Moi stali deblowi partnerzy tuż przed wyjściem na kort i zaraz po grze chętnie zaczynają tenisowe pogaduszki. Rzadko kiedy są to monologi, raczej następuje przy takiej okazji wymiana poglądów, albo też każdy prezentuje swoją opinię o konkretnej postaci, meczu, czy sprawie. Ostatnio ktoś spytał o wrażenia z azjatyckiej ligi tenisowej. O dziwo, chyba po raz pierwszy zapadła znacząca cisza. Potem się okazało, że dla moich kolegów temat w zasadzie nie istnieje. Nikt niczego nie oglądał, nikt nie znał końcowego wyniku. „Roger Federer nie przyjechał i Sereny Williams też nie było więc co tam mogło być ciekawego” – usłyszałem na koniec.

Przed trzema laty głośne fanfary towarzyszyły inauguracji International Premier Tennis League (IPTL) i Champions Tennis League (CTL). Ten drugi cykl w tym roku ostatecznie nie doszedł do skutku. Właściciel czyli Vijay Amritray, najlepszy w historii hinduski singlista, jeszcze wiosną był pełen nadziei. Jesienią zamilkł i zatrzymał organizacyjną machinę. Mimo wielu kłopotów lepiej wypadł pomysłodawca pierwszej z lig, słynny hinduski deblista Mahesh Bhupathi. Choć jego rozgrywki skurczyły się z pięciu miast do trzech, a znanych nazwisk w ekipach ubywało każdego niemal dnia, ostatecznie udało się doprowadzić całość aż do mety. Trudno jednak nie zauważyć, jak dramatycznie spadła frekwencja na trybunach i jak zmalało zainteresowanie stacji telewizyjnych. Po wycofaniu ważnego sponsora i rezygnacji właściciela jednej z drużyn powstały ogromne straty finansowe. W tej sytuacji to sam Bhupathi zadzwonił do Szwajcara i do Amerykanki radząc im, aby nie przyjeżdżali, bo może być problem z realizacją zobowiązań. Skądinąd wiadomo, że płatności za rok poprzedni miały aż siedmiomiesięczny poślizg.
Mahesh odgraża się dziś, że odbije sobie wszystkie straty w przyszłym roku. Ma nadzieję, że jego kraj będzie wtedy w lepszej sytuacji ekonomicznej, a jemu uda się opracować nieco inny kalendarz  rozgrywek. Podkreśla, że siłę tej zabawy tworzy oryginalna, odmienna formuła, akceptowana przez samych grających. Pisałem rok temu („Bollywood”), że w tym szaleństwie chyba jest jakaś metoda. Wieloosobowe i wielopokoleniowe drużyny, reprezentujące różne miasta, rywalizują ze sobą grając pięć krótkich setów. Nie ma gry na przewagi i netu. Raz w secie piłka zgłoszona wcześniej może dać podwójną wartość punktową (PowerPoints). Tie-break jest przy wyniku 5:5 i gra się go na czas. Dozwolone są przerwy i zespołowe narady. Można w secie wymienić gracza. Rygorystycznie, pod karą natychmiastowej straty punktu, przestrzega się 20 sekund między piłkami, co odmierza dobrze widoczny i słyszalny na korcie zegar. Do tego dochodzi sprytny sposób liczenia, stałe dodawanie wszystkich punktów ekipy, a na koniec, przy remisie, granie dodatkowego super-tiebreku. W sumie, jest to podana w cyrkowym klimacie, dziwna mieszanka różnych, znanych skądinąd pomysłów.

Tenis to z jednej strony dyscyplina na wskroś indywidualna, z drugiej trudno nie zauważyć starań o rywalizację zespołową. Mimo narzekań trzyma się doskonale zarówno Puchar Davisa, jak i Puchar Federacji. Od prawie już 30 lat w dalekim Perth odbywa się Puchar Hopmana, a w Duesseldorfie do lat 15 dojechały rozgrywki World Team Cup. W przypadku hinduskich pomysłów trudno o podobny optymizm. Jedna liga dokonała już żywota, w drugiej też coraz więcej sygnałów, że wszystkie drogi najpierw wiodą do banku. „Nie ma sianka, nie ma granka” – uroczo spuentował kiedyś podobną sytuację rodzimy trener futbolowych kopaczy. Mahesh Bhupathi nie zgadza się jednak z krytykami, którzy mówią o wysoko opłacanym cyrku. Podkreśla mocno, że zorganizował tę rywalizację przede wszystkim na potrzeby telewizji, odpowiednio skrojoną w czasie i formie dla tego głównie medium. „Kto widział nasze finały, ich intensywność oraz dramaturgię, nie postawi zarzutu organizowania płaskiej, marnej rozrywki. W tej formule zbyt wielu dróg wyjścia z kryzysu nie ma. Właścicielami są w połowie gracze, a w połowie lokalni organizatorzy. Eksperymentujemy i stale coś dokładamy, aby na korcie było atrakcyjnie. Wierzę w nasz sukces za rok”.

iptl
Kilkanaście miesięcy temu padały opinie, że IPTL będzie niczym tłok, wymuszający istotne zmiany w jednej ze starszych dyscyplin. Dziś podobnych głosów nie słychać. Częściej wyrażane są obawy, czy hinduska liga przetrwa kolejny rok i czy ona sama już po dwóch latach istnienia nie wymaga w pierwszej kolejności naprawy. Duże pieniądze i odpowiednia obsada to współcześnie dwa warunki, bez spełnienia których trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek sportowe wydarzenie. W przypadku tego pomysłu na przedłużenie sezonu z pieniędzmi zrobiło się krucho, więc i z gwiazdami na korcie lekko zawstydzająco. Internet zareagował błyskawicznie. Dla skrótu IPTL, po kolejnym wycofaniu kogoś ze znanym nazwiskiem, powstał nowy akronim. Brzmiał wymownie: „Is anyone Playing This League”. No właśnie, czy tam w ogóle ktoś jeszcze gra…?!

Karol Stopa

29 grudnia 2016