rafael_nadal_decimaTegoroczny Roland Garros był teatrem jednego tylko aktora, Rafaela Nadala. Tenisisty wybitnego, jednocześnie wymarzonego, aby go obsadzić w aż tak piekielnie trudnej roli. Świat wokół pełen jest iluzji. Na każdym kroku przekonują nas o nadzwyczajnościach tego, na czym ląduje nasz wzrok.

Kiedy jednak stajemy oko w oko z czymś naprawdę wielkim, zaczyna brakować słów i rzetelnego opisu. Zostają tandetne łapki i buźki, elektroniczne ochy i achy. Jubileuszowy, dziesiąty tytuł to w każdym sporcie był, jest i będzie wyczyn niepowtarzalny. Musi mieć fantastyczny smak i medialnie wspaniale się prezentuje. Analiza kosztów i obraz zza kulis bywa wtedy rzadkością. Wyemitowany przez Eurosport półgodzinny dokument „La Decima” częściowo nadrabia te braki. Wzbogaca nam układankę o geniuszu z Manacor o kilka ważnych elementów. Trudno ocenić, czy mówi o nim całą prawdę. Na szczytach rywalizacji nie odsłania się przecież wszystkich kart i nie ułatwia życia rywalom. Oni zresztą i tak świetnie wiedzą, co akurat jest grane i dlaczego.

Na konferencji w Stuttgarcie Roger Federer przyznał się dziennikarzom, że paryskich meczów nie oglądał, bo wolał poświęcić swój czas rodzinie. Poza tym wiedział doskonale, jak to się zakończy. „Mówiłem wcześniej, że Rafa zawładnie całym sezonem na kortach ziemnych. On ma nad innymi gigantyczną przewagę na tej nawierzchni. Nie było dane, abym zagrał z nim w paryskim finale, bo moje i jego plany na cegle są obecnie kompletnie inne”.  Podziw, szacunek, również i strach przed morderczo skuteczną grą Hiszpana wyziera teraz z krótkich internetowych komentarzy pozostałych gwiazd dyscypliny, obecnych i dawnych. Niektórym chyba się zdawało, że po trzech latach bez sukcesów nie ma już powrotu do starego stylu rządzenia na światowych kortach. Tymczasem w styczniu w Melbourne i teraz w Paryżu okazało się, że ci z lekka zapomniani liderzy, zarówno ten szwajcarski jak i ten hiszpański, nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Męski turniej w Paryżu, oceniany przez pryzmat dramaturgii, był w tym roku słabym widowiskiem. Król mączki wrócił na swój tron i nikomu nie pozwolił dotknąć korony. Zadanie 127-miu statystów polegało na tym, by pojawiać się na scenie i specjalnie tam nie przeszkadzać. W półfinale i w finale władca miał przez kwadrans chwile słabości, lecz po ich przełamaniu, względnie po tym jak rywale nie potrafili wykorzystać jego błędów, spokojnie rozmontował również i tę parę. Rozmaite teorie i prognozy wzięły w łeb zarówno w odniesieniu do Dominica Thiema, jak i Stana Wawrinki. Korty na Roland Garros dalej pasują Hiszpanowi idealnie, a gdy tylko nie walczy on z urazem, nie ma na świecie człowieka będącego w stanie pokonać go w Paryżu. Technika uderzeń, ze szczególnym uwzględnieniem makabrycznie trudnych wielopłaszczyznowych rotacji, sposób poruszania, nawet gdy uwzględnić, że z upływem lat nastąpiło tu jednak lekkie pogorszenie, do tego strona mentalna, fundament na jakim można stawiać niewiarygodną determinację i odporność na stress to argumenty nie do przebicia. I to dlatego 31-letni zawodnik przespacerował się teraz po główną nagrodą jakby był raz jeszcze nastolatkiem. A reszty, zarówno tych młodych zdolnych, jak i tych w wieku średnim po prostu nie było widać.

Podczas ceremonii wręczania Pucharu Muszkieterów na podium z olbrzymim trudem wdrapał się 80-letni dziś Australijczyk, Roy Emerson. Schorowany, zmęczony życiem i kłopotami, z jakimi się borykał, gdy niedawno umierał mu syn. Ten człowiek wręczający nagrodę Hiszpanowi był przez długie lata synonimem skuteczności w męskim tenisie. Bez przerwy mówiono i pisano o jego 12-tu wielkoszlemowych tytułach, wywalczonych dawno temu, gdy najwięksi rywale, a zwłaszcza Rod Laver, mieli status profesjonalny i w amatorskich aż do 1968 turniejach nie mogli uczestniczyć. W roku 2000 Amerykanin Pete Sampras, wygrywając Wimbledon, przeskoczył Emersona i podniósł poprzeczkę. Pamiętam jak w Londynie, z nieżyjącym już Zdzisiem Ambroziakiem, długo w nocy  dyskutowaliśmy na ten temat, zastanawiając się całkiem serio, czy ktoś jeszcze może niebotyczny rekord poprawić. Po upływie 17 lat od tamtej chwili Roger Federer ma na koncie już 18 koron, goniący go Rafael Nadal 15, Pete Sampras ostatecznie zakończył karierę na 14 tytułach, a wyczyn Emersona zdążył jeszcze powtórzyć Novak Djokovic. Łącznie czterech ludzi albo wyrównało stary wyczyn Australijczyka, albo też podskoczyło wyżej od niego.

Był rok 1980, gdy po raz pierwszy, jako dość przypadkowy turysta, wylądowałem na trybunie kortu centralnego w Paryżu. Trafiłem akurat na mecz znanego mi Węgra, Balazsa Taroczego ze słynnym Bjoernem Borgiem. Szwed miał na Roland Garros opinię bezwzględnego lodołamacza, kogoś kto swymi dziwnymi top-spinowymi rotacjami niszczy rywali. Wypisz wymaluj niemal dokładnie ten sam styl wygrywania i podobne, nie mieszczące się w podręcznikach, techniki uderzeń, co u Rafy Nadala. Patrzyłem i nie mogłem zrozumieć, jak ten Borg to robi i dlaczego nikt nie potrafi się ostro przeciwstawić, czemu nie ma na to granie żadnego lekarstwa. Po upływie prawie 40 lat dyscyplina przerabia następny, podobny fenomen. Historia podpowiada, że ostatecznie na Szweda znaleziono antidotum, zapewne tak samo stanie się z Hiszpanem, tyle że trzeba jeszcze na to trochę poczekać. Borg wygrał ostatecznie Roland Garros 6 razy, Nadal go przebił już o 4 tytuły. W tym wyścigu do sławy i wielkich pieniędzy wciąż nie widać żadnych barier.

Karol Stopa

13 czerwca 2017