Maria Sharapova auch Marija Jurjewna Scharapowa RUS enttäuscht Finale Tennis Damen 29 04 2017 PorsKara za doping, skrócona przez „Court of Arbitration for Sport” z dwóch lat do piętnastu miesięcy, skończyła się we wtorek o północy. Dzięki specjalnej przepustce, o której było tak głośno, dopiero wtedy mogła przekroczyć próg Porsche Arena. Bo wcześniej trenowała w wynajętej prywatnej hali, gdzieś na przedmieściach Stuttgartu. W trzecim dniu, w środowej sesji wieczornej, zagrała I rundę. Przy 28 nazwiskach w głównej drabince to układ spotykany rzadko. Na ogół wtedy, gdy dyrekcja turnieju robi ukłon w czyimś kierunku. Roberta Vinci, Jekaterina Makarowa oraz Anett Kontaveit, rywalki z czwartej, piątej i siódmej dziesiątki, większych kłopotów jej nie sprawiły. Strome schody zaczęły się w sobotę, kiedy po drugiej stronie siatki stanęła jedna z gwiazd młodej fali, Kristina Mladenovic. Ostatecznie 23-latka zatrzymała marszrutę starszej o 7 lat Marii Szarapowej. W trzech brawurowo zagranych setach pokazała nerwy ze stali i uderzenia równie ostre, jak kiedyś Rosjanka na starcie kariery.

Ten niesamowity półfinał Porsche Tennis Grand Prix to ważny sygnał dla kobiecego tenisa. U pań – inaczej niż w turniejach męskich – przekazywanie pałeczki w sztafecie pokoleń następuje z większą intensywnością, a młode zdolne coraz śmielej podejmują walkę z mistrzyniami poprzedniej dekady. Inny ważny wniosek z tenisowej wojny rosyjsko-francuskiej dotyczy kwestii dzikich kart. Sukces w meczu z Mladenovic dawał Szarapowej prawo startu w eliminacjach Roland Garros bez specjalnej przepustki. Bernard Giudicelli, nowy prezydent FFT, mógłby 15 maja zapomnieć o Rosjance i nie tłumaczyć się ze swych decyzji w kraju, który jak chyba żaden inny wyjątkowo mocno zagiął parol na sięgających po niedozwolone środki. Teraz, po porażce Rosjanki w Stuttgarcie, sytuacja stała się jednak inna. Dzikie karty w Madrycie i Rzymie mogą Marii poprawić ranking, lecz na ustalanej z wielotygodniowym wyprzedzeniem liście zgłoszeń do Paryża miejsca nie gwarantują. Nowy prezes federacji, choćby bardzo tego nie chciał, będzie się musiał komuś narazić. A cały tenisowy światek znów będzie miał temat niczym gorący kartofel.

Dzika karta do zawodowego turnieju to formułka, obciążona już w momencie poczęcia, grzechem pierworodnym. Wymyślono ją przecież głównie po to, aby móc obchodzić obowiązujące przepisy. Z tej – w zamyśle ukrytej – bocznej furtki najczęściej korzystali dotąd swoi: lokalni gracze, własne federacje, z czasem agencje managerskie, sponsorzy. Rozwiązanie miało mieć charakter wyjątku od reguły. Ponieważ jednak dotyczyło interesu faszerowanego coraz większą forsą powstał podejrzany wręcz proceder. W skali roku na poziomie wielkiego szlema, ATP i WTA łącznie niemal pół tysiąca przypadków. Po dodaniu turniejów ITF wyjątków robi się już absurdalnie dużo. Historia dyscypliny chętnie podrzuca nam przykłady chwalebne, Gorana Ivanisevicia z WC (wild card) w Wimbledonie 2001, czy Kim Clijsters w US Open 2009. Milczy o tym, jak bezczelnie handluje się tymi kartami w coraz większych imprezach i o tym, do czyich kieszeni trafia zdobyta w ten sposób kasa. Wszyscy oburzeni dziś faktem przyznania Szarapowej, ambasadorce samochodowej marki, dzikiej karty akurat w Stuttgarcie, w imprezie Porsche’a i przez ludzi tej firmy, chyba zapomnieli na jakim żyją świecie. Bo założenie, że tam może funkcjonować sprawiedliwość, albo że kryteria moralne trzeba wtedy stosować jest dziecięcą naiwnością. „To wyłącznie biznes. Trzeba się troszczyć o to, aby się rozwijał, a nie marudzić, która gwiazda może grać, a która nie. Nie ma w tenisie czegoś takiego, jak drużyna gospodarzy” – mówi dziś, nominowany do Hall of Fame, Andy Roddick. Ostatecznie więc, mimo lekkich protestów czy zdziwień ze strony grających, także i ta dzika karta trafiła do osoby, kreującej większe zainteresowanie turniejem i przysparzającej mu dodatkowych korzyści.

