Bastian Schweinsteiger mit Ehefrau Ana Ivanovic bei der Verleihung des Medien und Fernsehpreises BaBezbrzeżny smutek ogarnął wielu kibiców tenisa. Od sezonu 2017 poczynając w turniejach WTA zabraknie Serbki, Any Ivanovic. Dla wyjątkowo licznych fanów, potrafiących adorować ukochane postacie z kortów na wszelkie możliwe sposoby i traktować je niczym gwiazdy kina albo estrady, strata jest naturalnie ogromna, z gatunku tych zniechęcających wręcz do dalszego interesowania się dyscypliną. Dla całej reszty jednak to po prostu kolejne ze zdarzeń, jakie wymusza upływ czasu. Z horyzontu znika nam piękna, młoda 29-letnia kobieta, od niedawna szczęśliwa mężatka. Na pewno wielki tenisowy talent i ktoś kto za młodu osiągnął fenomenalne wyniki, a potem nie potrafił już się do nich zbliżyć.

W świecie profesjonalnych sportsmenek, tak zresztą jak we wszystkich innych dziedzinach życia, uroda jest bardzo ważnym dodatkowym atutem. Pozwala wyróżnić się z tłumu i pomaga paniom w zrobieniu kariery. Gdy jeszcze idzie w parze z wynikami wtedy sukces w postaci popularności jest wręcz gwarantowany. Niby kort powinien kojarzyć się z innymi walorami niż wybieg dla modelek, a w tenisie dalej nie ma not za wrażenia artystyczne, niemniej gołym okiem można dostrzec różnice w odbiorze występów osób uważanych za urodziwe od tych ocenianych na tej skali nieco gorzej. Ta dysproporcja, nie ukrywam, zawsze wywoływała moją irytację. I choć – jak chyba każdy – wolę spoglądać raczej na ładną twarz niż brzydką to na meczach kogoś takiego jak Ana zamiast cielęcych zachwytów zazwyczaj proponowałem surowszą jednak ocenę jej gry. Zakładałem, że od postaci wyjątkowej trzeba wymagać więcej, nie mniej.

Serbka zachwyciła mnie najpierw w roku 2004. Eurosport pokazywał wtedy turniej WTA Tier I w Zurychu, a nieznana 16-latka z Belgradu przeszła tam eliminacje, ograła Francuzkę Tatianę Golovin i w dwóch tie-breakach była krok od wyeliminowania Venus Williams. Wciskała w fotel brawura, z jaką grała ta dziewczyna, zaś jej szalone ataki, a zwłaszcza ten naturalnie wykonywany, miażdżący forehand był czymś na tamte lata niezwykłym. Trzy lata później, w Paryżu, na własne oczy mogłem się przekonać, jak straszliwe spustoszenia wywołują odbicia Any. Styl oraz rozmiary wygranych ze świetnymi Rosjankami, Kuzniecową i Szarapową, nie pozostawiał złudzeń. W finale Roland Garros Justine Henin jeszcze wtedy była wyraźnie lepsza, ale już rok później na Serbkę nie było mocnych. Dziewczyna w wieku 20 lat została liderką rankingu, w dorobku miała trzy wielkoszlemowe finały i jeden wielki tytuł. W chwili, gdy świat stanął przed nią otworem, tak pięknie rozpoczęta sportowa bajka właściwie się dla niej skończyła. Bo potem były już tylko kontuzje, całe morze problemów, złe wybory szkoleniowe i na siedem lat, z jedną przerwą w 2014, niestety rankingowy zjazd w dół.

Bliźniaczo podobnie wygląda dziś sytuacja młodej Kanadyjki, Eugenie Bouchard. Bardzo jestem ciekaw, jak potoczy się kariera tej miss kortów. To kolejna, która najpierw nie bardzo wiedziała, dlaczego aż tyle i tak łatwo wygrywa, a teraz nie potrafi wrócić na zwycięski szlak i też do końca nie wie, dlaczego tak to wygląda. Od strony marketingowej albo finansowej nie ma tu naturalnie zmartwień. W sensie czysto sportowym między finałem Wimbledonu, a odpadnięciem w Londynie już w I czy III rundzie, różnica jest jednak spora. W przypadku Serbki jej uzasadnienie decyzji o rezygnacji brzmi rozsądnie. Organizm po latach się zbuntował, ona znalazła szczęśliwą przystań w życiu i czuje się teraz spełniona. Wraz ze swym mężem, utytułowanym niemieckim piłkarzem, Bastianem Schweinsteigerem, przypomina mi inną, słynną sportową parę, Steffi Graf i Andre Agassiego. Oboje kończą z sukcesami, syci finansowo, w wieku, gdy dalsze ciągnięcie na siłę tego wyczynowego wózka byłoby już tylko zwykłym odcinaniem kuponów od dawnej sławy. Oby dwójce futbolowo-tenisowej powiodło się teraz tak jak tamtym…

Bardzo możliwe, że krok, jaki wykonała Ana Ivanovic to początek całej serii podobnych zdarzeń w światku tenisa. Największe gwiazdy dyscypliny są w wieku mocno zaawansowanym, ale też każda z nich ma zapewne inny, własny scenariusz pożegnania. Serena Williams ogłosiła niedawno swoje zaręczyny, ponoć rozgląda się już za suknią ślubną, a to może oznaczać szybkie odłożenie rakiety. Z kolei Roger Federer mówi dziennikarzom w Perth, że ma nadzieję na jeszcze 2-3 lata występów, choć z drugiej strony nie może wykluczyć, że właśnie przyjechał do Australii po raz ostatni. „Tak długo jak jestem zdrowy i omijają mnie kontuzję mogę jeszcze wyrwać jakiś ważny tytuł”. Słynny niemiecki tenisista, ostatnio coach, Boris Becker, słysząc o decyzji Serbki wypowiedział jedno ważne zdanie: „Szacunek dla niej za decyzję o odejściu z tenisa na własnych warunkach”. Przy wszystkich tych nieuchronnie zbliżających się teraz sportowych emeryturach to akurat jest kwestia podstawowa. Świadomie dysponować własną osobą i dopóki tli się jeszcze wewnętrzny żar dopóty nie składać broni.

Internet zareagował rozmaicie. Kibicom jest dziś naturalnie bardzo smutno, ale dziękują za emocje i za wspólne wielkie przeżycia. Trzymają też kciuki za tę nową drogę życia. Tradycyjnie nie zabrakło spojrzenia odrobinę ironicznego. „To czyją karierę będzie mógł teraz zrujnować Nigel Sears” – zainteresował się ktoś. Bo pyszałkowaty brytyjski szkoleniowiec, teść Sir Andy Murraya, ma już na sumieniu kilka nieźle zapowiadających się tenisistek, ze Słowaczką Danielą Hantuchovą na czele. Eksperymenty z Aną też nie wypaliły. Serbka najpierw się z nim rozstała, po czym, nie wiedzieć czemu, po raz kolejny wybrała go na swego trenera. Może już wtedy przeczuwała, że to koniec drogi i nie ma sensu odkrywanie nowych lądów…

Karol Stopa