Andy Murray of Britain poses with the trophy after winning the men s singles final match against FerLider cyklu ATP, Andy Murray, po raz pierwszy w karierze wygrał turniej Dubai Duty Free Tennis Championships. Królem prestiżowej imprezy u szejków pozostaje Roger Federer, siedmiokrotny jej triumfator, a tym drugim mocarzem wciąż jest Novak Djokovic, poczwórny mistrz z Aviation Club. Raz tylko, 11 lat temu, główną nagrodę odbierał tam Rafa Nadal. Teraz galerię sławnych uzupełnił  Szkot. Gdy w 1993 profesjonalny tenis debiutował we współczesnym raju nad Zatoką Perską plan gospodarzy był prosty. Ta część świata miała dojść do piątej lewy wielkiego szlema. Dziś wiadomo, że nawet za petrodolary wszystkiego kupić się nie da. Na otarcie łez perle Emiratów zostaje więc w gablocie kareta gwiazd. Nie jest to osiągnięcie byle jakie, bo dotąd jedynie Wimbledon, Nowy Jork, Madryt, Doha oraz Montreal na zmianę z Toronto (Canadian Open) mogły się chwalić taką czwórką zwycięzców.

Sukces Murraya, wywalczony na początku marca, to jego pierwszy tytuł sezonu 2017. Jak wiadomo wisiał on na wyjątkowo cienkim włosku, bo w ćwierćfinale Philipp Kohlschreiber miał ze Szkotem aż siedem meczboli. Od poprzedniego turniejowego sukcesu, w londyńskiej O2 podczas ATP Tour Finals, upłynęły ponad trzy miesiące. Widać wyraźnie, że coraz trudniej o herosów wygrywających dziś wszystko jak leci. Poziom gry czołówki, do tego przygotowanie fizyczne większości plus styl rozgrywania pojedynków, na wzajemne wyniszczenie, doprowadza na kortach do sytuacji patowej. Ci najlepsi po spektakularnych zwycięstwach przypominają boksera wagi ciężkiej, który po walce trwającej 15 rund czasem nawet pół roku musi regenerować swój organizm. Jeśli do listy przyczyn dopiszemy jeszcze nieuniknione przy takich obciążeniach kontuzje to oglądana huśtawka wyników przestanie być aż tak bardzo niezrozumiała.

Statystycy ATP zwracają uwagę na zaskakujące zjawisko. Od początku sezonu rozegrano 18 z 64 zaplanowanych turniejów cyklu, a wiec tenisiści pokonali już czwartą część drogi. Tymczasem tytuł dla Murraya to dopiero pierwszy w 2017 sukces gracza rozstawionego z nr 1. Rok temu o tej porze  turniejowe jedynki zdążyły triumfować sześć razy. Teraz niewiele brakowało, aby i Dubaj, wzorem stycznia czy lutego, oglądał niespodziankę. Nowy i stały już trend w rozgrywkach ATP, czy też raczej przypadek, o jaki nietrudno przy żonglowaniu cyferkami ze statystyk. Uważam, że w miarę jak starzeje się nam światowa czołówka, a z drugiej jak się niespiesznie wykluwa tak reklamowana, młoda generacja jest to zjawisko, z jakim częściej będziemy mieć do czynienia. Nie ma już takiej możliwości, aby ci starsi wygrywali wszędzie, gdzie się tylko zgłoszą. Z kolei krystalizuje się grupa młodszych graczy, z potencjałem pozwalającym na zdominowanie jakiejś jednej, małej imprezy. Często obserwujemy taki ciąg zdarzeń. Oklaskujemy sukces któregoś z tych mniej znanych, rosną nasze nadzieje z nim związane, po czym w kolejnym tygodniu ten triumfator bierze baty zaraz na starcie.

