Daria Kasatkina Rus TENNIS BNP PARIBAS OPEN INDIAN WELLS 2017 antoinecouvercelle panoramic PUBLIInformacja WTA zaczyna się od wysokiego C. Dwie nierozstawione 19-latki zagrały w finale Volvo Car Open, a Daria Kasatkina, juniorska mistrzyni Roland Garros sprzed trzech lat, okazała się lepsza od Jeleny Ostapenko, triumfatorki dziewczęcego Wimbledonu 2014. Charleston posiada – jak wiadomo – rangę WTA Premier, więc w profesjonalnym cyklu pań jest to już dość wysoka półka. W tym roku występ na szaro-zielonej ziemi ominęło wprawdzie wiele gwiazd, niemniej pojawiły się tam dwie triumfatorki i jedna finalistka wielkiego szlema, cztery złote medalistki olimpijskie oraz trzy byłe liderki rankingu. Im bliżej końca turnieju jednak tym więcej miały w nim do powiedzenia te młode zdolne. Zjawisko samo w sobie napawające optymizmem, szczególnie kiedy widać, jak dramatycznie starzeją się nam obie zawodowe rywalizacje.

W początkach ery tenisa open turniejowe sukcesy bardzo młodych osób, zwłaszcza dziewczyn, nie były niczym szczególnym. Współcześnie to już wręcz rzadkość. U panów ostatni finał ATP grany przez dwóch nastolatków to szwedzkie Bastad 2005, a tam Rafael Nadal i Tomas Berdych. U pań aż do tego weekendu wymieniano austriacki Linz, gdzie w 2009 walczyły o tytuł Yanina Wickmayer i Petra Kvitova. Wtedy to raczej Belgijka była kandydatką do roli tenisowej gwiazdy, a Czeszkę mało kto brał poważnie. Ciekawe, jak się potoczą kariery następnych dwóch młodych dam ze smykałką? Ani jednej, ani drugiej nie da się dziś nazwać objawieniem. Rosjanka w sierpniu 2016 była nr 24 WTA. W tym sezonie aż cztery razy odpadała w I rundzie, za to dwukrotnie eliminowała liderkę rankingu, wygrała pierwszy w karierze finał i teraz wraca do TOP 30. Tenisistka wszechstronna i dojrzała, potrafiąca zmieniać taktykę. Wyraźnie poprawiła ostatnio bieganie po korcie oraz serwis. Łotyszka z kolei to huragan, który często nagle ucicha. W jej uderzeniach jest dużo ognia i mało kontroli, co widać po liczbie niewymuszonych błędów. Ktoś z wiecznymi pretensjami do całego świata, niestety skłonny do autodestrukcji. Tu zapewne tkwi wytłumaczenie, dlaczego przegrała już trzeci finał imprezy cyklu. W styczniu była nawet nr 33 WTA, dziś wraca do pięćdziesiątki.

Grubą przesadą jest nazwanie zarówno dziewczyny z Togliatti, jak i tej z Rygi wielką przyszłością cyklu WTA. Dobrze natomiast, że takie perspektywiczne postacie w ogóle istnieją. Nazwiska pięciu nastolatek w pierwszej setce, czy dwunastu w drugiej to sygnał, że przyszłość cyklu można już w konkretny sposób personalizować. O tyle istotne, że w kobiecych rozgrywkach mamy do czynienia z dużą ulotnością karier. Tenisistki są często jak perfumy, które wieczorem oszałamiają zapachem, a rano śladu po nich nie ma. Przykłady Eugenie Bouchard czy ostatnio Belindy Bencic są tu więcej jak wymowne. Słynny przed laty australijski deblista Peter McNamara, pracujący dziś z Chinką Qiang Wang, twierdzi, że w pierwszej osiemdziesiątce rankingu pań, w zależności od dnia, każda może dziś pokonać każdą: „One wszystkie grają tak samo. Na palcach wyliczysz te z repertuarem ponad średnią, zdolne czymś zaskoczyć. Z reguły fatalnie operują wolejem. Znam zawodniczki, którym odradzano starty deblowe i nawet nie próbowano ich uczyć odbić z powietrza. Pytam, skąd ma się teraz wziąć w ich tenisie jakieś urozmaicenie”. Australijczyk jest zdania, że panie z czuba rankingu przebijają resztę głównie siłą swych uderzeń. W szczególności odnosi się to do takich postaci, jak siostry Williams czy Szarapowa.

