161128 ZAGREB Nov 27 2016 Juan Martin del Potro of Argentina celebrates victory during thBłogosławieni, którzy potrafią czekać – kołacze po ostatnim finale Pucharu Davisa. Ewangeliczna analogia nie wydaje się w tym momencie zbytnio przesadzona. Reprezentację Argentyny nazywano przecież najsilniejszą ekipą, jaka nigdy nie zdobyła tytułu drużynowych mistrzów świata w tenisie. Wiele wskazywało, że i za piątym razem marzenia o pójście w ślady piłkarskich Albicelestes trzeba będzie odłożyć. Arena Zagrzeb przygotowana była wyjątkowo starannie na drugi triumf Chorwatów i na powtórkę ich sukcesu z 2005, gdy w Bratysławie doszło do zaskakującego zwycięstwa nad Słowacją. A do zrealizowania takiego scenariusza zabrakło naprawdę niewiele.

Marin Cilic prowadził w niedzielę 2:0 w setach i w trzecim brakowało mu jeszcze tylko siedmiu piłek. Spodziewany remis w piątkowych singlach i wyjątkowo pewna wygrana w sobotnim deblu  chyba uśpiły nieco morale miejscowych. Gdy po niemal pięciu godzinach walki poległ ich lider to najstarszy od blisko stu lat uczestnik finału, 37-letni Ivo Karlovic, do decydującej gry wyszedł jak na ścięcie. Powołany do składu po czterech latach przerwy i wyraźnie w trybie awaryjnym, zamiast kontuzjowanego Borny Corica, nie był w stanie doprowadzić do choć jednej, tak charakterystycznej dla siebie rozgrywki tie-breakowej. W efekcie doszło do wyjątkowo spektakularnego zwycięstwa tych, którzy właściwie byli już pokonani. Z drugiej strony zobaczyliśmy przygnębiającą, bolesną porażkę drużyny – zdawałoby się – trzymającej już w ręku Srebrną Wazę.

Tenis jest sportem wręcz wymarzonym dla wszelakiej maści indywidualistów, ale też nie przestaje nas zaskakiwać, gdy patrzymy nań w wymiarze zespołowym. Przedsmak takich atrakcji w każdym kolejnym sezonie dostarczają gry podwójne. Jeszcze mocniej te rozmaite odmienności wychodzą w rozgrywkach drużynowych. Jak na ironię zaraz po tym, gdy nowy sternik ITF, Amerykanin David Haggerty, zapowiedział ostre zmiany w rozgrywkach Pucharu Davisa i Pucharu Federacji zarówno panowie, jak i panie z rakietami, dostarczyli w trakcie rywalizacji państw tylu atrakcji, ilu czasem nie znajdziesz w kilkunastu turniejach ATP i WTA. Pora najwyższa, aby jednak ostudzić zapędy panów działaczy, dać wreszcie święty spokój deblom oraz rywalizacji drużyn, a potrzebnych zmian zacząć szukać gdzie indziej. Np. w rozdętym do absurdalnych rozmiarów kalendarzu turniejów, w dużo większym urozmaicaniu szybkości nawierzchni, w ujednolicaniu niespójnych dziś przepisów. Juan Martin Del Potro, główny bohater zwycięzców, kończy sezon 2016 na pozycji nr 38 ATP. Chwilowo jest bez szans na rozstawienie w Australian Open. Gdyby ci sami panowie działacze nie skreślili w tym roku punktów za igrzyska olimpijskie i Puchar Davisa Argentyńczyk byłby obecnie nr 22, czyli kandydował nawet do pierwszej szesnastki wyróżnionych…