Spoglądając od strony prawnej casus Marii Szarapowej przypomina sytuację Viktora Troickiego i Marina Cilica. Cała trójka odwoływała się od nałożonych kar i wszyscy oni zostali przez sportowy trybunał w jakimś sensie usprawiedliwieni. Paradoks sytuacji, jaką mamy w profesjonalnym tenisie polega jednak na tym, że żaden z obowiązujących przepisów nie opisuje sytuacji tego rodzaju i nie wyjaśnia nam, co wtedy jest dopuszczalne, a co nie. W dokumencie „2017 WTA Official Rulebook” na str. 60 można przeczytać, kiedy dyrektor turnieju nie może przyznać tenisistce tzw. dzikiej karty, a jeden z wyjątków mówi o restrykcjach wynikających z „Anti-Doping Program”. Konia z rzędem temu, kto w tak zatytułowanej książeczce ITF znajdzie jakieś rozszerzenie tego sformułowania. Są tam setki załączników, długie listy zabronionych środków, wyjątkowo dokładny opis radykalnych kar i ani słowa o tych, którzy częściowo odcierpieli swoje. Chorwat wrócił po czterech miesiącach i nie musiał korzystać z żadnej pomocy, bo pogorszył ranking nieznacznie. Serba nie było cały rok więc w Gstaad 2014 dostał WC dzięki wstawiennictwu Djokovicia, pokonał w I meczu Thiema i za dojście do ćwierćfinału zarobił pierwsze 45 pkt. Potem musiał radzić sobie sam i przez challengery, gdzie zaczynał od eliminacji, zbliżył się na koniec roku do progu pierwszej setki. Obaj ci tenisiści odsunięcie od gry potraktowali mocno ambicjonalnie. Po powrocie Viktor zwiększył swój skromny dorobek aż o dwa tytuły w Sydney, a Marin został sensacyjnym mistrzem Flushing Meadows 2014. Możliwe, że i „księżniczka Maria” pójdzie tą samą drogą, bo występ w Stuttgarcie, mimo porażki w półfinale, wyglądał jednak dość obiecująco.

Naturalnie wszystkie te wydarzenia są kolejnym potwierdzeniem tezy, że wokół nas mamy równych i równiejszych. Im większa kasa na szali tym gorsza granda pod spodem, w zacisznych gabinetach, gdzie się dobija rozmaitych targów. Także dotyczących tego, kogo należy ukarać, kiedy to zrobić i jak. Pisałem o tym ponad rok temu, w marcu („Policjanci i złodzieje”), jestem więcej niż pewien, że także obecnie niejedna wyróżniająca się na korcie postać intensywnie „leczy” serce czy inną astmę środkami, jakie dopiero za pewien czas WADA wpisze na czarną listę. A odpowiedzialni pomyślą, co zrobić z tym problemem, zaraz po pierwszym śmiertelnym zejściu. Bo na razie to głównie mają wokół kwasy i dąsy, jako że trafiło na postać niezbyt lubianą w tenisowej szatni. Słuchając banałów, bezmyślnie klepanych na konferencjach i turniejowych ceremoniach, można czasem uwierzyć, że w tenisa gra obecnie krąg bliskich przyjaciółek i generalnie takie fajne towarzystwo. Czar pryska przy takiej właśnie okazji. Jedna groźna konkurentka, której miało już nie być nagle jednak wraca i z miną niewiniątka cedzi przez zęby, niczym w słynnej kreskówce o wilku i zającu: „Nu, pogodi!” (czekaj, ja ci jeszcze pokażę).