Andy Murray of Britain celebrates after winning the men s singles final against Serbia s Novak DjokoZdumiewającą powściągliwość zademonstrował Andy Murray po ostatniej piłce meczu z Novakiem Djokoviciem. Wypuścił z rąk rakietę, z niedowierzaniem chwycił się za głowę, na ułamek sekundy uniósł do góry palec wskazujący prawej ręki. Potem podbiegł do siatki, gdzie z gratulacjami czekał rywal. Z poważną miną słuchał, co ten szepcze mu do ucha. Sądząc po wyrazie twarzy obu panów można by uznać, że to Serb został przed chwilą zwycięzcą. Osobliwy był ten początek koronacji nowego króla ATP. Monarcha chwilami sprawiał wrażenie kogoś nieobecnego w hali. Przypominał sobie w czym uczestniczy, gdy zerkał w stronę swej triumfującej ekipy. Bo jego boks najwyraźniej odfruwał. Były tam tańce radości, fikołki oraz zbiorowe uściski. No i jeden człowiek zachowujący się podobnie jak sam mistrz. Ivan Lendl, główny coach, owszem, uścisnął kilka dłoni, potem jednak założył okulary, wyciągnął jakąś kartkę i uważnie zaczął ją studiować…

Jedna piłka w półfinale z Milosem Raonicem mogła przesądzić o kompletnie innym obrazie fety w Londynie. Zarazem właśnie podczas najtrudniejszego egzaminu w O2 Arena, Szkot zneutralizował w III secie morderczy serwis i forehand Kanadyjczyka. Maraton z Kei Nishikori też dostarczył mu problemów, ale i na ambitnego Japończyka Murray znalazł w końcu sposób. Na pierwszy rzut oka Andy niemal ze wszystkimi grał podobnie, zarazem do każdego przeciwnika dobierał inny klucz. Zdaniem ekspertów najważniejsze było to, co nowy lider zrobił ze swoim tenisem, jak sam szukał poprawy. Mats Wilander podkreśla stałe podnoszenie obciążeń treningowych, czasem aż do granic absurdu. „On dobrze wie, że aby zachować swoją pozycję trzeba ćwiczyć wciąż mocniej i mocniej” – mówi Szwed. John McEnroe jest pod wrażeniem przygotowania atletycznego Szkota i wyciskania z tej przewagi nad rywalami, ile się tylko da. Podkreśla też niesamowitą cierpliwość i wytrwałość tenisisty. „Ileż my razy mówimy swym podopiecznym o agresywnym returnie, o wychodzeniu do piłek, o uderzaniu mocniej z forehandu?! Tylko czym innym jest słuchać, a czym innym robić to na korcie, jak Andy”. Craig O’Shannessy, analityk ATP, uwypukla poprawę wielkiej słabości Szkota, skuteczności drugiego serwisu. „Jego średnia w 2014 wynosiła 51%, rok potem 52%, za to w tym sezonie 56%, trzynasty wynik cyklu. W meczu z Raonicem to właśnie drugi serwis uratował pod koniec Murraya”.

Gdy dekadę temu 18-letni Andy Murray zdobywał w kalifornijskim San Jose pierwszy tytuł ATP obok kortu debiutowała przyjaciółka, a dziś żona, Kim Sears. Ówczesny trener, Mark Petchey, z jakiegoś powodu został wtedy w Anglii. Obecność dziewczyny, spokojnej i znającej tenisowe realia z racji pracy ojca Nigela, ogromnie nastolatkowi pomogła. Po ostatniej piłce relację Eurosportu wzbogaciła scena całującej się zapamiętale i dziękującej sobie za wszystko młodej pary. Kolejne lata pokazały, że młody brytyjski tenisista jest człowiekiem, który wyjątkowo dobrze reaguje na różne zmiany w swym życiu. Kiedy w lutym tego roku przyszła na świat Sophia Olivia tata Murray odłożył rakietę na dwa tygodnie. Po raz ostatni tak długą przerwę miał dwa lata temu, po operacji kręgosłupa. Powrót wyglądał teraz sensacyjnie, bo Andy rzucił się wręcz do ciężkiej roboty. Pierwsze cztery starty nie dały mu tytułu, za to potem, z dwunastu turniejów w jakich się pojawił, wygrał dziewięć i zdobył upragnioną pozycję nr 1. Nowością tegorocznego ATP World Tour Finals było i to, że po raz pierwszy Murray nie skorzystał w Londynie z oficjalnego hotelu. Wykorzystał fakt, że z Qxshott w hrabstwie Surrey, gdzie mieszka z żoną i córką, do O2 Arena jest godzina drogi samochodem. Pobyt na łonie rodziny, świadomość, że oto zjawiła się w niej nowa osoba sprawia, że do wielu spraw tenisista zaczął teraz podchodzić inaczej, a wygrane czy porażki nie oznaczają już dla niego końca świata.

