Miami Open - Day 9Na Florydzie finiszuje drugi z rzędu turniej gigant, „Miami Open presented by Itau”. W kalendarzu ATP i WTA mamy właśnie wiosenny szczyt, czyli czwarty tydzień atrakcji pod każdym względem. W kalifornijskim Indian Wells tradycyjnie było sucho i piekielnie gorąco, z temperaturami tuż nad kortem nawet do 50 stopni Celsjusza. Teraz termometry pokazują mniej, za to dokuczliwość aury jest chyba większa. Wilgotność w tej części świata bywa ogromna, silny wiatr przeszkadza grać i często psuje pojedynki, zaś tropikalny deszcz i za kilka godzin niebieskie niebo to akurat tutaj nic niezwykłego. Miejscowi do pogody przywykli, wielu pamięta, jak huragany atakujące półwysep potrafiły niemal torpedować imprezę. W tym roku turniej na razie upodobały sobie straszące swym wyglądem iguany, niektóre sporych rozmiarów, spacerujące podczas występu Tommy Haasa, albo przeszkadzające w treningu Kiki Mladenovic.

Patrząc od strony sportowej na poziomie ćwierćfinałów sytuacja w Miami niewiele różni się od tej oglądanej ostatnio w Melbourne, czy w Indian Wells. Młodzi zdolni niby są, lecz idzie im jak po grudzie. Obserwując mordęgę Alexandra Zvereva z Johnem Isnerem można autentycznie zwątpić w to nowe pokolenie. Z kolei ci starsi wydają się wręcz niezatapialni. 35-letni Roger Federer sprawia wrażenie kogoś wysłanego rywalom z kosmosu. Starsza o rok i schorowana Venus Williams też ani myśli o zawieszeniu rakiety. Te dwa oraz inne podobne przykłady najwyraźniej działają zaraźliwie. W drabince turnieju ITF w Stambule po dwóch latach urlopu macierzyńskiego pojawiła się w tym tygodniu 32-letnia Rosjanka Wiera Zwonariowa. Pod koniec kwietnia w japońskim Gifu kolejny comeback zapowiada 46-letnia Japonka Kimiko Date-Krumm. Efekt sportowy dziś mamy taki, że u pań lista kandydatek do wygrywania ważnych imprez niesamowicie się wydłużyła, u panów nadal jest Nadal i jego wielcy koledzy, a ewentualnie dopiero potem cała reszta.

Podczas trwania każdego turnieju naszą uwagę w pierwszym rzędzie przyciągają wyniki. Uczymy się na pamięć drabinki oraz układu gier, jaki z niej wynika i chętnie prognozujemy obsadę finału. W przypadku Miami niewielu dziś pamięta, że tenisowe święto było tam mocno zagrożone, a lokalne media donosiły już rok temu, że przeprowadzka jest kwestią przesądzoną. Tymczasem nic się nie zmieniło, tenisiści grają tam, gdzie zawsze od 32 lat, a jedynie za kulisami prawnicy zaostrzyli swą batalię. Dla imprezy oznacza to straty wizerunkowe. Słynny „herbaciany” turniej (od firmy Lipton, sponsora tytularnego przez 16 lat), odbywający się na malowniczej wysepce Key Biscayne u nasady Florydy, wymyślono jako „piąty wielki szlem”. Długo rozbudowywał się i rósł w siłę, sześć razy na przestrzeni siedmiu lat zawodnicy wybierali go imprezą roku. Ostatni raz jednak miało to miejsce w roku 2008. Potem gracze swój podziw i uznanie przenieśli do Kalifornii, gdzie pan Larry Ellison, założyciel wielkiej komputerowej firmy „Oracle” najpierw za 100 mln dolarów kupił prawa do turnieju w Indian Wells, a potem za kolejne 200 mln wyczarował organizacyjną bajkę na skraju pustyni. Miami ze swą awanturą o prawo własności terenu zostało wtedy daleko w tyle, za plecami konkurencji.

