(SP)CHINA-BEIJING-TENNIS-CHINA OPEN-WOMEN'S SINGLES (CN)Smutkiem powiało po tygodniu poświęconym na rozgrywki Pucharu Davisa. W Melbourne byliśmy świadkami wydarzeń bez mała monumentalnych, w obsadzie więcej niż gwiazdorskiej. Teraz nagle zafundowano nam pierwszą rundę drużynowych mistrzostw świata, lecz zdecydowanie bez udziału mistrzów. Na palcach jednej ręki można policzyć tenisistów z pierwszej dwudziestki rankingu ATP, jacy ostatecznie wyszli na kort podczas weekendu.

Podtrzymano smutną tradycję kilku ostatnich lat. Trzy miesiące po finale w Zagrzebiu i fascynującej batalii o tytuł, trudno było poznać te same dwie reprezentacje. Chorwaci w bodaj trzecim składzie nie dali rady w Osijeku rezerwom Hiszpanów. Argentyńczycy bez pomocy Juana Martina Del Potro ostatecznie nie uratowali skóry w Buenos Aires z Włochami.

Dla poszukiwaczy niespodzianek był to znów istny raj na ziemi. Ponieważ kolejny raz przypomniał o swej obecności wierny towarzysz takich rozgrywek, czyli duch zespołowości (team spirit), można się było zachwycać przebiegiem kilku gier, ich dramaturgią, a nawet częściowo poziomem. Ekipy, które ostatecznie przeżyły bez swych gwiazd, zapewne postarają się teraz o mocniejsze składy. Być może jesienią doczekamy spotkań jednocześnie ważnych i spektakularnych. Nie zmienia to faktu, że w ostatnich latach przebieg pucharowej rywalizacji potwierdził absurdalność harmonogramu, w  szczególności tego wymyślonego dla Grupy Światowej. Terminy zaraz po wielkim szlemie są może i ciekawe dla odbiorców, natomiast fatalne dla uczestników. Zwłaszcza dla tych najlepszych, bo oni po każdym sukcesie w imprezie głównej potrzebują dziś ponad miesiąc na regenerację. Jak żałośnie kończą się starty nieprzestrzegających tej zasady pokazał St. Petersburg i Venus Williams. Kilka dni po historycznym, siostrzanym finale Australian Open, starsza Amerykanka pierwszy raz w karierze zagrała mecz bez choć jednej bezpośrednio wygranej piłki. Gdyby szło o dzierlatkę można machnąć ręką. W przypadku pani zbliżającej się do 37-mych urodzin nie zostaje nic innego, jak zaduma nad potęgą Gazpromu i startowego wypłacanego przez tę firmę.

Eksperci pytają dziś, ilu potrzeba jeszcze spektakularnych porażek drużynowych mistrzów świata, aby władze tenisa dokonały wreszcie odpowiednich korekt w Pucharze Davisa. Tymczasem ITF najpierw decyduje się na wprowadzenie tie-breaku w piątym secie, potem zaczyna rozważać inne, dziwaczne koncepcje. A to formułkę dwóch dni meczowych zamiast trzech, pomysł finałów na neutralnym gruncie, to znów metodę na raz, czyli batalię kilku drużyn o tytuł w jednym miejscu i czasie. Rzecz w tym, że ci najsłynniejsi, z Rogerem Federerem na czele, od lat postulują coś o czym działacze na razie się nie zająknęli. Chodzi im o kompletnie inny rytm tych drużynówek. Na mapie dyscyplin widać, że jedni organizują mistrzostwa świata corocznie, a inni okazje tego typu celebrują i fundują kibicom atrakcje co jakiś czas. Championaty co 12 miesięcy typowe są dla walczących o popularność i korzystających z każdej okazji, aby zaistnieć. Wśród sportów globalnych kalendarz zbliżony do tenisa posiada obecnie chyba już tylko kolarstwo. Zastanawiają niektóre analogie obu dyscyplin. Zaszczytne tytuły i tęczowe koszulki trafiały na szosie w ręce kolarzy wspaniałych, lecz bywało, że triumfowali niespodziewanie – podobnie, jak kiedyś na kortach – ludzie przypadkowi, nie potwierdzający potem swej wielkości. Bardzo często tego rodzaju zjawiska towarzyszą lawinie imprez, odbywających się jedna po drugiej. Tłok w kalendarzu to zawsze jakaś dodatkowa szansa dla tych z drugiego, czy trzeciego planu. Wypisz, wymaluj, ostatni turniej WTA w St.Petersburgu…

