1998402Dawno, dawno temu każdą niemal szanującą się bitwę obowiązkowo poprzedzały harce. Wśród rycerstwa byli specjalnie opłacani w tym celu harcerze. Mieli jedno tylko zadanie. Przepasani przez piersi, na ukos, czerwonymi ręcznikami, za zgodą lub na rozkaz wodza, wyjeżdżali w kilkadziesiąt koni, aby sprowokować pojedynki przed główną potyczką. Najlepsi potrafili dotrzeć w sam środek obozu wroga, czyniąc tam przy okazji srogi zamęt. Opisy ich wyczynów, jakie wyszły spod pióra Jana Długosza czy Zygmunta Glogera to wspaniała i pouczająca lektura. Wywołuje dziś uśmiech na twarzy, ale czasem rodzi też skojarzenia.

Rycerskie harce przychodzą człowiekowi na myśl, kiedy spogląda na wydarzenia poprzedzające wielkoszlemowy Australian Open 2017. Ostrych pojedynków przed główną tenisową bitwą odbyło się dotąd co niemiara, niespodziankami sypnęło i zamęt zrobił się srogi, lecz całkiem możliwe, że w Melbourne po raz kolejny wszystko potoczy się jednak tym dobrze znanym, utartym szlakiem. Oczywiście dla tegorocznego cyklu WTA i ATP byłoby lepiej, aby w imprezie głównej drgnęło w końcu wyraźniej, z przewagą nowych twarzy w rundach decydujących. Proces taki trwa w tenisie od kilku lat, zaś z analiz wynika, że przełom globalny wisi w powietrzu. Z drugiej strony wiadomo, że w wyczynie na ruch ostatni, matujący, czeka się czasem dłużej niż wszystkim wokół się wydaje. Bo ci doświadczeni sportowcy potrafią bronić swych pozycji i dokonań.

Co w istocie kryje się za tą wstępną, potężną dawką tenisowych szaleństw anno 2017. „Pierwsze dni nowego sezonu przypomniały nam, że cykl WTA jest nieprzewidywalny jak zawsze” – napisał dziennikarz amerykańskiego magazynu „Tennis”, Brad Kallet. Gdyby chcieć typować Melbourne na podstawie rezultatów Brisbane, Hobart czy Shenzen należałoby zacząć od tezy, że u pań właśnie się zaczęła wielka rewolucja. Z rankingowej piątki nikt nie zdał egzaminu. Angelique Kerber w trzech setach z Ukrainką Switoliną nie przypominała liderki cyklu. Serena Williams popełniła aż 88 prostych błędów i przegrała z kimś, komu poprzednio dała w meczu jeden gem. Nie chciała mówić publicznie o swej grze, gdyż – jak zaznaczyła – musiałaby używać słów nieparlamentarnych. Na udany rewanż za finał sprzed roku i 6:0 w trzecim secie pozwoliła rywalce Agnieszka Radwańska. Simona Halep i Dominika Cibulkova chyba jeszcze nie dokończyły Świąt i Sylwestra. Gdyby nie  tenisistka z nr 6, Karolina Pliskova, można by sądzić, że grano jakieś marnie obsadzone imprezy. W ATP też były niespodziewane porażki gwiazd, szczególnie w Chennai oraz Brisbane, za to na dość  wysokim poziomie stał sobotni mecz w Doha. Novak Djokovic i Andy Murray uraczyli szejków i międzynarodową publiczność spektaklem na miarę finału wielkiego szlema.

W drugim tygodniu rozgrywkowym okazało się, że już ten pierwszy był dla wielu za trudny. Latami  przyzwyczajono nas, że przed wielkim szlemem problemy zdrowotne jako wymówka pojawiają się dość często. Teraz jednak zeszła lawina kontuzji. Niektóre okazały się akurat poważne, na co wskazuje długa, dwucyfrowa lista tych, które wycofały się i z Melbourne. Pozostałe rezygnowały tylko z Sydney albo Hobart. W tej drugiej imprezie ustanowiono rekord cyklu WTA. W turnieju głównym na statusie „lucky losera” wystąpiła siódemka pań. Ponieważ część przegranych zdążyła już wyjechać szansę dostały nie tylko słabsze z III lecz nawet z I rundy eliminacji. Rozstawionych zagrało sześć, ostatnia przyjęta miała nr 11. Mecz curiosum trwał dokładnie …jeden gem. Zarówno Sachia Vickery, jak i Elise Mertens były zgłoszone do eliminacji w Melbourne, gdzie punktów oraz pieniędzy czekało dużo więcej. Wyścig kto się pierwszy podda ostatecznie wygrała Amerykanka, Belgijka zaliczyła 1/4. Od ćwierćfinałów impreza zdecydowanie przypominała turniej ITF, nie zaś  rozgrywkę o 43 tys. $. W Sydney, gdzie czek główny wystawiono na 132 tys. $ honoru gwiazd w ¼ broniły tylko: Agnieszka Radwańska, urodzona w tym mieście Johanna Konta i dopisana do listy z nr 10 Karolina Woźniacka. Ta ostatnia akurat nieskutecznie. Generalnie wśród wycofanych, bądź  pokonanych zaraz na wstępie, prym wiodły te, które można było chwalić w tygodniu poprzednim.

Turnieje ATP w Sydney i Auckland też miały obsadę wyraźnie słabszą. Jedyny z TOP 10, który się nie rozmyślił to był Austriak Dominik Thiem. Pozostali wybrali treningi, albo pokazówki. Dziś, jak się okazuje, nawet w przypadku tenisowych zabaw niczego nie można być pewnym. Japończyk Kei Nishikori przyjechał do Sydney na FAST4, lecz nie wystąpił wobec kłopotów z biodrem. Kontuzja kolana, uszkodzonego podczas gry w kosza, nie zatrzymała za to Nicka Kyrgiosa. Przyjechał, ograł na korcie Rafę Nadala, a potem wystąpił publicznie w koszulce, będącej protestem przeciw osobie Donalda Trumpa. Przez kolejne dwa tygodnie baty zbierała impreza nowozelandzka. Zapowiadano sukces frekwencyjny, tymczasem przez fatalną pogodę i  jakieś problemy organizacyjne najpierw szybko opuściły Auckland panie, potem jeszcze szybciej panowie. Zwłaszcza exodus Hiszpanów, i w singlu i w deblu, wyglądał podejrzanie. Gdyby nie grupa z USA nie byłoby kogo zapowiadać. Dyrektor turnieju przyznał, że jeśli natychmiast nie zadaszą swych kortów nad brzegiem oceanu nie ma sensu ciągnięcie dalej tego wózka.
Szczerze mówiąc opisywanie wszystkich dziwolągów, jakie się objawiły w pierwszych kilkunastu dniach nowego sezonu przekracza ramy tego tekstu. Na dodatek diabli wiedzą, czy to autentyczne niespodzianki, czy też gra pozorów i takie osobliwe harce z rakietą. Niech to Australian Open 2017 wreszcie się rozpocznie.

Karol Stopa

12 stycznia 2017