2017 French Open - Day FourSądząc po sylwetce zmienił się niewiele. Oczywiście przybyło mu trochę kilogramów, tu i ówdzie się zaokrąglił. Mimo skończonych 47 lat nadal robi wrażenie sympatycznego łysola. Wciąż ma ten sam sposób chodzenia: lekko pochylony, drobnymi kroczkami, z dość szybkim zaplataniem stóp. Identyczny co kiedyś błysk w oku i ten charakterystyczny uśmiech, rozkwitający nagle na twarzy.

Nieodmiennie gaduła, kiedy przychodzi do rozmowy ze znajomymi. Na Roland Garros rok temu go nie było. Wcześniej zaglądał na paryskie korty okazjonalnie i na chwilę. A teraz nagle, dokładnie 11 lat po oficjalnym zakończeniu kariery, Andre Agassi wraca do profesjonalnej gry. Słynny „dzieciak z Las Vegas” posłuchał rad swej małżonki, Steffi Graf i zasiadł w boksie obrońcy tytułu, Novaka Djokovicia. Został jego szkoleniowym doradcą.

Zdaniem francuskich mediów zdarzenie śmiało może kandydować do miana szlagieru paryskiej imprezy. Tym bardziej, że wcześniej Amerykanina wiele razy pytano o pracę przewodnika gwiazd dyscypliny, a on zawsze odpowiadał, że to zajęcie nie dla niego. Tłumaczył, że brak mu czasu na takie zabawy, bo na pierwszym miejscu jest rodzina, potem fundacja, a nadto on się po świecie już najeździł. Kto czytał biografię „Andre Agassi Open” ten wie, że tenisista był zawsze na bakier z ludźmi, zajmującymi się szkoleniem. Wyjątkowo źle wspomina wielogodzinne treningi z ojcem, który codziennie go katował na korcie pod domem i używał do tego skonstruowanej przez siebie maszyny do wyrzucania piłek. Niewiele lepszy wizerunek ma w książce słynna akademia Nicka Bollettieriego i jej boss, a sam wyjazd chłopaka na Florydę przedstawiono niczym zesłanie do karnej kolonii. Przy takim nastawieniu na cud zakrawa, że Andre odpowiedział na apel Serba.

W obszernym wywiadzie, jaki się ukazał w sobotniej „L’Equipe” Agassi mówi o serii przypadków. Telefon od Novaka w kwietniu, zaraz po porażce w Monte Carlo i w konsekwencji jedna długa rozmowa. Potem była następna dłuższa i zaraz kolejne. Trochę się tych pogaduszek nazbierało, lecz Andre początkowo nawet nie dopuszczał sobie do głowy, że wyrazi zgodę na jakąś współpracę. Darzył Serba sympatią, poznali się bliżej na pokazówce przed Wimbledonem 2006. On kończył wtedy karierę, tamten zaczynał. Uważnie słuchał, co teraz Djokovic ma mu do powiedzenia, potem zaczął go o różne sprawy wypytywać. Ponieważ z żoną i dziećmi planował w tym roku tygodniową wyprawę do Paryża stanęło na tym, że przyjedzie tydzień wcześniej. Słowa jednak nie dotrzymał i zjawił się tuż przed startem imprezy głównej. Mimo to Novak przyjął go wręcz entuzjastycznie. Nie mniej serdecznie wyglądało powitanie ze strony dawnych kolegów. Sergi Bruguera i Leander Paes, z którymi stał na podium igrzysk w Atlancie, Arnaud Clement, finałowy rywal z Melbourne, Boris Becker, poprzedni coach Novaka – wszyscy szukali rozmowy, spieszyli z choćby jednym dobrym słowem i wyrażali radość z faktu, że Amerykanin wrócił na łono tenisowej rodziny. On tymczasem wcale nie był wtedy tego pewien.

Mówi o sobie, że jest dziś coachem na etapie „uczenia się” (en apprentissage). Zadaje Novakovi na korcie oraz w kuluarach setki prostych pytań. Stara się zrozumieć nie tylko jego sposób myślenia o grze, lecz także o życiu, priorytetach i hierarchii rozmaitych spraw. Traktuje Serba jak pomnikową postać światowego sportu, super maszynę, w której kilka detali trzeba być może teraz poprawić, a wtedy znów wszystko zacznie fantastycznie funkcjonować. „Jak dam radę pomóc temu facetowi, sam też na tym zyskam” – tak mniej więcej brzmi tytuł rozmowy rzeki, jaką przeprowadzili Franck Ramella i David Loriot. Amerykanin nie kryje, że Serb go mocno zainspirował i w pewnym sensie obudził w nim pasję, która – tak mu się przynajmniej wydawało – dawno wygasła. Jest zaskoczony, że niektórzy (np. Becker) już go klepali po ramieniu mówiąc: „dobra robota”, gdy on rozpoznaje pole, na jakim nic jeszcze nie wzrosło, bowiem nic nie zostało tam przez niego posiane. Nie odbił z Novakiem na treningu ani jednej piłki, gdyż uważa, że jemu potrzeba nie korekt technicznych, ale rozpalenia na nowo ogniska, jakie przygasło po czwartym z rzędu tytule wielkoszlemowym rok temu na Roland Garros. W wywiadzie, jaki ukazał się 3 czerwca, lecz przeprowadzony został kilka dni wcześniej, Agassi kolejny raz mówi o swych pryncypiach i o tym, że na razie jeszcze się nie zdecydował na dłuższą współpracę. Podkreśla, że opuści Paryż po pierwszym tygodniu, tak jak sobie wcześniej planował. W dniu, w którym gazeta się ukazała przyszła jednak wiadomość, że Andre nabrał apetytu i po domowych konsultacjach przedłuża swój pobyt.

Kazał na siebie czekać wyjątkowo długo. Inna sprawa, że czas nie grał tu roli, bo chodziło o postać nie byle jaką. Lider męskiego tenisa, klasyfikowany na tej pozycji przez 101 tygodni, zdobył aż 60 tytułów  turniejowych, w tym osiem w wielkim szlemie. Na Roland Garros po nieudanych finałach 1990 i 1991 triumfował w 1999. Do tego jeszcze był złotym medalistą olimpijskim w Atlancie i dwa razy sięgał po Pucharu Davisa. Z długiej listy jego dokonań to tylko najważniejsze. Wszystko wskazuje, że chyba połknął haczyk i do grupy super-trenerów dołączy kolejne wielkie nazwisko. Gwiazdy tenisa, zarówno te dawne, jak i obecne, przypominają często mieszkańców oceanu. Poza kortami rzadko funkcjonują normalnie, bo są wtedy jak ryby wyrzucone na brzeg. Mimo solennych zapewnień o rozbracie większość szuka dla siebie jakiejś drogi powrotu. Agassi i tak był wyjątkowo dzielny. Wytrzymał od sezonu 2006 aż do dziś.

Karol Stopa