Gwiazdy męskiego tenisa opowiadają się obecnie za odłożeniem na bok pięknej, ponad stuletniej historii Pucharu Davisa i wzięciem przykładu z mocnych gier zespołowych. Cykl dwuletni, może nawet dłuższy, to coś za czym wyraźnie optują. Ponieważ nie ma dotąd takich rozwiązań niemal każdy z elity zdążył już pokazać, że potrafi swą reprezentację poprowadzić do tytułu, ale też ani myśli postępować w ten sposób co roku. Konflikt między absurdalnie rozdętym kalendarzem indywidualnym i cyklem drużynowym występuje na kilku płaszczyznach. Mamy przecież wciąż stan wojny między ITF (odpowiada za Puchar Davisa, Puchar Federacji i Grand Slam) a ATP i WTA. Różne bywają, często mocno napięte, relacje między graczami a ich krajowym związkiem, będącym przecież głównym finansowym beneficjentem rozgrywek, rozliczającym się potem z uczestnikami meczu. Mamy też spięcia międzyludzkie wewnątrz każdej niemal ekipy, gdzie nie wszyscy i nie zawsze się kochają, co ma znaczenie, gdy na korcie trzeba dać z siebie wszystko za sukces zespołu. Trzeba o tych punktach odniesienia pamiętać, bo dziś każdy mecz Pucharu Davisa to nie jest już – jak dawniej – romantyczna przygoda pięknoduchów, próbujących błysnąć co pewien czas, lecz harówka zagonionych profesjonalistów, postrzegających wszystko wokół niczym kolejny kontrakt, do zaakceptowania, albo i nie.

Lata zaniedbań sprawiły, że nad głowami organizujących rozgrywki Pucharu Davisa gromadzą się   ciemne chmury. Kiedyś obawiano się konkurencji ze strony Billie Jean King i jej cyklu World Team Tennis, potem hinduskich lig tenisowych, jakie na pewien czas przykuły uwagę tenisowej opinii publicznej. Na horyzoncie mamy dziś trzecie zagrożenie, chyba najpoważniejsze. Chodzi o Laver Cup, rywalizację wymyśloną przez Federera i osoby z jego otoczenia, pomysł przeniesiony z golfa i słynnego Ryders Cup. Pierwszy tenisowy pojedynek Europy z Ameryką odbędzie się we wrześniu, w Pradze. Bilety na ten spektakl sprzedają się już jak świeże bułki. Kapitanowie Bjorn Borg i John McEnroe ustalą ostateczne składy, ale i tak wiadomo, że ci z australijskiego finału marzeń, Roger i Rafa, wystąpią tym razem w jednej ekipie. Tennis Australia i USTA to federacje, jakie natychmiast zgłosiły swój akces do wydarzenia. Codziennie niemal przybywa chętnych, aby uczynić podobnie. Tak czy inaczej, na niezręcznie zagospodarowywanym przez ITF rynku jest już nowy uczestnik. Szykuje imprezę, w której od strony biznesowej na razie wszystko gra. Pachnie kolejnym, wielkim sukcesem uwielbianych przez świat mistrzów rakiety. Słynny już duch zespołowości za moment może zostać ożywiony na użytek kompletnie innej niż dotąd rywalizacji. A produkt, jaki powstanie przy tej okazji, może się okazać atrakcyjniejszy od tego, co znaliśmy do tej pory.