janWystarczyły dwa kolejne weekendy lutego, żeby niczym bańka mydlana prysły nadzieje na trwałą i mocną zarazem pozycję obu naszych tenisowych reprezentacji. A przecież jeszcze przedwczoraj obie ekipy trzymały w ręku symboliczny złoty róg.

Panie, po latach spędzonych w nie obchodzącej nikogo trzeciej lidze, w 2014 przeskoczyły drugą światową ósemkę Pucharu Federacji, rok później były nawet dwa mecze od finału mistrzostw świata. Kiedy zaczynały już swe schodzenie ze szczytu panowie jesienią 2015 dokonali cudu i po nieomal wiek trwającym oczekiwaniu trafili wreszcie do ekstraklasy, czyli Grupy Światowej Pucharu Davisa. I jednym i drugim Chochoł z „Wesela” mógłby teraz wyrecytować złowieszczo: „ostał ci sie ino sznur”.

Wspomniane tu dzieło Stanisława Wyspiańskiego to klasyczny dramat symboliczny. Przekazywanie myśli ze sceny odbywa się techniką niejasnych znaków. Te nieoczywiste i niejednoznaczne symbole mają wpłynąć na nastrój i emocje odbiorcy. Zmusić go do wyrobienia własnego zdania. No, wypisz wymaluj sytuacja, jak z całym polskim tenisem Anno Domini 2017. Z jednej strony mamy w obu polskich reprezentacjach dwójkę mocnych liderów, takie postacie o nazwiskach znanych w świecie i dokonaniach, jakimi można się chwalić. Z drugiej, jak się okazuje, ci ludzie nie są jednak na każde zawołanie. Ani myślę atakować w tym miejscu Agnieszkę Radwańską czy Jerzego Janowicza. Oni swoje w odpowiednim czasie zrobili, trudno teraz oczekiwać, że będą bez końca występować w roli lokomotyw ciągnących zdezelowany skład wagonów. Tenis jest w pierwszym rzędzie indywidualną dyscypliną sportu. W Pucharze Davisa czy Pucharze Federacji w roli głównego beneficjenta mamy najpierw zawsze krajową federację, a dopiero potem zawodników. Jeśli za kulisami związku dzieje się źle, w zespole też nie będzie odpowiedniego klimatu i jakikolwiek sukces jest wtedy raczej mało prawdopodobny.

Porażka Polaków 0:5 w Zenicy z przeciętną ekipą Bośni i Hercegowiny to od 6 lat najgorszy wynik naszych mężczyzn. Cztery miesiące temu w Berlinie, w barażu z Niemcami o pozostanie w Grupie Światowej, ten sam skład, mimo przegranej, mógł się podobać. Teraz w Euro-Afrykańskiej Gr. I ręce opadły nawet największym optymistom. Aby nie spaść w tym roku do trzeciej ligi, gdzie nasi   tkwili w przeszłości najczęściej, musimy liczyć na cud. Bo Słowacja, a może wcześniej i Holandia, to są obecnie chyba za mocni dla nas rywale. Porażka Polek 1:2 w Tallinie z serbskimi nastolatkami to też ogromne rozczarowanie. Nasze panie były w Euro-Afrykańskiej Gr. I rozstawione z jedynką i miały wymarzone losowanie, lecz nie sprostały roli faworytek. Za rok ranking polskiego zespołu będzie już znacznie gorszy, a rywalki trudniejsze więc bez Agnieszki na udział w play-offie o Grupę Światową II przyjdzie czekać być może jeszcze dość długo. Gwoździem do trumny dla obu naszych drużyn okazały się deble. Przez wiele lat biało-czerwoni robili furorę w turniejach ATP i WTA w grze podwójnej, lecz ten czas najwyraźniej dobiega końca. Zarówno w deblu, jak i w singlu kilku całkiem dobrych graczy zestarzało się nam zanim nadeszły te wielkie drużynowe okazje. Wśród tenisistek dalej nie wiadomo, kto jest nr 2 po starszej z sióstr Radwańskich. Czwórka, może nawet piątka z zaplecza, bez przerwy wykonuje jeden, albo dwa kroki do przodu, po czym tyle samo do tyłu. Na kogo należy liczyć, nie za bardzo przy takim układzie wiadomo.

Przejrzałem własne teksty z ostatnich trzech lat, poświęcone polskim startom w obu pucharach. Nie zostaje mi dziś nic innego, jak pokiwać głową ze smutkiem. Nie pomyliłem się przy prognozach ani dla naszych pań („Grupa w grupie”, „Bez happy-endu”, „Trzecia liga”), ani dla panów („Nieobecni wystąp”, „Szansa”, „Z urazami i bez”). Na krajowych kortach, jak zresztą wszędzie na świecie, coś się nam powoli kończy. Towarzyszy temu nadzieja, że zaraz wypłynie jednak ktoś nowy i ciekawy. Jeśli czegoś teraz żal to głównie klimatu organizacyjnej odnowy i wyższej jakości, jaka się zaczęła pojawiać przy meczach obu reprezentacji. Z entuzjazmem pisałem o tym („Gumiaki zdejm”) zaraz po krakowskim pojedynku Polska – Rosja, gdy po raz pierwszy u nas 15 tys. osób  przyszło oglądać tenisowe widowisko. Doraźny, finansowy efekt wydarzenia – z punktu widzenia PZT – okazał się błogosławiony i przeklęty zarazem. Działacze skoczyli sobie do oczu, afera goniła aferę, a stan wojny wszystkich ze wszystkimi trwa właściwie do dziś. Życie pokazało, że do wielkich wydarzeń, podobnie jak do wielkiej forsy, trzeba najpierw dorosnąć. A ci nieszczęśnicy z centrali wciąż są jak dzieci i potrafią się bawić tylko swoimi klockami. Ewidentnie do jakiejkolwiek Ligi Światowej żaden z nich na razie nie dorósł. Kłopot polega wszakże na tym, że to po karach nałożonych z ich winy przez ITF, ewidentnie ucierpiała nasza męska reprezentacja. Utrata rozstawienia i prawa gry u siebie to są w tenisie kwestie dosyć poważne. Gdyby chodziło o dyscyplinę bardziej popularną, np. taką piłkę nożną, sznur wskazywany przez Chochoła z pewnością znalazłby zastosowanie. O jakiś tam tenis nikt dziś zapewne nie będzie kopii kruszył.