Richard Ingham Evans, legenda brytyjskiego dziennikarstwa, ale także historyk, działacz i ekspert dyscypliny, opublikował miesiąc temu znakomity tekst, dotyczący przyszłości kobiecego tenisa. „Kto u pań będzie następną gwiazdą? Nikt tego dziś nie zgadnie” – tytuł jego rozważań w zasadzie wyjaśnia wszystko. „Rozpuściła nas wielka czwórka męskiego tenisa. Przyzwyczailiśmy się, że zawsze wygrywa jeden z nich. Jak nie Roger to Rafa, jak nie Rafa to Novak, albo w końcu Andy. Poziom głównych imprez, wielkiego szlema czy ATP Masters 1000, wzrósł oszałamiająco. Nie ma mowy, aby jakiś następny wielki kwartet potrafił zdominować rozgrywki na aż tak długo. W tenisie pań z kolei jest za dużo zmiennych, więc podobna sytuacja nam nie grozi. W okolicach roku 2000 była próba przekształcenia cyklu WTA w interes rodzinny sióstr Williams, lecz kontuzje i choroby zrobiły swoje.” Autor podkreśla, że na przestrzeni lat w rozgrywkach niestety nie pojawiła się ani jedna wystarczająco silna fizycznie i utalentowana tenisistka, gotowa po wielokroć przeciwstawiać się zwłaszcza Serenie. Cykl WTA produkował albo liderki rankingu bez tytułu w imprezie głównej (Safina, Woźniacka), albo jednorazowe triumfatorki, które za chwilę gasły i przestawały się liczyć (Ivanovic, Stosur, Bartoli, Pennetta). Chinka Li Na uznała, że po tytułach przyszedł czas na rodzinę, Zaś Niemka Angelique Kerber w tym sezonie nie umie się na razie choćby zbliżyć do tego, co nam pokazywała rok wcześniej.

Gdy się chwilę zastanowić – dowodzi Evans – to mamy obecnie u pań same znaki zapytania. Serena Williams jak gra to na ogół wygrywa, tylko że nikt nie wie, kiedy ona znów wyjdzie na kort. Maria Szarapowa wraca po zawieszeniu za doping i jak zagra też trudno przewidzieć. Wiktoria Azarenka zamierza łączyć obowiązki macierzyńskie z zawodniczymi, lecz na najwyższym poziomie wyczynu może być o to dość trudno. Czy Venus Williams może wygrywać mając lat 36, za chwilę 37, potem 38? Chyba nawet ona sama nie zna odpowiedzi na tak postawione pytanie. Petra Kvitova po ataku nożownika planuje już powrót na korty, lecz kiedy i w jakim stylu nikt dziś tego nie wie. Pogubiła się i straciła swoje największe atuty Simona Halep. Garbine Muguruza od tytułu na Roland Garros nie umie się pozbierać, a jej histeryczne reakcje na korcie wywołują litość albo smutek. Na potężnej huśtawce kołysze się Karolina Pliskova, bo raz frunie w kierunku fotela liderki, za chwilę nie ma sił, aby biegać i w dość marnym stylu przegrywa. Nie zachwyca na razie wracająca po ciężkiej kontuzji Madison Keys. Elina Switolina owszem wygrała sporo, lecz z imprez ważnych podbiła tylko Dubaj. Nie do końca wiadomo, jaką miarą oceniać sukces Wiesniny, która za dwunastym podejściem nagle została królową Indian Wells. W tekście Evansa, pisanym jeszcze przed Miami, cisza o triumfatorce florydzkiego turnieju, Johannie Koncie. Nie pojawia się tam też nazwisko Agnieszki Radwańskiej, choć i tak wiadomo, że Polka otworzyła sezon fatalnie, a nawet przychylni jej zagraniczni eksperci przestali brać ją pod uwagę w swych analizach.

Z odpowiedzią na pytanie o przyszłą królową WTA zrobiło się dziś trochę tak, jak z obstawianiem w ruletce. Nawet jak masz sporą tenisową wiedzę musisz ryzykować i spieszyć się. Bo za chwilę krupier krzyknie swoje sakramentalne: „rien ne va plus!” (więcej nie wolno stawiać). A potem to już ślepy los wskaże ten jeden, zwycięski numer.

Karol Stopa