Tennis 2016 Wimbledon Championships Week One Wednesday Day three Mens Singles Round Two RogeWładze światowego tenisa dyskretnie podrzuciły pod choinkę prezent osobliwy, a jednocześnie chyba niezwykle istotny dla przyszłości dyscypliny. Właśnie podano, że po serii rygorystycznych testów eksperci z ITF, ATP, WTA i turniejów Grand Slams zaaprobowali nowy, drugi już w tym sporcie elektroniczny system weryfikowania miejsca lądowania piłki na korcie. Urządzenie nosi nazwę „FOXTENN Top Real Precision System”. Po jedenastu latach tak dobrze znanemu „Hawk-eye Officiating” wyrosła wreszcie solidna konkurencja. Aż korci, aby z patosem oznajmić, że na tenisowym niebie zawisł nam drugi jastrząb. Ponoć o wiele bardziej precyzyjny. Niewykluczone też, że tańszy, choć akurat na ten temat niewiele na razie wiadomo.

Zdjęcie, jakie zostało zamieszczone na stronie International Tennis Federation rzuca snop światła na kilka technicznych tajemnic. Widać na dole siatki dyskretny plastikowy stojak, który jednym swym wybrzuszeniem obejmuje linię boczną, a drugim linię korytarza deblowego. Każde wybrzuszenie posiada dwa niewielkie okna, dzięki czemu specjalna ultra szybka kamera może spoglądać wzdłuż linii po obu stronach siatki. Z informacji podanych przez Javiera Simona, szefa firmy FOXTENN wynika, że takich kamer można ustawić na korcie 40 i w każdej sekundzie dostarczą one przeszło 2500 obrazów. Dzięki synchronizacji z super szybkim laserem system otrzyma do analizy 150 tys. zdjęć na sekundę. Dopiero tak solidna porcja elektronicznych danych pozwala – jak się okazuje – na najwyższy poziom precyzji. Efekt końcowy jest taki, że FOXTENN wskazuje nam ten realny punkt lądowania piłki na korcie, a nie projekcję jej lotu, wynikającą z analizy obrazów, jakie rejestrowały kamery w systemie Hawk-eye. Z jednej strony mamy autentyczne miejsce odbicia, z drugiej jednak 2-3 milimetry tolerancji.

Hawk-eye stosowany był dotąd w 80 zawodowych turniejach, organizowanych na całym świecie. System FOXTENN będzie miał chyba większy zasięg, bo wydaje się, że jest łatwiejszy w montażu. Na razie jednak – jak mówi Stuart Miller, szef komórki ITF, odpowiedzialnej za nowe technologie – potrzeba jeszcze wielu testów na konkretnych obiektach. Innymi słowy, trzeba jeszcze dopasować elementy całej układanki. Tak czy inaczej, zrobiono wreszcie krok we właściwą stronę, jeśli chodzi o poprawę precyzji pomiaru. Niestety przy okazji nie padło nawet zdanie o potrzebie modyfikacji dotychczasowych zasad elektronicznego sędziowania. Pomysł ten ujrzał światło dzienne w roku 2005, minęło zatem wystarczająco dużo czasu, aby od fazy eksperymentu przejść już do rozwiązań satysfakcjonujących ogół, a w szczególności samych grających. Tymczasem genialny wynalazek wciąż obsługuje na korcie średni pomysł marketingowy, na dodatek żywcem przeniesiony z innej dyscypliny, a mianowicie profesjonalnego baseballu. Efekt jest taki, że na korcie to gracz decyduje w dalszym ciągu o użyciu elektroniki. Może sprawdzać liniowych, lecz obowiązuje go jednak limit pomyłek.

Nie pamiętam już, ile razy o tym pisałem i mówiłem, niemniej powtórzę się przy okazji raz jeszcze.
Podstawowe zarzuty są dwa. Po pierwsze: przyjęto obcy dyscyplinie sposób podejmowania decyzji, rodzaj meczu w ramach meczu. Przeniesienie odpowiedzialności za ocenę piłki na gracza daje nam różne sytuacje sporne, które wypaczają ducha rywalizacji. Wynik zależy nieraz od przyjęcia prośby o sprawdzeniu śladu, nie od tego, gdzie piłka faktycznie wylądowała. Sędziowie mają sprzęt, który powinien wpływać na ich rzetelność, lecz zamiast z niego korzystać, postępują jak jurorzy w trakcie telekonkursu. Stołkowi zrobili się niestety wygodni. Wyraźnie uciekają od odpowiedzialności, a w ważnych chwilach, np. przy meczbolu, brakuje im narzędzi, aby zarządzić weryfikację wątpliwego orzeczenia (umpire’s discretionary challenge). Wygląda tak, jakby tylko pytali tenisistę, jaką wersję zdarzeń chce sobie za chwilę wybrać. Po drugie: ta elektroniczna zabawka funkcjonuje wciąż tylko na kilku turniejowych kortach, co znaczy, że w tej samej imprezie mamy do czynienia z krzyczącą niesprawiedliwością. Na centralnym zwykle jest super nowocześnie i sprawiedliwie. Gdzieś dalej, jeśli będziesz miał pecha, ujdzie każdy sędziowski błąd, a gdy się będziesz buntował to zostaniesz jeszcze dodatkowo ukarany.

W każdym niemal biznesie jednym z podstawowych elementów nakręcających interesy jest zdrowa konkurencja. Na polu sportowym dzieje się podobnie. Nie tracę nadziei, że zapowiedziane przez ITF wzbogacenie tenisowej oferty o bardziej precyzyjny sposób weryfikowania śladu odbicia piłki wymusi w niedalekiej przyszłości kroki kolejne, zwłaszcza te postulowane wyżej. Postęp w świecie wokół nas sprawił, że wzrosła gwałtownie liczba prawd, jakie przestaliśmy przyjmować na wiarę. „Sędzia na korcie ma zawsze rację” – uczono mnie kiedyś w klubie. Elektronika podpowiada dziś, że statystycznie trafne są dwie z jego trzech decyzji, a ta jedna, błędna, niestety może się okazać rozstrzygająca dla losów pojedynku. Tym bardziej warto się zatem postarać, aby wszędzie gdzie można w sposób maksymalnie obiektywny następowało odwołanie do faktów, nie zaś do dziwnych zasad, wymyślonych ku uciesze tłumu. Inaczej w dalszym ciągu konsumować będziemy dziwoląg regulaminowy. Coś, co przypomina starą podwórkową zabawę w „trzy kornery – karny”, jaką nagle ktoś by wprowadził na zawodowe stadiony piłkarskie. W futbolu to sytuacja po prostu niemożliwa. Kibice pierwsi by nie zezwolili…

Karol Stopa