Korty w Key Biscayne wybudowano tam, gdzie kiedyś było wysypisko śmieci, w Crandon Park. Ta lokalizacja wydawała się bezpieczna i wygodna aż do chwili, gdy odnaleźli się potomkowie rodziny Mathesonów, pierwotnych właścicieli tego terenu. W roku 1940 familia podarowała swą ziemię na rzecz władz stanowych, obkładając jednak akt kilkoma warunkami. Miasto miało m.in. zamienić śmietnisko w dostępny dla wszystkich park i wybudować zwodzony most, pozwalający swobodnie wjechać na wyspę samochodem. Ponieważ park stał się de facto zamkniętym obiektem tenisowym, generującym ogromne pieniądze, a więc nie obiektem publicznym, Mathesonowie zakwestionowali legalność działań burmistrza Miami-Dade i zaskarżyli do sądu jego oraz turniej. Pisałem o tym sporo w styczniu 2016 („Aby park był parkiem”), bo wtedy mówiło się o rychłej sprzedaży imprezy szejkom lub Chińczykom, względnie skoku do Orlando, do zbudowanego tam super nowoczesnego centrum USTA. Kolejne miesiące przyniosły jednak zmianę sytuacji. Rysy pojawiły się w rodzinie skarżących, gdzie kuzyni wyraźnie nie potrafili się ze sobą dogadać i przedstawiali różne żądania. Adwokaci przygotowali nawet projekt wstępnej ugody za kwotę 20 mln $, na razie jednak wciąż nieprzyjętej. Wrócił przy okazji temat profesjonalnej imprezy golfistów, którą z podobnych powodów PGA rok temu wyprowadziło z Crandon Park do Meksyku. Teraz nagle się okazało, że jest szansa na jej powrót, gdyż wypłynęło nazwisko aktualnego prezydenta USA, Donalda Trumpa. Cztery lata temu jedna z jego firm mocno interesowała się golfem i terenami parku pod ewentualną rozbudowę, a on sam prowadził wówczas zaawansowane rozmowy z burmistrzem Carlosem Gimenezem.

W pierwszy turniejowy czwartek na kortach niespodziewanie pojawili się panowie Stephen Ross i Tom Garfinkel. Właściciel i prezydent słynnego klubu NFL, Miami Dolphins, przywieźli ciekawą ofertę. Chcą przenieść turniej z wyspy na półwysep, na obrzeża miasta, do Miami Gardens i na swój Hard Rock Stadium. Z prywatnych funduszy zamierzają zbudować tam mniejszy obiekt stały, typu Grandstand oraz korty turniejowe, treningowe i całe zaplecze. Stadion używany przez futbolistów na czas imprezy chcą zamieniać na stadion tenisowy i wyznaczać tam najbardziej atrakcyjne mecze. Earl „Butch” Buchholz, kiedyś piąta rakieta świata, jeden ze słynnych chłopców Jacka Kramera, założyciel i długoletni dyrektor Key Biscayne, nazwał ten pomysł bardzo interesującym. „Gdyby się okazało, że stracimy obecną lokalizację jest to bez wątpienia najlepsze rozwiązanie. Priorytetem jest jednak utrzymanie turnieju w Miami, nie wyprowadzanie go gdzieś indziej. Wybrałem kiedyś to miejsce, bo urzekła mnie atmosfera wyspy, przeprawa samochodem przez zwodzony most, widok oceanu i zatoki, wieżowce Miami oglądane ze szczytu trybun. Ludzie uwielbiają tam przyjeżdżać, bo to nasza perła. Nie wolno jej zgubić” – powiedział dziennikarzom Miami Herald. Swoją drogą sporo rąk wyciąga się ostatnio po tę kosztowność i to może się okazać największym problemem przy definitywnym załatwianiu sprawy.

Karol Stopa