2055488Po Australian Open był niekłamany i powszechny zachwyt. Po tytule w Indian Wells pojawiła się szczypta niedowierzania. A po Miami z jednorodnego dotąd tłumu apologetów wyodrębniają się już pierwsze grupy i grupki. Jedni z żądaniem natychmiastowej tenisowej beatyfikacji, inni wietrzą w tym wszystkim jakiś podstęp, jeszcze inni tak po ludzku próbują zrozumieć, jak to jest możliwe.

Bo przecież nie da się przejść obojętnie obok wyczynów Rogera Federera. Za cztery miesiące Szwajcar kończy 36 lat, za rok zaliczy drugą dekadę swej przygody z tenisem. Na podstawie tego, co dotąd wiemy o uprawiających ten sport, powinien myśleć raczej o emeryturze niż deklasowaniu młodych rywali. On tymczasem niewiarygodnie dziś szczytuje. Na korcie przypomina młodzieniaszka, biega z lekkością motyla, rakietą wywija niczym śmiercionośnym toporem.

Zjawisko „Federer 2017” nosi wszelkie znamiona sportowego cudu. I jak przy każdym objawieniu można albo przed nim z pokorą przyklęknąć, albo próbować racjonalnie wytłumaczyć co się stało. Osobiście wolę tę drugą wersję, zaś po rozmowach z osobami ze środowiska i lekturze fachowych analiz mam nieodparte wrażenie, że sportowa eksplozja, jaką dziś podziwiamy to jednak następstwo nie jednej, ale przynajmniej kilku okoliczności. Ponieważ wystąpiły one niemal jednocześnie, dały nam efekt kuli śniegowej. W tej tenisowej układance ważny był oczywiście każdy element, lecz jak zwykle wystąpiły tam sprawy o charakterze fundamentalnym, ale i zdarzenia doraźne, jakie akurat przyniosło życie.

Nie mam wątpliwości, że wyjątkowo pomogły Federerowi ubiegłoroczne kontuzja kolana i pleców. Zejście na pół roku z turniejowej karuzeli, pobyt na łonie rodziny, z żoną i czwórką dzieci, pozwolił mu się przekonać, że istnieje życie także i poza tą szaloną rywalizacją, wyciskającą z ludzi wszelkie soki. Do głowy kogoś, kto jest bardzo inteligentnym człowiekiem, doszło wreszcie, że on teraz już nic nie musi. Mówił o tym wyraźnie po powrocie, że naturalnie fajnie byłoby, gdyby się udało to lub tamto, ale inaczej niż jego fani nie stawiał tych wielkich celów jako warunek. Podkreślał za to, jak ważne jest obecnie, aby być zdrowym i móc cieszyć się grą. Tylko tyle i aż tyle.

Pojawił się w jego obozie nowy trener, dawny rywal z kortów, Ivan Ljubicic. Chorwat kilka rzeczy mu przypomniał, kilka lekko zmodyfikował. Roger dzięki niemu wrócił do swego dawnego stylu,  skracania pola gry i wchodzenia w kort. Kilkanaście lat temu tak właśnie zdobywał nad rywalami największą przewagę. Potem, szukając sposobu na Nadala, zaczął się wycofywać za linię końcową. Tymczasem właśnie ta wysunięta pozycja, połączona z małą modyfikacją techniczną, dała mu dziś klucz do efektywnego i powtarzalnego backhandu. Ogłaszanie Ivana cudotwórcą i przypisywanie mu wielkich zasług to na razie jednak przesada. Przecież ten sam Ljubicic z Milosem Raonicem niczego nadzwyczajnego nie dokonał, bo też i materiał ludzki, z jakim przyszło mu pracować był zdecydowanie inny. W przypadku Szwajcara ten mechanizm szkoleniowy jak widać funkcjonuje już zupełnie inaczej.

