DOHA Jan 6 2017 Andy Murray of Britain serves to Tomas Berdych of the Czech Republic during thPrzez światowe korty przepływa co roku prawdziwa rzeka pieniędzy. W miarę upływu lat jest coraz szersza i bardziej wartka. Niemal non-stop odbieramy komunikaty o ile właśnie przybrała, trudniej wywołać z pamięci sytuację, kiedy nas informowano, że poziom wody raptownie się w niej obniżył. Tenis odbierany jest dziś jako dyscyplina produkująca milionerów, choć przecież nie zawsze tak to wyglądało. Z lóż dla gości specjalnych turniejom przyglądają się często dawne sławy tego sportu.

Włosy mocno przyprószone siwizną, o ile w ogóle jeszcze są, zmarszczki na twarzach, kłopoty z rozpoznaniem niektórych. Ilekroć spoglądam w ich kierunku za każdym razem mam wrażenie, że dostrzegam nutkę żalu. Z jednej strony to niby naturalne, że człowiek tęskni do pięknych lat, jakie mu bezpowrotnie minęły. Inaczej sprawy się mają, gdy ten sam człowiek widzi przed sobą młodzież raczej przeciętną sportowo, za to skąpaną w dostatku i głównie dlatego stawianą za wzór. „To jak wyglądałyby moje finanse, gdybym i ja wsiadł dziś do takiego złotego pociągu” – zdaje się pytać ten czy inny legendarny mistrz rakiety.

Do wiadomości publicznej często trafiają informacje, ile w konkretnym turnieju, przez miesiąc czy przez rok, zarobił tenisista bądź tenisistka z rankingowej czołówki. Te kwoty z wieloma zerami od zawsze robiły na ludziach wrażenie i – jak wynika choćby z biografii sióstr Williams – potrafiły być impulsem do tego, aby przyszłe gwiazdy w ogóle meldowały się na świecie. Nie przypominam sobie z kolei, abym kiedykolwiek czytał medialne raporty o tym, jak wygląda w tenisie druga strona finansowego medalu. A przecież w moim sporcie inkasujący za grę niewiele i dokładający raczej do interesu niż zbijający majątek przeważają liczebnie w sposób zdecydowany. Problem w tym, że na ogół mało o tym wiemy. Zafascynowani gigantycznymi kwotami do podziału i postaciami z samej góry rzadko zastanawiamy się, jakie faktycznie proporcje występują w tej zabawie. Tymczasem raz na jakiś czas warto się nad tym pochylić.

Dla ułatwienia weźmy pod uwagę jedynie rozgrywki męskie. Jak wynika z oficjalnych zapowiedzi w sezonie 2017 ATP zamierza wypłacić grającym prawie 120 mln $. Rok temu pula była mniejsza, przekroczyła jednak 100 mln. Z drugiego źródła, czyli z turniejów wielkoszlemowych, popłynęło wtedy na nagrody ok. 145 mln. $. Końcowa lista płac poprzedniego sezonu podpowiada nam, że znalazło się na niej dokładnie 4.805 beneficjentów. Andy Murray oraz Novak Djokovic jako jedyni przekroczyli poziom 14 mln $ każdy. Pierwsza trzydziestka jest jak eldorado. Bo trzech tenisistów zainkasowało po 6 mln $, pięciu po 4 mln $, ośmiu po 3 mln $, zaś dwunastu po 2 mln $. Potem zaczyna się druga klasa złotego pociągu, gdzie dochodem powyżej 1 mln $ pochwalić się może 37 graczy. Licząc wszystkich, od góry do dołu, jedynie 236 panów, czyli ok. 5 % tenisowej populacji, przekroczyło w cyklu ATP 2016 kwotę 100 tys. $. Wspomniana trzydziestka, z przychodami od 2 mln $ w górę, to naturalnie elita, świat czerwonych dywanów i dla każdego z grupy układ z gatunku „żyć nie umierać”. Przy schodzeniu w dół mamy w kolejnych dziesiątkach osoby, które zarobkami przypominają bardzo dobre, a potem już tylko dobre europejskie wynagrodzenie. Tak się składa, że w minionym sezonie znaleźli się tam i czołowi polscy tenisiści: Łukasz Kubot z dochodem rzędu 385 tys. $, Marcin Matkowski 135 tys $, wreszcie pod koniec tej stawki Jerzy Janowicz 102 tys. $ i Mariusz Fyrstenberg 101 tys. $.

