Fussball Herren Saison 2016 17 1 Bundesliga 13 Spieltag RB Leipzig FC Schalke 04 Jubel naFutbolowi eksperci łamią sobie głowy, zastanawiając się nad fenomenem lidera Bundesligi, zespołu RB Lipsk. Z wielu teorii, jakie przeczytałem na ten temat, albo usłyszałem podczas transmisji na antenie Eurosportu, do mnie akurat przemawia ta przedstawiona ostatnio przez jednego z ekspertów stacji, kiedyś piłkarza uczestniczącego w niemieckich rozgrywkach, Radka Gilewicza. „Beniaminek z Lipska zaskakuje rywali przeprowadzając swoje akcje ofensywne na dwa, najdalej trzy podania i wykorzystując szybkość młodych zawodników. Gra w sposób bardzo prosty, ale jednak cały czas do przodu, a nie do tyłu. Indywidualne umiejętności mniej znanych dotąd piłkarzy plus doskonałe zrozumienie i operowanie kilkoma dobrze wyćwiczonymi schematami przynosi dziś nadzwyczajne efekty”.

Z punktu widzenia kogoś takiego jak ja, obserwatora z kanapy, kluczowe jest przede wszystkim to, że ci debiutanci z Lipska wyraźnie różnią się teraz od większości rywali. Proponują kibicom futbolu coś nowego, albo mówiąc precyzyjniej wyciągnęli z lamusa pomysł z lekka zapomniany. Jakiś czas temu światową piłkę zainfekował wirus „tiki-taki”. W arcymistrzowskim wykonaniu ten hiszpański styl, owszem, autentycznie zachwycał i dalej potrafi to robić. Gdy jednak naśladownictwo, czasem dość nieudolne, opanowało wszystkie ligi, metoda tysiąca podań wszerz boiska i do tyłu zaczęła po prostu irytować. Gwałtownie wzrosła liczba pojedynków tak nudnych, że aż nie do oglądania. U starszych fanów futbolu pewnie wróciły wspomnienia niesławnego włoskiego „catenaccio”. Moje skojarzenia prowadzą w tym momencie do stylu wszechobecnego na światowych kortach. Chodzi mi o grę opartą o byle jakie odbijanie piłki na drugą stronę siatki, na przeczekanie, bez konkretnego planu taktycznego, z przewagą przestojów i z niedostatkiem akcji podrywających kibica na równe nogi.

Ludzie z autorytetem mówią, że ten brak kreacji i ryzyka niestety zabija współczesny tenis więc pilnie potrzebne są w nim zmiany. Nie do końca jest jasne skąd ten wiatr odnowy ma powiać, bo można odnieść wrażenie, że w tym sporcie wszystko już było, a i kandydatów na rewolucjonistów też jakoś nie widać. Z kart historii płyną jednak wnioski optymistyczne. Na przestrzeni lat ewolucje następowały w tej dyscyplinie regularnie, co pewien czas. Generowały je różne czynniki. Były to np. kolejne modyfikacje sprzętu, a więc rakiet, piłek, czy nawierzchni kortu. Niebywale ważną rolę odgrywało także przygotowanie fizyczne grających, osób coraz wyższych, silniejszych i bardziej wytrzymałych. Tytuły jednak i treść epokowych rozdziałów w księdze przemian narzucała przede wszystkim technika uderzeń i taktyka rozgrywania pojedynków. Im bliżej czasów współczesnych tym częściej oglądaliśmy śmiałe eksperymenty i odchodzenie od książkowego modelu.

Po wyjątkowej dominacji powojennych, australijskich mistrzów ataku, do głosu doszła defensywa i ludzie operujący głównie na linii końcowej. Z paroma krótkimi przerwami ten stan utrzymuje się w zasadzie aż do dziś. Początkowo wyczyny mistrzów obrony wywołały szok raczej i protesty niż zachwyt. Gdy eksplodował talent Bjoerna Borga rodzimi trenerzy długo nie potrafili zrozumieć jego fenomenu. Szwed operował odbiciem topspinowym, osobliwą i nieznaną u nas rotacją, przy której potrzebny był ekstremalny uchwyt rakiety. Pamiętam jak w moim klubie, Warszawiance, Ksawery Tłoczyński, brat sławnego Ignacego, radził zawodnikom, aby nie naśladowali geniusza ze Skandynawii, bo to grozi kontuzją. „On sobie za chwilę urwie rękę” – mówił z przekonaniem i z grymasem na twarzy demonstrował tę nowość. Kilka lat potem top-spin stał się wszechobecny na kortach, a dziś nawet małe dzieci mają go w repertuarze. Na Szweda długo nie było lekarstwa, aż w końcu powstał pomysł skracania odległości do rotowanej piłki i odbijania jej blokiem. Wyglądało to na rozbrajanie miny przed wybuchem, ale było na pewien czas skuteczne. Nowe granice wyznaczył na tym polu Rafael Nadal. Ruch przedramieniem do góry, do prawego ucha plus niesamowita siła fizyczna oraz szybkość Hiszpana nadały piłce astronomiczną wręcz liczbę obrotów. Ta piekielna rotacja awansująca i boczna zarazem powalała na łopatki jednego rywala po drugim, zwłaszcza na korcie ziemnym. Metodą na Hiszpana było długie ostrzeliwanie backhandu i potem płaski strzał po linii forehandowej, problem polegał wszakże na tym, że mało kto potrafił dotrzymać mu kroku pod względem powtarzalności i intensywności odbić.

Przez dekady każdej kolejnej modyfikacji technicznej towarzyszyła za chwilę jakaś reakcja. Gdy szkoleniowcy znajdowali w końcu tą właściwą receptę mówiliśmy o historycznej zmianie stylu. Taki sam los spotka niebawem absurdalnie często powtarzane odbijanie forehandem z narożnika backhandowego, tzw. odwrotny cross. Manewr ten stał się dziś w tenisie rodzajem piłkarskiej tiki-taki. Stosowany jest w meczach tak często, że widzowie mają prawo ziewać, patrząc na milionowe wykonanie. Przy próbach układania na nowo tych różnych technicznych i taktycznych wariantów warto byłoby przypomnieć sobie o kilku prostych, za to wyjątkowo skutecznych metodach. Choćby o skracaniu pola gry, czyli zaletach odbijania przed linią końcową, a nie daleko spod bandy, albo o uderzeniach z powietrza i większym wykorzystaniu okolic siatki. W obu cyklach rozgrywkowych, ATP i WTA, odkryciem nazwalibyśmy teraz kogoś z całkiem inną wizją gry, taką trochę na wzór piłkarzy RB Lipsk, czy też np. reprezentacji Islandii z ostatnich mistrzostwach Europy. Solą piłki nożnej są – jak wiadomo – akcje podbramkowe i strzelane gole. W tenisie nikt na razie nie wymyślił nic bardziej ożywczego jak atak. Beniaminkowi z Lipska mało kto wróży, że będzie rządził długo i szczęśliwie. W tenisie wiele efektownych objawień, czy nowych twarzy też przerabiało za chwilę wielki problem z powtarzalnością. Mimo wszystko przydałaby się nam teraz na kortach choć jedna taka, ożywcza „lipska” bryza.