andy_murrayZwycięzca bierze wszystko – podkreślają telewizyjni komentatorzy, mówiąc o wynikach wyborów na nowego amerykańskiego prezydenta. A za chwilę opowiadają ze szczegółami o dość licznych jednak komplikacjach i złożonych powiązaniach osobliwej gry w polityczne przywództwo. To jedna z wielu przyczyn, dla których zwykli ludzie na co dzień coraz częściej pokazują plecy tej akurat sferze naszego życia. Prędzej już skłonni są identyfikować się np. ze światem sportu, bo tam z reguły wszystko niemal od razu jest dla nich jasne. Ktoś lepszy w konkretnym meczu, pucharze, lidze czy innym jeszcze cyklu rozgrywkowym to zwykle jest ten najlepszy. Do następnej okazji po prostu niekwestionowany mistrz.

Patrząc uważniej można dostrzec, że obecnie także i w świecie sportu to liderowanie różnie potrafi wyglądać. Mamy dyscypliny, gdzie odpowiedź na proste pytanie, kto jest obecnie mistrzem świata, już nastręcza nam kłopotów. Granice absurdu przekraczają profesjonalne sporty walki, szczególnie boks. Mnogość federacji plus osobliwe metody ustalania list pretendentów do tytułu po stronie odbiorców skutkują zamieszaniem albo niewiedzą. Po łudząco podobnej ścieżce zaczyna kroczyć współczesny tenis. Trzy konkurujące ośrodki decyzyjne, a więc ITF, ATP i WTA doprowadziły do tego, że mamy urodzaj na rozmaite „mistrzostwa”, względnie „finały”. W sezonie takim jak ten, czyli olimpijskim, można do końca świata i jeden dzień dłużej spierać się ze sobą, który z tytułów 2016 był najważniejszy, albo też kogo należy obecnie uznać za tenisowego mistrza globu.

„Tuż przy drzwiach, na początku długiego przedpokoju, który prowadził do średnio eleganckich szatni wisiała wykonana z kartonu tablica. Obok niej, na zwykłej kartce papieru, w rubrykach „wyzywający” i „wyzwany” pojawiały się regularnie nazwiska i proponowane daty pojedynków. Później zapisywano tam wzbudzające spore zainteresowanie wyniki. Ich konsekwencją był ruch, jaki miał prawo wykonać tylko człowiek nadzorujący zabawę. Z ponumerowanej listy na tablicy wysuwał paski z nazwiskami zainteresowanych, a kiedy ktoś, kto wyzwał kolegę na pojedynek ostatecznie go pokonał, dokonywał zamiany miejsc. Nie trzeba tłumaczyć, że wchodzący do klubu od razu rzucali okiem na listę, a potem komentowali zastaną kolejność. Challenge – mówiono w moim klubie o tym sposobie ustalania najlepszego. Dziś nazwa kojarzy się raczej z komputerowym sprawdzaniem orzeczeń sędziów liniowych. Wtedy chodziło o rozbudowany system rywalizacji, a przy okazji sprawiedliwe ustalanie lokalnej hierarchii.”

Nie bez powodu przywołałem powyżej fragment tekstu sprzed ośmiu lat, jaki ukazał się na łamach „Rzeczpospolitej”. W SKS Warszawianka, gdzie jako nastolatek stawiałem pierwsze kroki z rakietą, opisywany przeze mnie budynek przy ul. Merliniego wygląda dziś inaczej, a tamten prosty sposób wyłaniania najlepszego w klubie dawno już w wymiarze globalnym nabrał kosmicznego wręcz przyspieszenia. Teraz to komputer odświeża co tydzień i układa precyzyjne listy, obejmujące parę tysięcy najlepszych w danej chwili graczy na kuli ziemskiej. Na pewno jest nowocześniej, szybciej i precyzyjniej, ale czy aby zawsze bardzo czytelnie to już można podyskutować. Kiedy pisałem tekst w 2008 Roger Federer tracił fotel na rzecz Rafaela Nadala po 237 tygodniach panowania, zaś Jelena Jankovic przejmowała koronę od rodaczki Any Ivanovic. Paradoks polegał wówczas na tym, że zarówno Hiszpan, jak i Serbka ten awans uzyskali po swych porażkach. Znacznie wcześniej, także i później, ranking kroczący wiele jeszcze razy potrafił mylić słabiej zorientowanych, wysuwając na szczyt akurat kogoś, kto mecz właśnie przegrał. Jest to konsekwencja przyjęcia systemu zapętlonej i właściwie nigdy się nie kończącej rywalizacji. W tym cyklu finisz zlewa się z kolejnym startem, ważnych szczytów po drodze jest co najmniej kilka, a nawet krótki urlop przeznacza się raczej na pokazówki za duże pieniądze, nie wylegiwanie pod palmami.

Niezależnie od tego, jak długo nowymi jedynkami światowego tenisa będą teraz Angelique Kerber i Andy Murray co do jednego trzeba się zgodzić. Mamy obecnie do czynienia z klasyczną sukcesją tronu, gdyż władzę przejęli dziś najstarsi zstępni. Zarówno Niemka jak i Szkot od dawna nie należą do grupy młodych-zdolnych, on jest nawet o tydzień starszy od rywala, którego przegonił. Ona była przez cztery lata w dziesiątce, kilka razy przybliżała się do piątki najlepszych, dużo częściej jednak balansowała na granicy wypadnięcia z elity. Wielki skok wykonała dopiero w tym sezonie. Pozycję nr 2 dał jej tytuł w Melbourne, a nr 1 tytuł w Nowym Jorku. Cztery porażki w Azji były już potem nieistotne, bo główna rywalka, Serena Williams, wycofała się z wyścigu. Amerykanka w styczniu  miała jeszcze przewagę 6.355 pkt, dziś o prawie 2 tys. lepsza jest Niemka. U panów Murray czekał rekordowo długo, bo od chwili, gdy po raz pierwszy sklasyfikowano go na miejscu nr 2 minęło w sumie siedem lat i dwa miesiące. Miał znacznie trudniej od swej koleżanki, gdyż na tronie zasiadali po kolei w sumie to trzej męscy odpowiednicy Sereny. Ich zaawansowany wiek, poważne kłopoty ze zdrowiem, w końcu także i odpowiednia forma wicelidera dały mu wreszcie upragniony sukces. W ciągu jednego roku został ojcem, drugi raz wygrał Wimbledon i olimpijskie złoto, a po raz pierwszy w historii został brytyjskim liderem rankingu ATP. Szczególnie tą drugą połową sezonu, gdy odrobił stratę ponad 8 tys. pkt do Djokovicia, trudno się dziś nie zachwycać.

Po trzynastu tygodniach rządów Amerykanina Andy Roddicka w lutym 2004 na czele  klasyfikacji ATP pojawił się Roger Federer. Od tej chwili przez pełne 12 sezonów miejscem nr 1 na koniec roku dzieliła się wyłącznie trójka wspaniałych. Do sezonowej mety Szwajcar dojechał w żółtym trykocie pięć razy, Hiszpan Nadal trzy, Serb Djokovic czterokrotnie. Zważywszy na wyczyny całej wielkiej czwórki ten pierwszy raz Murraya byłby teraz czymś jak najbardziej naturalnym i sprawiedliwym zarazem. Jednocześnie bezbłędny występ Novaka w londyńskiej 02 może za tydzień zniweczyć takie plany. Ot, jeszcze jedna rankingowa „never ending story”…

Karol  Stopa

10 listopada 2016