Falowaniu formy sportowej towarzyszy też zjawisko polaryzacji imprez. Z przecieków wynika, że  jesteśmy w przededniu wprowadzenia nowych, wyższych kategorii turniejowych. Dotychczasowy podział, wynikający z liczby punktów przyznawanych zwycięzcy, a więc ATP World Tour 1000, ATP World Tour 500 i ATP World Tour 250, może wkrótce zastąpić nowy układ. Wystarczy np. podnieść do 3 tys. pkt premię za turniej wielkiego szlema, a otworzy się pole dla wielu pomysłów. Gdy zostanie po staremu, czyli 2 tys. pkt za wielki szlem, to też da się wyodrębnić grupę specjalną. Najwyraźniej powielane są pomysły z innych dyscyplin. Gdy bogatym klubom piłkarskim przestały  wystarczać rozgrywki ligowe zaczęła się elitarna wspinaczka. Gdzieś tam stworzono super ligę, w innym miejscu ligę mistrzów. Krok następny to pewnie będzie liga europejska, a może światowa. W tenisie mamy dokładnie tę samą sytuację. Ci z czuba rankingu są niczym syte, tłuste ryby. Potrzeba im teraz wyjątkowych motywacji, aby się raz jeszcze poderwać. Organizatorzy imprez, zwłaszcza ci z walizką pieniędzy, widzą w tym swą szansę. Zapłacą za zmiany każdą kwotę, bo przecież nikt im nie przyciągnie takiego kompletu na trybuny jak ci wielcy. A patrząc na trybuny i przez pryzmat telewizyjnych relacji widać coraz wyraźniej, że organizowanie mniejszych  imprez pomału traci sens. W tenisie panów tak naprawdę liczy się jedynie wielki szlem oraz ATP Masters 1000. Mamy czas gigantycznych turniejowych nadprodukcji, podaż już dawno przekroczyła popyt więc ta cała reszta to na ogół marnotrawstwo. Bronią się jeszcze tylko tam, gdzie pojawia się szansa na sukces zawodnika gospodarzy. Jak choćby ostatnio w challengerze wrocławskim, czy wcześniej w ATP World Tour 250 w Sofii, Montpellier czy Marsylii. Wtedy, i tylko wtedy, ekonomiczne kalkulacje mają szansę się zgadzać.

Rozgrywkowa karawana rozbiła teraz namioty w Indian Wells. To dość ważny punkt kalendarza, bo chodzi o jedno z dziewięciu przęseł, na jakich opiera się cały cykl ATP. Wyniki Australian Open wielu zaskoczyły, gdyż w finale nie było nikogo z pierwszej czwórki rankingu, zarazem o tytuł grali ci co zawsze, czyli Roger Federer z Rafą Nadalem. Akurat byli wtedy nr 17 i nr 9, co niewątpliwie dodało pikanterii ich pojedynkowi. Impreza w Kalifornii, a potem na Florydzie, w Miami powinna rzucić nam teraz nieco więcej światła na obecną sytuację w czołówce panów. Od 2004 roku lista triumfatorów wielkiego szlema wygląda wyjątkowo monotonnie. Przyjmując, że trzykrotny mistrz Stan Wawrinka to także już „grupa trzymająca władzę” ze schematu w ciągu 13 lat wyłamała się tylko czwórka: Gaston Gaudio – Paryż’ 04, Marat Safin – Melbourne’ 05, Juan Martin Del Potro – Nowy Jork’ 09 i Marin Cilic – Nowy Jork’ 14. W imprezach ATP Masters 1000 ta dominacja elity wygląda jeszcze solidniej. Od marca 2008 wielki kwartet zgarnął 71 z 81 tytułów, czyli aż 88%!! W dekadzie zapoczątkowanej w kwietniu 2010 trafiło się pięć wyjątków: Robin Soderling – Bercy’10, David Ferrer – Bercy’12, Stan Wawrinka – Monte Carlo’14, Jo-Wilfried Tsonga – Toronto’14 i Marin Cilic – Cincinnati’16. Tak czy inaczej przypomina to solidny, betonowy mur, kilka razy tylko lekko nadkruszony, lecz stojący wciąż wyjątkowo mocno. Ciekaw jestem, czy również po zakończeniu obecnego sezonu zdanie to będzie w dalszym ciągu aktualne?

Karol Stopa