Znany szwajcarski karykaturzysta Christophe Bertschy, autor popularnego cyklu Mini.People.ch,  sukces południowoamerykańskich tenisistów przedstawił jak zwykle w sposób wymowny. Tytuł: „Kac w Argentynie”. Z pucharem wypełnionym szampanami dominuje nad resztą Juan Martin, a poniżej stoi trójka: papież Franciszek, Diego Maradona i Lionel Messi. Tak naprawdę jednak to chyba nawet i inni wielcy Argentyńczycy dali się teraz porwać tenisowemu szałowi. Maradona na trybunach zagrzebskiej hali omal nie dostał zawału, gratulacje płynęły z ojczyzny, ale i z całego świata. Niemal wszyscy wyrażali swą radość, uznając wygraną przyjezdnych za rodzaj dziejowej sprawiedliwości. Argentyna przystąpiła do pucharowych rozgrywek w roku 1923. Pierwszy finał w 1981 przegrała z USA. Guillermo Vilas i Jose Louis Clerc raczej wówczas za sobą nie przepadali, a rywale byli akurat bardzo silni. W 2006 z Rosją błyszczał David Nalbandian, ale z drugim mocnym punktem w ekipie był problem. W 2008 na finał do Mar del Plata nie przyjechał kontuzjowany Rafa Nadal, a gospodarze mieli dwie gwiazdy, Nalbandiana i młodego Del Potro. Niestety, źle zaiskrzyło między tą dwójką i sensacyjna porażka właściwie rozbiła ekipę. Trzy lata później nastąpił finałowy rewanż w Sewilli i tam Nadal z Ferrerem nie dali przyjezdnym zbyt wielu szans. Jedyny punkt dla gości wywalczyli Nalbandian i Schwank w deblu. Zagrzeb to było piąte podejście, po raz czwarty znów u rywali. Inna sprawa, że w tym roku po serii gier wyjazdowych w Polsce, we Włoszech, a już zwłaszcza w Glasgow, w trakcie niesamowitego półfinału z broniącą tytułu W.Brytanią, drużyna Daniela Orsanica sprawiała wrażenie ekipy zaprawionej w tego typu bojach.

Argentyna to był niemal od zawsze kraj, z którego wyruszali w świat tenisiści znakomicie grający pod względem technicznym, czarujący stylem i poziomem umiejętności. Na kortach ziemnych to oni i Hiszpanie stanowili bardzo długo dwie rywalizujące ze sobą potęgi. Kilkanaście lat temu podczas Roland Garros na pierwszej stronie gazety L’Equipe w specjalnej rubryczce podawano codziennie wynik osobliwego meczu Argentyna – Hiszpania. Ilu graczy awansowało, ilu odpadło, kto przeważa. Dziś o paradoksie zarówno jedna, jak i druga nacja ma problemy z kadrą, a wysoko klasyfikowanych graczy wyraźnie po obu stronach brakuje. W Pucharze Davisa był taki czas, kiedy Argentyna wystawiała zespół złożony nawet z trzech tenisistów TOP 10 i mimo to ponosiła porażki. Dziś sięga po główną nagrodę nie mając nikogo takiego pod ręką. Za dwóch za to, może czasem i za trzech występuje w tej ekipie niepowtarzalny Juan Martin Del Potro. Kreśliłem tu pod koniec sierpnia („Z zamrażarki”) jego sylwetkę, a od tego czasu człowiek nazywany w kraju „La Torre de Tandil” zdążył napisać kilka nowych rozdziałów swej tenisowej epopei. Jego morderczy pięciosetowy maraton z Murrayem w Glasgow, podobnie jak ten w Zagrzebiu z Cilicem, gdy pierwszy raz w życiu odrobił stratę dwóch setów i tchnął w ekipę ducha nadziei, obowiązkowo przejdą do historii dyscypliny. „Nadzwyczajne jest to co robi dla nas Juan Martin. Duma z jaką reprezentuje nasz kraj, a zarazem demonstrowana skuteczność gry uświadamia, jak wielkim jest  tenisistą” – mówił w Zagrzebiu o swym asie argentyński kapitan.

To przekleństwo i wielki pech współczesnego męskiego tenisa, że ktoś taki niemal połowę swej kariery musiał spędzić u lekarzy, nie na korcie. To wielkie szczęście i nadzieja dyscypliny, że on mimo wszystko zdołał wrócić, a w ciągu pół roku zdążył pokonać Murraya, Djokovicia, Wawrinkę, Cilica, Thiema i Nadala. W Zagrzebiu nie przeszkodził mu na korcie nawet złamany palec lewej ręki. Na nowy sezon zapowiada wzmocnienie backhandu i więcej startów turniejowych. Ci, którym marzy się zburzenie dotychczasowego układu w ATP już teraz trzymają kciuki i myślą o tenisiście z Tandil z wielką sympatią.

Karol Stopa