą i później Gael Monfils z Justine Henin, czy Novak Djokovic z Li Na, lecz na ogół były to grane dla zabawy pokazówki, albo pojedynki tak obłożone rozmaitymi dodatkowymi warunkami, że nijak się to miało do pierwowzoru. Owszem w środowisku znane są boje damsko-męskie, całkiem poważne lecz odbywające się gdzieś na bocznych kortach, a więc bez oprawy i wielkiej widowni. Najsłynniejszy to ten z Melbourne 1998, gdy niejaki Karsten Braasch, Niemiec klasyfikowany wówczas z nr 203 ATP, między jednym a drugim wypalonym papieroskiem ośmieszył najpierw Serenę, a potem Venus. Siostry pytane o szczegóły udają dziś, że takiego meczu nie było, względnie o nim zapomniały. Gdyby nie paru wiarygodnych świadków można by nawet przyjąć tę wersję. Niewielu wie, że ostatnim, który dosyć ostro zabiegał o poważną tenisową walkę płci i zaoferował nawet milion dolarów nagrody plus swoje kasyno Taj Mahal w Atlantic City był w roku 2000 obecny prezydent USA, Donald Trump. Zagrać mieli wtedy 40-letni John McEnroe i 20-letnia Venus, akurat świeżo po triumfach w Wimbledonie i US Open. Tylko że ona wycofała się w ostatniej chwili, twierdząc, że gra z kimś o tyle lat starszym jest nie fair…

Sędziwy Rodney Laver, leworęczny australijski fenomen, który – gdyby nie zamieszanie z ostrym podziałem na tenis amatorski i zawodowy w drugiej połowie lat 60-tych – niechybnie posiadłby rekordy nieosiągalne obecnie dla nikogo, wypowiadał się ostatnio na temat porównywania gwiazd dyscypliny. Gdy spytano go o klasyfikację zwaną G.O.A.T (Greatest Of All Time), wzruszył tylko ramionami i rzekł: „Takie zestawienia nie mają żadnego sensu. Ludzi można oceniać wyłącznie w odniesieniu do czasu, w jakim żyli i występowali. Kiedyś inne były warunki, rakiety, korty, piłki, a także przygotowanie fizyczne do gry. Teraz wszystko też wygląda kompletnie inaczej”. Bez dwóch zdań, identycznie jest z tenisem kobiecym i męskim. Niby ta sama gra, a różnic tyle, że każdego kto na siłę szuka porównań, podejrzewać trzeba o niezbyt czyste intencje. Od biologii zaczynając, na technice i taktyce kończąc, odmienności jest aż nadto. Naturalnie nie wykluczają one faktu, że jednym będą się podobać panowie przebijający piłkę nad siatką, a innym panie. Identycznie jest w pozostałych dyscyplinach. Znam takich, u których zachwyt wywołują dziś mecze futbolowej Ligi Mistrzyń i takich, którzy nie opuszczą żadnej kolejki męskich klubowych mistrzostw. To samo w koszykówce, siatkówce, czy piłce ręcznej. Wszędzie jedna i ta sama zasada: wolisz blondynki od brunetów, twój wybór, ciesz się tym, co lubisz. Bo reszta argumentacji to już zwykłe wciskanie kitu, tak znane u nas przy dyskusjach np. o polityce. Tam zwykle pierwsze zdanie wystarcza, aby podjąć decyzję o dalszym słuchaniu bądź oglądaniu. Ja akurat od jakiegoś czasu po prostu zmieniam wtedy kanał.