Karolina Pliskova CZE TENNIS Finale Fed Cup FedCup FRA vs CZE 12 11 16 VirginieBouyer PUBLMocno zakręciła się na kortach trenerska karuzela. Dla jednych te obecne spektakularne ruchy kadrowe stanowią zaskoczenie, dla innych jest to raczej rutyna. Piłka nożna wykreowała świetnie znane kibicom i od lat doskonale funkcjonujące pojęcie „okna”. Chodzi o czas, gdy różne zmiany – głównie transfery zawodników – są dozwolone, a nieraz wręcz pożądane. W profesjonalnym tenisie takie okno to właśnie listopad i grudzień. Krótki czas poza cyklem turniejów, gdy można wszystkie sprawy uporządkować, dokonać odpowiednich korekt, także personalnych, inaczej przygotować formę na nowy sezon. Tenisiści czy tenisistki stają się wtedy przede wszystkim szefami bogatych, jednoosobowych firm i na własne ryzyko oraz za swoje pieniądze podejmują kluczowe dla siebie decyzje.

Nawet znając i rozumiejąc zasady działania tego mechanizmu trudno ukryć zaskoczenie niektórymi faktami. Wymiany szkoleniowców niedawno dokonały np. dwie czeskie gwiazdy i teraz Jirzi Vanek będzie ćwiczył z Petrą Kvitovą, a David Kotyza z Karoliną Pliszkovą. Decyzja tenisistki z Louny musi z lekka szokować, zważywszy liczbę jej tegorocznych sukcesów. Z drugiej strony u pań to akurat nie pierwszyzna. Ukrainka Elina Switolina po wyjątkowo udanym sezonie 2016 oddaliła niedawno brytyjskiego coacha, z kolei Brytyjka Johanna Konta podobnie postąpiła z trenerem hiszpańskim. Rekord zwolnień ludzi ze znanymi nazwiskami śrubuje najwyraźniej Amerykanka Madison Kyes. Kolejny as, który właśnie od niej odszedł to Szwed, Thomas Hogstedt. Rewolucję zafundowała  sobie Włoszka Sara Errani, bo po latach spędzonych z Hiszpanem Pablo Lozano będzie trenować z Belgiem Wimem Fisette. Człowiek kojarzony z Kim Clijsters i z tenisem raczej dynamicznym nagle podjął się całkiem innej roli, bo pracy z mistrzynią gry ultra defensywnej.

U panów też sporo nowości. Z obozu Belga Davida Goffin zniknął Thomas Johansson. Były mistrz Australian Open to kolejny dowód, że nie każdy znakomity tenisista bywa cenionym trenerem, a już na pewno nie każdy Szwed – wbrew temu co głosi Mats Wilander – musi sprawdzać się w tej roli. Ze zdolnym, lecz mało odpornym na urazy Vaskiem Pospisilem z Kanady spróbuje szczęścia słynny Mark Woodford, wielki australijski deblista. Sebastian Grosjean stracił cierpliwość do kontuzji oraz chronicznego braku wyników u rodaka, Richarda Gasqueta. Na jego miejscu jest już inny Francuz, Thierry Champion. Zmiany też u szalonego Włocha Fabio Fogniniego. Mąż Flavii Pennetty, a już niebawem młody ojciec, po paru latach pracy z Hiszpanem Jose Perlasem zatrudnił Franco Davina z  Argentyny. Ten ostatni raczej nie wróci do Juana Martina Del Potro. No i jeszcze na koniec dwie sensacje ze szczytu rankingu. Najpierw podali sobie ręce i powiedzieli dość Milos Raonic i Hiszpan Carlos Moya, a potem okazało się, że Novak Djokovic i Niemiec Boris Becker to również rozdział zamknięty. W obu przypadkach aż roi się od podtekstów i różnych dodatkowych okoliczności, lecz drugie rozstanie zaskakuje chyba nieco mniej. Tak czy inaczej obaj gracze zostali z tymi, z którymi kiedyś wkraczali na profesjonalny szlak. Kanadyjczyk z Włochem Riccardo Piattim, zaś Serb ze Słowakiem Marianem Vajdą.