W środowisku tenisowym Murray miał dotąd opinię wyjątkowego pracoholika. Zaraz po turnieju, albo po przegranym spotkaniu wędrował na kort i zaczynał tam kolejny trening. Dziś coraz częściej sam zarządza sobie kilkudniowe przerwy. Odpoczywa i nabiera apetytu, aby kolejny mecz zagrać z jeszcze większym zapałem. Tak zrobił np. pomiędzy halą Bercy w Paryżu, a imprezą w Londynie, kiedy to przez cztery dni nie wziął rakiety do ręki. W czasie od 2008 do 2012, gdy Andy przegrał cztery kolejne wielkoszlemowe finały, dość często krytykowano jego postawę na korcie, negatywny język ciała i dziwaczne monologi, wygłaszane pod adresem siedzącej z boku ekipy. Wtajemniczeni mówią dziś, że to m.in. była jedna z przyczyn, dla której z dalszej współpracy zrezygnowała Amelie Mauresmo. Ivan Lendl zarówno na pierwszym etapie kooperacji, jak i obecnie, z założenia nawet nie próbuje pełnić roli odbiorcy tych przekazów z kortu. Przez długie lata, zwłaszcza na początku kariery, w tej roli występowała zwykle matka, pani Judy Murray. Po długich rozmowach z Lendlem Andy i na tym polu próbuje się teraz zachowywać nieco inaczej. Coś tam naturalnie mruczy pod nosem, szuka wzrokiem ludzi z teamu, ale widząc dobrze wystylizowaną, totalną obojętność Ivana, najczęściej rezygnuje z takich prób. Do jakich zdarzeń prowadzi czasem takie podejście pokazuje przykład z piątkowego meczu z Wawrinką. Pierwszy punkt ostatniego gema i w rakiecie Murraya pęka struna. Szkot mimo to odbija trzy razy podciętym backhandem, zagrywa loba, wreszcie sam atakuje przy siatce i zostaje minięty. Zamiast jednak lamentować i skarżyć się najbliższym na pech uśmiecha się tylko ironicznie, zmienia rakietę i za chwilę wygrywa cały mecz.

Ivan Lendl opowiada teraz, że nie prowadził z Andym żadnych rozmów o pozycji lidera rankingu. „Przyjechałem, aby mu pomóc w wygrywaniu ważnych pojedynków, a wyznaczanie konkretnych celów to już jest jego domena. Osobiście jestem zaskoczony, że udało mu się tak szybko dogonić Djokovicia. Sądziłem, że stanie się to między lutym a marcem przyszłego roku.” Teraz piłka jest po stronie Serba, który aż do Roland Garros ma bardzo dużo punktów do obrony. Na dodatek trudno przewidzieć, jakiego Novaka zobaczymy w sezonie 2017. Geniusza znów biorącego wszystko, czy też kogoś z dziwnymi słabościami ostatnich miesięcy. Jeśli za dwa miesiące stawkę rywalizujących uzupełnią młodzi plus wracająca po przerwie dwójka Roger Federer i Rafael Nadal może się zrobić naprawdę ciekawie. Pierwszy wielki egzamin pod koniec stycznia, na kortach Melbourne Park.

Karol Stopa