murray4Gdy w I rundzie cyklicznej imprezy przegrywa lider rankingu ATP, nadstawiają ucha nawet ludzie średnio zainteresowani tenisem. Gdy na trawie odpada ktoś, kto od dwóch lat był tam niepokonany,  media najczęściej gubią umiar. Brytyjskie tabloidy zaroiły się nagle od katastroficznych określeń. Tymczasem eksperci oraz komentatorzy z wysp, zwłaszcza ci wyspecjalizowani w pochlebstwach pod adresem brytyjskiego asa, teraz dyplomatycznie nabrali wody w usta. Andy Murray pięć razy wygrywał na kortach Queens Clubu więc miejscowym się wydawało, że zrobi to po raz szósty. Wymyślili mu nawet specjalną kampanię, promującą go jako niezłomnego Supermana, który fruwa nad Londynem i daje każdemu radę. Fikcyjną postać z komiksów miała na korcie przypominać nowa koszulka gracza, w kolorach odmiennych od bieli, czerwonym i niebieskim. Niestety, coś poszło nie tak. Mistrzowi zabrakło tym razem cech nadludzkich i chyba wyrżnął nosem o trawę.

Z Australijczykiem Jordanem Thompsonem, zawodnikiem nr 90 ATP i zarazem lucky loserem, czyli szczęśliwym przegranym z eliminacji, Murray zagrał po prostu fatalnie. W tym sezonie nie po raz pierwszy tenis lidera przypominał gumę do żucia. Słaba była dynamika uderzeń, mocno brakowało przyspieszeń i precyzji. Po 136 meczach udanych pod tym względem liczba przełamań we wtorek wynosiła zero. W sensie rankingowym była to najgorsza od siedmiu lat porażka Andy’ego. Podczas konferencji Szkot pokazał dziennikarzom, że nawet w tak trudnej dla siebie sytuacji umie pokazać klasę. Mówił np.: „…ten turniej od paru lat świetnie przygotowywał mnie do Wimbledonu. Gdy tu grałem dobrze i tam szło nie najgorzej. Jeżeli jednak dalej będę się prezentował tak, jak dzisiaj, oczywiście Wimbledonu nie wygram. Nie mam na to żadnych szans. Zostało jeszcze trochę czasu, aby podjąć próbę ratowania sytuacji. Zmiana rywala w ostatniej chwili to nie jest okoliczność, jaka mogła być wytłumaczeniem. Thompsona kilka razy widziałem, wiedziałem jak gra. Problem leży po mojej stronie. Ćwiczyłem na trawie przez 7-8 dni, więc nie mogę powiedzieć, że warunki mnie w jakikolwiek sposób zaskoczyły”.

Przeciek do mediów przed meczem upublicznił prywatną informację o tym, że tenisista wszystkie zarobione w Queens Clubie pieniądze przeznaczy na pomoc ofiarom pożaru w Grenfell Tower. To tragiczne wydarzenie miało miejsce dosłownie dwie mile od kortów. Spodziewano się powszechnie, że będzie to kwota 350 tys. funtów, przygotowana w tym roku dla triumfatora imprezy. Gdy jednak okazało się, że czek będzie opiewał na ledwie 12 tys. funtów, padło pytanie na ten temat. „ Z wielu powodów zależało mi, aby wypaść tym w turnieju jak najlepiej – odpowiedział Andy. – Ten akurat, finansowy, tym razem był dla mnie szczególnie ważny. To prawdziwy pech, że korzystając z takiej formuły nie mogę zaoferować więcej”. Osoby z otoczenia tenisisty szepczą, że prawdopodobny jest scenariusz wyrównania różnicy, jaka powstała, lecz gest ten nie będzie nagłośniony. Szkot, o czym niewiele osób wie, znany jest z udziału w przedsięwzięciach o charakterze dobroczynnym. Kiedy cztery lata temu z chorobą nowotworową walczył jego przyjaciel, deblista Ross Hutchins, nagrodę za tytuł w Queens 2013 kazał przelać na konto Royal Marsden Cancer Hospital. Była to wówczas kwota 75 tys. funtów. Należy pamiętać, że przed dwoma laty londyński turniej dostał rangę ATP World Tour 500 i to dlatego premia jest tam teraz niemal pięciokrotnie wyższa.

W 2014 aktywny udział w akcji „Rally For Bally”, zbiórce pieniędzy po śmierci na raka brytyjskiej rakiety nr 1 Eleny Baltachy, czy pokazówka w Glasgow z Federerem w listopadzie 2016, która dała dochód 300 tys. funtów na rzecz UNICEF i lokalnych organizacji charytatywnych to są przykłady ogólnie znane. Przyjaciele Andy’ego przekonują, że było też wiele innych jeszcze gestów, darowizn czy przekazów, jakimi tenisista ani razu się nie pochwalił. Murray niekoniecznie zachowuje się jak typowy Szkot. Może to mieć związek ze strasznym przeżyciem 8-latka w 1996, gdy w rodzinnym Dunblane doszło do szkolnej masakry, a on i jego starszy brat Jamie właściwie cudem przeżyli, w odróżnieniu od klasowej grupy, która tego szczęścia nie miała. Wtajemniczeni utrzymują, że to co się dzieje to rodzaj zadośćuczynienia nie za swe grzechy, wyrównywanie rachunków. Jednocześnie jest to kwestia, o jakiej Andy zdecydowanie nie chce dziś rozmawiać.

Gwiazdy współczesnego sportu to osoby, które coraz częściej kąpią się w wannach z milionami, a jednocześnie – jak to wynika z bieżących doniesień – wciąż żądają podwyżek i non-stop kombinują, jakby tu ukryć swe dochody przed fiskusem. Płacący uczciwie podatki we własnym kraju i skłonni spieszyć z pomocą innym to gatunek dziś na wymarciu, taki typ dinozaurów. Na poletku tenisowym jest nie inaczej pod tym względem. Jeśli chodzi o przyjmowanie kasy to nikt nie ma oporów, ani ograniczeń, z tym tylko, że z największymi nie ma sensu rozpoczynać rozmowy, gdy na czeku nie widać sześciu zer. Przy operacjach typu „kasa wyda” sprawa jest już trudniejsza, bo angażowanie własnych pieniędzy gwiazd to na ogół marzenie ściętej głowy. Działania via fundacje, angażowanie sponsorów, czy osób prywatnych, owszem, spotyka się dość często. Akcja czy pomoc za własne już niekoniecznie. Murray i pod tym względem różni się nieco od kolegów z elity. To on kilka razy był lekko zażenowany astronomicznymi wypłatami z turniejów i nawet sugerował działaczom zmiany, a zwłaszcza krok w stronę ważnych inwestycji kosztem kolejnych podwyżek. Chwilowo brytyjski tenisowy Superman chyba został uziemiony. Aby zerwać się do kolejnych wysokich lotów będzie mu potrzeba lepszych niż ostatnio wiatrów.

Karol Stopa