Instytucja specjalnie opłacanego trenera, tzw. coacha, kogoś w rodzaju przewodnika i opiekuna na czas turniejowej marszruty, pojawiła się wraz z pieniędzmi, jakie przyniosła w roku 1968 era tenisa open. Wojtek Fibak, z którym o tym rozmawiałem mówi, że za jego czasów można było policzyć na palcach jednej ręki tych ekstra współpracowników. Pamięta mecze Jimmy Connorsa w Stanach, gdy przychodziła tam jego matka, trenerka, choć ona akurat na inne turnieje z synem nie podróżowała. Gdy grał Guillermo Vilas towarzyszył mu człowiek od załatwiania interesów, Ion Tiriac. Był raczej menadżerem niż coachem. Z osobą Bjoerna Borga od zawsze kojarzył mu się trener i wychowawca, Lennart Bergelin. Generalnie jednak tamci wielcy nie mieli wokół takich ludzi, jak gwiazdy obecne. Rozliczali się ze współpracownikami w kwotach symbolicznych, modyfikacje na ławce też miały podobny charakter. Dziś, gdy na kortach szasta się milionami, trudno oczekiwać, że ci obsypywani wielką kasą będą w każdej sytuacji gospodarni i rozsądni. Trochę w myśl zasady „a kto bogatemu zabroni” dochodzi do sytuacji kuriozalnych. Początkujące gwiazdki skaczą z kwiatka na kwiatek i przez rok potrafią zaliczyć współpracę z wieloma szkoleniowcami. To zwykle prowadzi potem do sportowej katastrofy.

Każda z opisanych wyżej personalnych roszad jest naturalnie nieco inna i odmienne są przyczyny jej powstania. Wina czasem leży po jednej, a czasem po tej drugiej stronie. Wiadomo, że zjawisko powtarza się co roku z coraz większym nasileniem. Przejrzałem swe teksty z ostatnich pięciu lat i mam kłopot z policzeniem, ile już razy wałkowałem ten temat. Przypominam dziś kilka uwag, bo nie straciły na aktualności. Patrzącym z boku wydaje się na ogół, że trener czy coach to zajęcie z gatunku najprostszych na świecie. Wystarczy, że ktoś kiedyś sam nieźle grał w tenisa, albo wciąż jest w tym dobry. Nic bardziej mylnego. Ta akurat cecha pomaga, lecz nie determinuje. Profesor z rakietą winien spełniać wiele warunków, od schludnego wyglądu, przez sztukę komunikowania się z otoczeniem, po wiedzę praktyczną z techniki uderzeń albo taktyki grania meczu. Najistotniejsza jednak jest umiejętność bycia pedagogiem. Bez wiedzy i warsztatu lepiej nie zaczynać, choć i tak o powodzeniu decyduje głównie kompatybilność, czyli taka umiejętność współistnienia w sposób harmonijny. Kiedy jej brak to słyszymy od zainteresowanych, że nie ma chemii. A bez niej żaden związek zawodnika i trenera nie przetrwa. Najlepsi na końcu okazują się zazwyczaj szkoleniowcy, którzy potrafią zapomnieć o rozbuchanym ego i dać od siebie uczniowi jak najwięcej. Niby proste, a jakie diablo trudne przy pyszałkowatym podejściu wielu starych mistrzów. I to głównie dlatego niektórzy z nich tego egzaminu albo nie chcą zdawać, albo go oblewają. Bo przekazać posiadaną wiedzę i uruchomić nowe, współczesne jej wykonanie, autentycznie potrafią dziś tylko nieliczni.

Klucz do całej tej zabawy jest prosty. Chodzi o dopasowanie charakterów zawodnika oraz trenera plus określenie poziomu dozwolonej ingerencji. „Jeśli masz luksusowego Mercedesa lepiej nie grzeb w jego silniku” – wypowiedź coacha Paula Annacone z lat, gdy zajmował się karierą Peta Samprasa, oddaje tu istotę sprawy. Tenis owszem premiuje szybkość i efektowne przyspieszenia,  jednak podstawą są utrwalone nawyki. O jakości każdego uderzenia w pierwszym rzędzie decyduje wyuczona powtarzalność. Modyfikacje, albo zmiany muszą być przemyślane. W żadnym wypadku nie wolno ich dokonywać pochopnie. Tymczasem ci nowi opiekunowie, chcąc się popisać, próbują nieraz przeróbek na siłę i tak naprawdę demontują fundament, na jakim oparto konstrukcję. Gdy widzę, że na zmianę trenera decyduje się gracz doświadczony, po wielu sezonach wspólnej pracy, uważam to za ruch naturalny. Czasem wręcz niezbędny, by można było jeszcze mówić o postępie. Inaczej wygląda sytuacja z tenisową młodzieżą. Alarm powinien włączać się obowiązkowo zawsze wtedy, gdy roszady personalne następują błyskawicznie, jedna po drugiej. Z trenerem, coachem jest trochę jak z lekarzem podczas operacji: po owocach go poznacie. Gdy dokonasz w trakcie trudnego zabiegu drugiej, a potem trzeciej zmiany człowieka ze skalpelem, pacjent może tego nie przeżyć.

Karol Stopa