Sezon 2017 najwyraźniej nie służy liderom WTA i ATP. Podczas prestiżowego Mutua Madrid Open w środę pożegnała się z imprezą Angelique Kerber, w czwartek odpadł Andy Murray. Ona przegrała mecz o ćwierćfinał z nr 60 Kanadyjką, Eugenie Bouchard, on też w 1/8 z nr 59 Chorwatem, Borną Coricem. W obu przypadkach trudno mówić o jakimś zaskoczeniu. Niemka gra w tym roku słabo, coraz częściej nie jest w stanie nadążyć za młodszymi rywalkami i nawet finał małego turnieju w meksykańskim Monterrey okazał się dla niej za trudny. Strata lokaty nr 1 jeszcze długo nie będzie jej grozić, mimo że oddała na parę dni swoje miejsce nieobecnej z powodu ciąży Serenie Williams. Na miejscu nr 1 u panów też na razie status quo. Szkot pojawia się kortach rzadko i – podobnie jak główny rywal, Novak Djokovic – kompletnie nie przypomina samego siebie sprzed roku. Przegrał z Serbem finał Kataru, dość szczęśliwie zdobył tytuł w Dubaju, poza tym rozczarowuje wciąż swych kibiców.

Coraz więcej osób, a są to już nie tylko przypadkowi obserwatorzy, lecz także ludzie światowych mediów i niektórzy eksperci, zaczyna się mocno krzywić na taki rankingowy dysonans, wyraźnie odróżniający całą dyscyplinę od innych. Bo przecież jedna z podstawowych zasad świata sportu brzmi prosto. Skoro wygrałeś, należy ci się nagroda. Premia w postaci awansu w tabeli, punktów dodatkowych, pięknego pucharu, czy czego tam jeszcze. Porażka w meczu oznacza, że tracisz, spadasz z zajmowanej lokaty, przestajesz uczestniczyć w rywalizacji. Tenis posiada oczywiście swoje gratyfikacje pieniężne oraz punktowe, lecz bilansowanie tych drugich odbywa się jednak dość osobliwie. W obu zawodowych cyklach, trochę na wzór snookera, obowiązuje od lat ranking kroczący. Oznacza to, że wartość każdego z grających podawana jest nie na podstawie konkretnego meczu, albo jednej imprezy, ale zawsze w skali roku. W każdym kolejnym tygodniu zawodnikowi skreślają wynik uzyskany dwanaście miesięcy temu, a komputer zanim poda kolejność bierze pod uwagę rezultat z ostatnich siedmiu dni. Uwzględnia go, albo i nie, w zależności od lokaty gracza, rangi turnieju i różnych dodatkowych okoliczności. U pań wśród 16 wybranych wyników muszą się znaleźć po cztery z wielkiego szlema i imprez Premier Mandatory, a także z turnieju mistrzyń. U panów sumuje się nawet 19 startów, a te obowiązkowe są dość podobne, poza ósemką ATP Masters 1000.

Krytyczne opinie na temat rankingu kroczącego pojawiały się w przeszłości wielokrotnie, ale też z reguły wtedy, gdy bieżące rezultaty miały luźny związek z kolejnością podawaną przez komputer. Kiedy ktoś nieobecny w rozgrywkach, albo akurat przegrywający jakiś ciekawy mecz poprawiał swą pozycję, albo wręcz zostawał liderem, mniej zorientowali pukali się w głowę i pytali głośno, jaki sens mają drukowane co tydzień listy. Uczestniczący w rozgrywkach i ci, którzy non-stop się nimi interesują, zastrzeżeń tego rodzaju raczej nie mieli. Bo kiedy się zna mechanizm i wiadomo gdzie, albo w którym momencie mogą nastąpić ewentualne przesunięcia, analiza codziennej porcji wyników wygląda jednak inaczej. Kilkanaście lat temu przy okazji nieudanej próby wprowadzenia głębokich reform w cyklu ATP pojawił się pomysł wyeksponowania nowej klasyfikacji. Ranking ten nazwano najpierw „The Race” (wyścig), potem „Road to…” (droga do). Jest to zestawienie, w którym wszyscy zaczynają sezon od zera, a w kolejnych tygodniach dodaje się wszystkie zdobyte przez nich punkty. Początkowo tę klasyfikację przyjęto niechętnie, bo nie mogła ona decydować o zgłoszeniach do imprezy, ani o rozstawieniu. Potem jednak wielu kibiców się do niej przekonało. W tym roku seria sukcesów uwielbianego przez międzynarodową publiczność Rogera Federera i coraz częstsze wygrane młodych tenisistek sprawiły, że ta właśnie punktacja stała się bardzo popularna i wyjątkowo eksponowana przez media.

Rzut oka na oba rankingi, opublikowane w tym tygodniu zarówno przez WTA, jak i ATP, pozwala się zorientować jak odmienny obraz tej samej turniejowej rzeczywistości można otrzymać, zależnie od wybranej metody pomiaru. Z jednej strony powstaje pozycja będąca czymś w rodzaju miejsca za zasługi, sprzyjająca kalkulacji i osobliwym manewrom, z drugiej jest premia za skuteczność w skali roku, ale też bez żadnych dalszych konsekwencji. Gdy spojrzymy wyłącznie na pierwsze dziesiątki obu tabel to wśród mężczyzn jeden tylko tenisista, Stan Wawrinka, zajmuje i tu i tu trzecią lokatę. U pań to samo nazwisko na tym samym miejscu nie występuje nigdzie. Liderzy z rankingu głównego, Murray i Djokovic, w klasyfikacji wyścigowej są daleko. Z kolei czołówka The Race, czyli Federer i Nadal, depcze już po piętach pierwszej trójce w punktacji podstawowej. U kobiet Serena Williams dzięki tytułowi z Melbourne widoczna jest jeszcze w obu zestawieniach, lecz jej spadek to kwestia czasu. Kerber z kolei przypomina Szkota i Serba, bo za wyniki tegoroczne chwalić jej nie sposób. Gwiazdy sezonu to na razie dwie Karoliny, Pliszkowa i Woźniacka, także Johanna Konta. Blisko za ich plecami często chwalone Elina Switolina i Kristina Mladenovic. Aż sześć pań i pięciu panów w dziesiątce tenisowego wyścigu to nowe twarze w stosunku do rankingu podstawowego. Dokładnie ci, o których zrobiło się głośno w tym roku, taki rodzaj wartości dodanej.

Teoretycznie tuż przed imprezą zamykającą cały sezon w WTA oraz ATP obie klasyfikacje powinny stać się niemal identyczne i wskazać te same ósemki najlepszych. Można więc powiedzieć, że są to dwie różne drogi, prowadzące do jednego celu. Wśród wielu pomysłów na reformę współczesnego tenisa pojawiły się głosy, że warto byłoby dziś odwrócić proporcje nagłaśniania obu rankingów. Ten główny zostawić jako techniczny, służący głównie organizatorom imprez, a ten z wynikami sezonu, bardziej zrozumiały dla przeciętnego odbiorcy, uwypuklić mocniej. Dylemat z pozoru niewielki, a przecież jak istotny dla wizerunku dyscypliny.

Karol Stopa