AFP

AFP

To były cztery ekscytujące godziny. W trakcie jednego wieczoru rozegrano nie jeden, a pełne dwa turnieje. Obowiązywał system pucharowy, pokonany za chwilę miał wolne. Przez kort przewinęło się szesnaście postaci. Osiem znanych tenisistek i ośmiu tenisistów. Wszyscy widoczni z trybun i non-stop uczestniczący w tym osobliwym spektaklu. Na przemian to walczyli, to ze swych miejsc przeżywali pojedynki innych, albo też wchodzili w zabawne interakcje. Gier odbyło się czternaście i wszystkie w skróconej formule. Same tie-breaki, do dziesięciu wygranych punktów. Okazało się, że to wystarcza, aby móc efektownie zabłysnąć, zbudować dramaturgię i jeszcze zdobyć sympatię widowni. Grano raczej poważnie, korzystając bez ograniczeń z systemu Hawk-eye. Jednocześnie widać było, że obowiązuje tam konwencja zabawy. Przegrani z uśmiechem na twarzy obejmowali zwycięzców, na koniec para triumfatorów odebrała efektowne nagrody i po czeku na 250 tys. $. Na cele dobroczynne odpisano z tego 100 tys. $.

„Tie Break Tens”, przerywanie stanu równowagi punktowymi dziesiątkami, w madryckiej Caja Magica odbyło się po raz pierwszy, lecz generalnie było to już trzecie podejście do nowej formuły. W stolicy Hiszpanii najlepsi okazali się Rumunka, Simona Halep oraz Bułgar, Grigor Dimitrow. Za pierwszym razem, w grudniu 2015, w szacownej londyńskiej Royal Albert Hall, wygrał Brytyjczyk Kylie Edmund, po finale z rodakiem, Andy Murray’em. Kontynuacja miała miejsce w październiku 2016, w Wiener Stadthalle, gdzie triumfował Austriak, Dominic Thiem. Kalendarz sezonu 2017 mówi nam, że turnieje „dziesiątek” będą się pojawiać coraz częściej, a to głównie dlatego, że ich konwencja niemal wszystkim pasuje. Graczy nie trzeba długo namawiać, widzowie na trybunach świetnie się bawią, a brytyjskie i amerykańskie stacje telewizyjne nie kryją zachwytu. Gwiazdy w końcu są tam obecne, dobry tenis również, a na ekranie nie ma nudy, gdyż wszystko co chwila się zmienia. Na dodatek można nareszcie dokładnie obliczyć czas trwania widowiska. Wielu krzywo patrzących na tę nowinkę chyba zapomniało, że pieniądze i rozbudowany system profesjonalnych rozgrywek biały sport zawdzięcza wyłącznie telewizji oraz reklamom, jakie można emitować w przerwach między gemami. Obecnie model taki przejęły inne dyscypliny, tenis zaś doczekał opinii złodzieja czasu antenowego. Przeciągające się i rozwalające ramówkę mecze, często niestety nudne, to spektakle na jakie wielkie stacje coraz rzadziej dają się namówić. Kryzys tego sportu stoi tuż za progiem, a światowa federacja dopiero teraz się obudziła i próbuje akcji ratunkowej.

Set do czterech wygranych gemów, decydująca piłka przy pierwszej równowadze (sudden-death deuce point), wyeliminowanie jak w siatkówce dotknięcia siatki przy podaniu, zamiast trzeciego albo piątego seta tzw. mistrzowski tie-break to tylko niektóre propozycje, jakie dość serio rozważa teraz, albo nawet już testuje kierownictwo ATP. Zapowiedziano skorzystanie z takich rozwiązań w Mediolanie, w listopadowym, pierwszym turnieju mistrzów dla graczy młodej generacji. Podobne dyskusje i przymiarki trwają obecnie we władzach WTA. Kierownictwo ITF oraz prezydent David Haggerty maszerują już inną, nową ścieżką, zwłaszcza w rywalizacji drużynowej, Pucharze Davisa i Pucharze Federacji. Całkiem niedawno, podczas pobytu Amerykanina w Polsce, można się było przekonać, że to nie jest kwestia, czy należy dokonywać rewolucji, tylko kiedy i jak to zrobić. Nie padło takie zdanie z ust sternika dyscypliny, lecz sugestia była wyraźna. Musimy zmieniać i to jak najszybciej, gdyż w przeciwnym razie nasz sport straci za chwilę status dyscypliny globalnej!

Tak generalnie dwa są obecnie kierunki działania. Pierwszy to modyfikowanie, delikatne albo może jednak radykalne, starego meczowego formatu. W przepisach gry nie zmieniano niczego stanowczo za długo więc teraz powstał spory problem, trochę na zasadzie, że kto stoi w miejscu ten się cofa. W rozszerzeniu powinien się tutaj pojawić także punkt o walce z „czasem martwym”. Ciągłe przerwy medyczne oraz toaletowe, absurd ręcznikowy po każdej prawie piłce to wszystko poszło stanowczo za daleko. Zegar z sygnałem dźwiękowym, odmierzający dozwolone 20 lub 25 sek., postulowano już kilka lat temu, tymczasem pomysł wciąż jest na etapie prób w turniejach juniorskich (ostatnio US Open’16). Kierunek drugi to są rozmaite nowe imprezy tenisowe. Na razie pomysły typu liga hinduska, World Team Tennis, Hopman Cup, Fast4, Laver Cup, czy Tie Break Tens traktuje się nie jak ewentualny zamiennik, co raczej równoważnik znanych nam cykli rozgrywkowych. To ma być takie oryginalne uzupełnienie oferty. Akurat w stolicy Hiszpanii rodzaj rozgrzewki przed potężnym Mutua Madrid Open, odbywającym się jednocześnie dla ATP i WTA. W krykiecie, golfie i rugby zbliżone pomysły wypaliły i przyniosły dorodne owoce. W tenisie operowanie światłem, muzyką, zabawą, żartem, ale  i szczyptą atrakcji czysto kortowych dopiero raczkuje. „Cieszy fakt, że są osoby poważnie myślące o takich nowych formułach, bo to jest zdrowe dla naszej dyscypliny” – mówi Dan Evans, człowiek z czołówki brytyjskiego tenisa.

Tradycjonaliści bagatelizują dziś zagrożenia, albo łapią się za głowy i mówią, że po modyfikacjach ten sport nie będzie już taki sam więc zmian przeprowadzać nie należy. Gdyby kierować się takimi opiniami świat pewnie dalej jeździłby furmanką i używał liczydła. W ojczyźnie tenisa tymczasem i tam gdzie powstała jego profesjonalna wersja, na Wyspach Brytyjskich i w Stanach, reformatorzy dziś dominują. I albo osiągną swój cel, albo będziemy mieli sport pomału znikający z telewizyjnych ekranów.