PZTjpgDla naszych sportowych mediów, opisujących w przeszłości już niejedno federacyjne szambo, było to zdarzenie wykraczające poza średnią. Mirosław Skrzypczyński, kandydat do fotela prezesa PZT, przez bitą godzinę wyciągał ze stosu dokumentów coraz to inne papiery i w oparciu o konkretne zapisy, względnie ich brak tłumaczył dziennikarzom mechanizmy nieprawidłowości. Powoływał się na protokoły Komisji Rewizyjnej i na wyniki audytów, przeprowadzonych przez trzy niezależne podmioty. Z jego słów wynikało, że dowody znajdujące się na stole to efekt wielomiesięcznych ustaleń i poszukiwań, a czasem wręcz podstępu, jakiego trzeba było użyć. Bo w Polskim Związku Tenisowym – jak się okazuje – rozmaite ważne uchwały Zarządu, zwłaszcza te delegujące działania spółki „Tenis Polski”, dostawały nóg. Zależnie od okoliczności pojawiały się i znikały. Wytropiono, że jedna z tych uchwał na przestrzeni roku miała nawet cztery różne wersje. A styl, metody i tempo wyprowadzania z kasy związku ogromnych kwot przypominały chwilami czyjś prywatny folwark.

Gdyby chodziło tu o klasyczny podmiot gospodarczy, do PZT już dawno temu musiałyby zapukać organy ścigania i prokuratura. W przypadku stowarzyszenia mamy jednak do czynienia z innym rygorem prawnym. Bo chodzi przecież o dobrowolne, trwałe i samorządne zrzeszenie sportowe, powołane w celach niezarobkowych oraz z myślą o reprezentowaniu wszystkich spraw polskiego tenisa zarówno w kraju jak i zagranicą. Nie ma dziś cienia wątpliwości, że w tej instytucji doszło w ostatnich latach do patologii. Ministerstwo Sportu, które jest organem nadzorczym, ukarało związek drastycznie zmniejszając mu dotację. Zaleceń w kwestiach personalnych działacze nie przyjęli do wiadomości, zaś do innych, radykalnych posunięć resortu, na razie nie doszło. W połowie maja ma się w końcu odbyć Walne Zgromadzenie Sprawozdawczo-Wyborcze Delegatów. W strukturach związku jest to organ najwyższy. Dla tenisowego środowiska wielka szansa, by we własnym gronie przeprowadzić tak potrzebną, solidną reorganizację. Nie da się tu jednak wykluczyć scenariusza innego, dobrze znanego od lat. U nas niemal każda taka sportowa organizacja ma specjalistów od „liczenia brakujących szabel”. Zakrapiana alkoholem impreza w przeddzień, do tego obiecanki w sprawie powołań do kadry, lokalizacji ważnej imprezy, czy miejsca w Zarządzie, a potem podczas zjazdu przeforsować można już wszystko.

Miałem raz okazję ujrzeć z bliska jak funkcjonuje taka zjazdowa karuzela, potem śledziłem z oddali kolejne odsłony związkowego kabaretu, czasem nawet dając się nabrać na deklaracje, skierowane z mównicy w stronę delegatów. Nie ukrywam, że bardzo mnie ciekawi, co stanie się teraz. Mirosław Skrzypczyński jest prezesem Związku Tenisa Województwa Lubuskiego, Dariusz Łukaszewski stoi na czele Śląskiego Związku Tenisowego. Ten drugi na znak protestu złożył rezygnację z pracy w obecnym Zarządzie PZT, ten pierwszy właśnie to robi. Mają obok siebie przedstawicieli różnych regionów, jest w tym gronie wielu ludzi młodych, rzutkich i zarazem doświadczonych w biznesie. Opracowują ciekawe, nowe programy, niedawno w Bydgoszczy spotkali się z podobnie myślącymi działaczami z całego kraju, aby im przedstawić fakty oraz przekonać do swych pomysłów. To jest coś, czego u nas nigdy dotąd nie było: merytoryczna dyskusja na trzy miesiące przed zjazdem. Po latach nieustannego kiwania wszystkich wokół, zmieniania zdania i koalicjantów z dnia na dzień, a potem manipulowania dokumentami, by z datą wsteczną dopasować je do zaistniałych faktów, pora nastała najwyższa, aby krętaczom pokazać czerwoną kartkę. Zwłaszcza, że oni powtarzają te swoje numery od wielu lat. Tylko kiedyś na przykład wpychali swego kandydata na kapitana reprezentacji kosztem takiej pomnikowej postaci jak Tadeusz Nowicki, a dziś w dość podejrzany sposób żonglują  setkami tysięcy złotych.

Obecny na konferencji Robert Radwański, ojciec Agnieszki i Uli, spytany o receptę na uzdrowienie polskiego tenisa odpowiedział krótko: „Wystarczy nie kraść i będzie dobrze!”. Dopisałbym w tym miejscu jeszcze jeden super ważny punkt, odnoszący się do tych nowych władz tenisa, ale też i do wszystkich kolejnych. Motto dla nich powinno brzmieć: „Wybrali cię z grona delegatów to musisz zacząć myśleć kategoriami całej dyscypliny. Zapomnieć o swym regionie, klubie czy o familii”. Patrzący z boku nie zdają sobie sprawy, jakich straszliwych spustoszeń potrafią dokonać w centrali ojcowie albo matki cudownych tenisowych dzieci. Do czego są zdolni klubowi działacze, gdy np. powoływana jest kadra 14-latków, względnie trzeba znaleźć dla niej nowego szkoleniowca. Czym się potrafi skończyć awantura o ministerialne dofinansowanie na budowę w mieście, czy regionie nowej hali. Mój epizod sprzed niemal 20 lat na stanowisku dyrektora biura PZT, a więc na stołku typowo administracyjnym, tyle że z prawem biernego uczestnictwa w obradach Zarządu, zabił we mnie niemal bezpowrotnie wiarę w altruizm ludzi, zwanych działaczami. Sądzę, że przydałoby się już nowe, bardziej adekwatne określenie: z a ł a t w i a c z e. Bo stymuluje zwykle te osoby całkiem konkretny interes, bo wciąż załatwiają coś dla swego regionu, klubu, córki albo syna. A jeżeli przez  przypadek akurat gdzie indziej jest ktoś zasługujący na wsparcie to tym gorzej dla niego. I to chyba przede wszystkim dlatego związkowa karawana od tylu lat człapie bez sensu przez naszą tenisową pustynię. Gdy coś tam na niej przypadkiem wyrośnie to raczej nie za ich przyczyną i nie dzięki nim. W kolejce po ordery mają zarezerwowane ostatnie miejsce.

Karol Stopa