Z jakiej by strony nie zacząć dochodzimy wciąż do jednego wniosku. Fundamentem jest tu – chyba największy w historii dyscypliny – talent Szwajcara. Niepowtarzalny, bo jak mówią zajmujący się tenisowym szkoleniem nie zdarza się, by w jednej postaci mogło się skumulować aż tyle czasem wykluczających się wzajemnie cech. Ludzie z boku nazywając kogoś utalentowanym  mają zwykle na myśli jego styl, sposób uderzania piłki z forehandu czy backhandu. Profesjonalni gracze patrzą na coś innego. U Rogera głównie na jego sposób poruszania po korcie, sztukę odmierzanie kroków, szybkość startu, przewidywanie kierunku, umiejętność kumulowania energii i wykorzystywanie jej w kluczowym momencie wymiany. Idealnym przykładem jest ostatnio serwis Federera. Statystycy zwracają tam uwagę na dość przeciętne wskaźniki jeśli idzie o prędkość i jednocześnie rewelacyjne, gdy mowa o skuteczności. Umiejętność wybrania kierunku, kąta i właściwej techniki odbicia daje sensacyjną średnią zdobytych punktów. Podobnie jest z efektywnością ataków przy siatce, to samo ze wskaźnikami przyspieszania gry z głębi. Kibiców zachwyca efekt końcowy, rywale widzą detal, z powodu którego nagle stają się na korcie bezradni wobec Szwajcara jak małe dzieci.

Serb Janko Tipsarevic wspominając mecz z Rogerem w Melbourne w 2008, gdzie przegrał o włos, bo 8-10 w piątym secie mówi, że wtedy nie czuł się od Szwajcara gorszym graczem, zwłaszcza w długich wymianach: „On używał wtedy swojego serwisu i forehandu w taki sposób, aby nie dać mi szansy zaatakowania, wtedy jeszcze wyraźnie słabszego, jego backhandu”. A w innym miejscu Serb  dodaje: „Roger jest wielkim mistrzem, lecz jego obecna pozycja wynikła także i z tego, że Murray i Djokovic obniżyli ostatnio loty. Nie jestem pewien, czy Federer wygrałby z Novakiem w formie z początku ubiegłego sezonu. I nie mówię tego jako przyjaciel Novaka, lecz jak ktoś, kto zna kulisy cyklu”. Z pewnością ma trochę racji były tenisista TOP10, ale też warto w tym miejscu zauważyć, że kariery wszystkich panów z wielkiej czwórki były dotąd ze sobą wyjątkowo mocno powiązane. Takie wręcz kompatybilne. Najlepsze lata Rogera i szansę poprawienia chyba wszystkich rekordów przerwało mu jednak pojawienie się Rafy. Gdy z kolei ta dwójka zaczęła borykać się z problemami otworzyła się furtka najpierw dla Novaka, potem dla Andy’ego. Wszystkim im zdecydowanie bliżej dziś do zakończenia karier niż do planowania startów na długie jeszcze lata.

To co ich na pewno różni to styl gry. Rodzaj odbić i sposób poruszania się po korcie określa poziom wydatkowania energii. Szwajcar dysponuje techniką wręcz perfekcyjną i to dlatego, korzystając ze sprzyjających okoliczności, może jeszcze – mimo że jest najstarszy – przypominać teraz najlepsze swe chwile. Jak dowodzą starzy sportowi praktycy im lepsza technika tym mniejszy potem stopień zużycia organizmu. Hiszpan na jego tle, mimo  nadludzkich wysiłków, w trzech przegranych w tym roku meczach nie wyglądał na kogoś, kto ma jeszcze rezerwy. Jego osobliwy styl odbić pozbawiony odpowiedniej siły i szybkości wyraźnie przestał być groźny. Wyglądało, jakby dopiero na stare lata Roger odnalazł w końcu sposób na wielkiego rywala. W fantastycznym i niebezpiecznym zarazem punkcie swej kariery jest teraz Federer. Problem polega na tym, że wielkie cele, a więc ewentualny powrót na pozycję lidera rankingu ATP, kolejne tytuły i zwycięstwa z najwyższej półki są obecnie w zasięgu ręki. Grozi mu znów wciągnięcie do morderczej turniejowej karuzeli, a to może bardzo źle się skończyć. I w Kalifornii i na Florydzie można było zobaczyć także słabe mecze maestro, gdy na korcie wszystko mu się sypało. Jak słychać aż do Roland Garros Roger planuje na szczęście tylko relaks i jakieś pokazówki dla zabawy oraz pieniędzy. Akurat w takim startowym szaleństwie jest metoda, o czym od paru sezonów przekonuje wszem i wobec Serena Williams.

Karol Stopa

7 kwietnia 2017