imago04190792hW worku z mikołajkowymi prezentami znalazłem coś do obowiązkowej lektury. Pakunek jak na zwykłą książkę był raczej ciężki, rozmiarami przypominał mi album. Po rozpakowaniu okazało się, że to upominek z gatunku niespodziewanych, za to od razu trafiający w gust odbiorcy. „Cały ten tenis” to pierwsza, autentycznie polska, encyklopedia mojej dyscypliny. Spisana starannie piórem Andrzeja Fąfary, pięknie wydana w Firmie Księgarskiej Olesiejuk. Bardzo odważne, pionierskie wydawnictwo. Natychmiast przywołuje z pamięci dzieła nieżyjącego Amerykanina Buda Collinsa, czy Włocha Gianni Clericiego…

Czas jakiś temu słyszałem o zamiarze kolegi, z którym raczkowaliśmy kiedyś na dziennikarskim szlaku. On w „Życiu Warszawy” u legendarnego Stefana Sieniarskiego, ja w „Kurierze Polskim” w dziale sportowym, kierowanym przez Andrzeja Romana. Naszych przewodników w zawodzie, niestety, nie ma już na tym świecie. Tytuły gazet też zniknęły. Za oknem mamy wolny rynek, zalała nas elektronika i komunikacyjny bełkot – pisać dziś każdy może.

Ludziom z mojego pokolenia nie pozostaje nic innego, jak robić swoje. Tak jak nas kiedyś uczyli mistrzowie zawodu, najlepiej jak się da. Przy przeglądaniu prawie 300 stron encyklopedii odczuwałem dumę i ogromną wdzięczność dla autora. Podjął się pracy benedyktyńskiej i doprowadził ją do końca. Umiejący szukać pewnie znajdą jakieś szczegóły, wymagające drobnej poprawki czy uzupełnienia.

Całość jednak to dzieło kapitalne, warte eksponowanego miejsca na półce, gdzie nie przyklejony na stałe do komputera oraz internetu sięgać będzie często i chętnie.

Współczesny tenis to istna lawina informacji, odświeżanych albo poprawianych – jak na wstępie zauważa Fąfara – co siedem dni. W wymiarze światowym setki tysięcy postaci, ważnych imprez, czy choćby zdarzeń godnych odnotowania. W wymiarze krajowym dość podobnie, tylko zakres mniejszy. Postawiony przed bogactwem faktów autor wybrnął z gigantycznego zadania i chyba znalazł złoty środek. Siłą jego encyklopedii jest to, że nie pomija żadnego z bohaterów turniejów wielkoszlemowych, a zarazem uwypukla niemal wszystko z poziomu mistrzostw Polski. Tym samym kwituje to co działo się i dzieje w tenisie rodzimym. Z dużą przyjemnością czytałem notki, dotyczące nieco już zapomnianych polskich tenisistek czy tenisistów, trenerów, działaczy, albo ludzi mediów. Wybory Andrzeja siłą rzeczy i na tym polu są subiektywne.

Jednocześnie trudno nie zauważyć, jak ważny, a jednocześnie kompletnie dotąd ignorowany obszar ocalony został przez niego od zapomnienia.

Całość przygotowano w sposób schludny i przejrzysty zarazem. Wiele opisów aż korci, aby używać nadmiaru słów. Andrzej tymczasem jest konsekwentny. Podaje nam w pigułce podstawowe fakty, a jedynie przy wybranych przez siebie hasłach, kursywą, dorzuca jeszcze kilka zdań odautorskiego uzupełnienia. Moim zdaniem te przypisy właśnie stanowią sól publikacji, bo przypominają Fąfarę z jego najlepszych lat, dowcipnego, dalekiego od sztampy, zarazem nie szufladkującego bohaterów i raczej stroniącego od ocen.

„Jedna z najzdolniejszych zawodniczek w historii polskiego tenisa. Nie zawojowała świata, gdyż jej psychika nie nadążała za forhendem i bekhendem” – to akurat o Marcie Domachowskiej. „Jest bardzo wysoki (202 cm, w niektóre dni 204 cm) sieje postrach serwisem i forhendem” – o Jurku Janowiczu. „Gra inteligentnie, kombinacyjnie, często stosuje skróty. Ludzie lubią ją oglądać” – o Agnieszce Radwańskiej. O nieżyjącym już koledze, komentującym kiedyś na antenie Eurosportu mecz Federera z Nalbandianem. „Pojedynek skończy się lada moment. I wtedy słychać okrzyk z trybun: Vamos! Na to Choynowski: Chyba pod prysznicos”.

W dobie, gdy Internet konsekwentnie wypiera papier i wszelkie słowo drukowane encyklopedia „Cały ten tenis” wielu wyda się pewnie przeżytkiem. Z mojego punktu widzenia to jednak coś wyjątkowo potrzebnego, rodzaj dziennikarskiego niezbędnika. W kabinie komentatorskiej, gdy nagle nawali elektronika, dochodzi do pięknych, informacyjnych katastrof, a niektórzy tak dobrze zazwyczaj poinformowani tracą rezon. Tu zaś na kolejnych kartach wszystko cały czas jest pod ręką. Na dodatek spisane przez kogoś, kto „…zrozumiał już dawno, że tenisowy mecz to być może nie msza, ale bez wątpienia także nie wiejskie wesele”.

Ten ostatni cytat pochodzi ze wstępu do encyklopedii. Odkryłem go dość późno, pisząc już ostatni akapit swego tekstu. Przeczytałem i chwyciłem się za głowę. Bo autor wprowadzenia, Mirek Żukowski z „Rzeczpospolitej”, człowiek z tej samej generacji co Andrzej i ja, okazuje się był przede mną. Miał w sprawie publikacji dokładnie te same skojarzenia, podobne argumenty, a jak zwykle użył dużo lepszego pióra.

Przypomniała mi się pewna stara rozmowa ze Zdzisławem Ambroziakiem, o jego świetnych skądinąd felietonach w „Gazecie Wyborczej”. Zadzwoniłem kiedyś z pytaniem, czy już czytał najnowszy tekst Mirka. Gdy wyjaśniłem bliżej, czego ta publikacja dotyczy, na chwilę zamilkł, a potem zadudnił barytonem: „Wiesz….nie lubię Żukowskiego!”. Gdy i ja z kolei zaniemówiłem dodał zaraz: ”Bo on pisze lepiej ode mnie!”

Typowo w jego stylu. Niby żart, a może nie żart. Jedyny w swoim rodzaju sposób na wyrażenie swego uznania. Aż mnie teraz korci, by po lekturze encyklopedii wymruczeć podobnie: „Nie lubię tego Fąfary! Jest tak dobry w tym co zrobił!”