Roberto Bautista Agut Esp defeated Novak Djokovic Ser breaking his racket TENNIS Shanghai RoleTen incydent wyjątkowo przykuł uwagę mediów i internetu. Na korcie w Ottawie, w meczu Grupy Światowej Pucharu Davisa z Wielką Brytanią, 17-letni Kanadyjczyk, Denis Shapovalov po stracie kolejnego ważnego punktu rozeźlony strzelił piłką w kierunku trybun i przypadkowo trafił w głowę arbitra pojedynku. To istny cud, że siedzący na stołku pan Arnaud Gabas w konsekwencji uderzenia nie stracił oka. Historia dyscypliny zna nawet zejścia śmiertelne osób, rażonych w taki sposób. W przypadku sędziego z Francji niezbędna była operacja gałki ocznej i wyłączenie go z pracy w kilku kolejnych turniejach, do których był nominowany.

Główny sprawca, zgodnie z regulaminem ITF, został natychmiast zdyskwalifikowany, a ponieważ zdarzenie miało miejsce w decydującym, piątym pojedynku, gospodarze przegrali z Brytyjczykami 2:3. Dodatkowo na młodego zawodnika nałożono dość wysoką karę finansową. Martin Laurendeau, kapitan kanadyjskiej reprezentacji, twierdzi, że tego dnia trafiło akurat na kogoś, kto na co dzień nie zwykł zachowywać się po gwiazdorsku. „Ogromne napięcie wywołane grą z Kyle Edmundem plus brak doświadczenia spowodowały, że chłopak przestał nagle kontrolować swoje emocje. Jak sobie z tym w przyszłości nie poradzi i nie będzie umiał wyciągnąć wniosków z tej gorzkiej lekcji, ta jedna sytuacja może się za nim ciągnąć do końca kariery” – tłumaczył szef ekipy Klonowego Liścia. Głos w sprawie zabrało też kilka dawnych gwiazd tenisa. „Za młodu chyba każdy z nas popełniał głupie błędy i na korcie robił różne, dziwne rzeczy. Rzecz w tym, że jedni mają jednak trochę szczęścia, bo nikt nie cierpi z ich powodu, albo też są traktowani dość ulgowo, a inni wpadają od razu tak jak Denis” – słowa Marata Safina, jednego z wielkich, których nie zaliczano raczej do grona aniołków, warto tu sobie zapamiętać, bo wydają się kluczowe.

Bardzo możliwe, że to co się w Ottawie przytrafiło młodemu chłopakowi z Kanady to był akurat – jak mówi jego trener – czysty przypadek i zbieg paru okoliczności. Nie zmienia to jednak faktu, że współczesny tenis jako dyscyplina zaczyna się w rażący sposób odróżniać od innych, podobnych mu sportów. Zaczynając od demonstracyjnego łamania rakiet, poprzez wulgarne słownictwo oraz spektakularne kłótnie z sędziami, aż po wystrzeliwanie piłek na wszystkie strony świata non-stop oglądamy dziś na kortach wyjątkowo ponury spektakl. Zachowania tego rodzaju być może kiedyś, przed wieloma laty, zaskakiwały widza, bo były mało dotąd znane. Współcześnie raczej już żenują. Wystarczy zerknąć na mecz badmintona, tenisa stołowego czy squasha, aby się przekonać, że można też inaczej, bez wyładowywania swej agresji na wszystkim i wszystkich wokół. Naturalnie również i w tych innych sportach, uprawianych za pomocą rakiety, trafiają się osoby o trudnej do zaakceptowania psychice. Surowe i zdecydowanie respektowane przepisy zawężają tam jednak pole, nie dają zbyt wielu szans tym pragnącym się „wyróżnić”. Innymi słowy nie ma tam takiego przyzwolenia, jak w tenisie, na coraz powszechniejsze zdziczenie obyczajów.

Osobiście jestem zdania, że większość problemów mojej dyscypliny wynika z nadmiaru pieniędzy, jakie się w niej pojawiły. Na korty zbyt mocno przyciągani są bogaci, za szybko generuje się tam milionerów. Wystarczy przejść się po klubach i posłuchać opowieści trenerów o tym, co potrafią rozkoszne dzieciątka, podwożone na zajęcia krążownikami szos. Obowiązkowo także o tym, jak te ich zachowania akceptują rodzice. W biografiach gwiazd można czasem przeczytać o pierwszej połamanej rakiecie i o groźbie, jaką przyszły mistrz usłyszał dziecięciem będąc od ojca albo matki: „Jeśli zrobisz to raz jeszcze więcej rakiety do ręki nie dostaniesz”. Zapowiedź tej kary niektórym wystarczyła potem niemal do końca kariery. A współczesnym pretendentom trafia zaraz do ręki pięć modeli rakiet kolejnych i jeszcze mogą sobie w telewizyjnym przekazie spojrzeć na pojedynek młodych zdolnych, konkurujących ze sobą, który połamie więcej sprzętu i jeszcze zrobi to szybciej, albo może efektowniej. Ta spirala nonsensu nakręca się dziś sama i tak na dobrą sprawę to nawet nie wiadomo teraz, gdzie jest jej początek, a gdzie koniec. Co do jednego tylko nie ma wątpliwości. Chętnych do naśladownictwa jest aż nadto.

W pierwszym tegorocznym finale ATP, na kortach w Doha, podczas wyjątkowo ciekawego meczu Novaka Djokovicia z Andy Murrayem, w przerwie między gemami zdarzył się pominięty przez wielu incydent. Serb, niezadowolony z wyniku, wystrzelił piłką w kierunku trybun i lekko trafił kogoś z widzów. Dostał ostrzeżenie, a po meczu jeszcze drobną karę finansową. Naturalnie zaraz oficjalnie przeprosił za swą reakcję i podkreślił jej niestosowność. Problem w tym, że dziś niemal u każdego gracza czołówki dałoby się odnaleźć zachowania podobne, bo też chyba każdy ma coś tam na sumieniu. Wcześniej wyglądało to niewiele lepiej. Zapamiętałem półfinał Samprasa z Agassim w turnieju mistrzów we Frankfurcie 1994 i scenę, gdy niezadowolony Andre bije piłką z całej siły w stronę pana Rudi Bergera na stołku. Gdyby się wtedy Niemiec nie uchylił, zapewne straciłby głowę. Niestety ani wówczas, ani też potem, poza karami przypominającymi pogrożenie palcem małemu dziecku, nie miały miejsca żadne ostrzejsze reakcje tenisowych władz. Rozzuchwalenie wielkich narasta, a ci na razie jeszcze mali ani myślą być gorsi. Otrzeźwienie przyjdzie pewnie wtedy, jak gdzieś zdarzy się nieszczęście…

Karol Stopa