Na tle innych sportów, gdzie także dzieli się spore pieniądze, tenis zaczął ostatnio wyglądać dość dziwnie. W golfie graczy, którzy zarobili rok temu po 2 mln $ i więcej było cztery razy tylu, co na kortach. W grupie z dochodem rzędu 1 mln $ wystąpiła niemal trzykrotna przewaga, zaś 0,5 mln $ odebrało 164 golfistów, a tylko 87 tenisistów. Trzeba pamiętać, że po drugiej stronie tej finansowej barykady mamy w tenisie armię postaci kompletnie nieznanych, z reguły takich, które raz czy drugi przewinęły się przez małe profesjonalne imprezy. Z tego towarzystwa aż 580 osób pokwitowało w roku 2016 odbiór 36 $ za grę, a stu zarobiło symboliczne 64 $. Powstała dziś taka dziwna piramida. Oglądamy niewiarygodną milionową kumulację w liczebnie bardzo wąskiej czołówce, jednocześnie kiepsko ma się pozostałe 95% ludzi też przecież próbujących szczęścia. To głównie oni, ci gorzej opłacani, coraz częściej sięgają po niedozwolone metody, aby zarobić. Ostatni przypadek: 18-letni Oliver Anderson z Queenslandu, juniorski mistrz Australian Open 2016, sprzedał wynik swojego meczu w challengerze ATP. Na antypodach wielka afera, ale wtajemniczeni szepczą, że to zjawisko przybrało już we współczesnym tenisie rozmiary epidemii. Cisza tymczasem o panach działaczach, odpowiadający za to jak powinny wyglądać turniejowe siatki płac. Bo to oni przez swe wieloletnie zaniedbania doprowadzili do gigantycznych dysproporcji. Ostatnio drgnęło pod tym względem w imprezach ITF, lecz zaległości są tam ogromne i jedna regulacja wiele nie poprawi. Organizatorzy turniejów wielkoszlemowych też chyba oprzytomnieli. Wprawdzie w Melbourne pula nagród podskoczyła właśnie do kwoty 50 mln. australijskich dolarów, lecz szefowie imprezy minimalnie tylko podnieśli i tak astronomiczne premie dla zwycięzców, za to zdecydowanie większą podwyżkę dali graczom z rund początkowych.

W sprawie pilnowania odpowiednich proporcji Australijczycy robią dziś naprawdę sporo. Wyraźnie widać to na przykładzie legend australijskiego tenisa, odpowiednio honorowanych i nagradzanych. W odniesieniu do tych postaci nie da się zlikwidować, spowodowanego głównie upływem czasu, gigantycznego rozwarcia finansowych nożyc. Tak jak w dobie podróży samolotami nie da się już przesiąść na furmankę. Rod Laver, Ken Rosewall i ci inni wielcy faktycznie występowali kiedyś za kwoty symboliczne więc dziś, aby im za to zadośćuczynić, współcześni muszą ruszyć trochę głową. W przypadku gwiazd najnowszych sprawa jest chyba prostsza. Przydałoby się w końcu trochę umiaru w kwestiach płacowych. Od kilku lat widać wyraźnie, że miliony dokładane championom do walizek jakoś nie przekładają się na wyższą jakość serwowanych przez nich widowisk. Sami liderzy – jak np. ostatnio w Doha Andy Murray – sugerują nieśmiało, by tenis nieco inaczej zaczął dysponować swymi środkami, by się mocniej bronił przed zagrożeniami typu doping albo korupcja. Gdy spojrzeć na tytuły prasowe to konkurs pt. „kto dziś dołoży więcej do puli nagród” prezentuje się nawet dość efektownie. Gdy zajrzeć do dokumentów księgowego rozgrywek ten czar pryska. Rzeka forsy wyrządza niestety więcej szkód niż pożytku.

Karol Stopa
7 stycznia 2017