FBL-EUR2004-MATCH28-50985300Otwieram oczy. Włączony telewizor przenosi nad ranem do chińskiego Zhuhai. Na gigantycznym stadionie dramatyczne pustki, dwie panie z rakietami psują na korcie co drugą piłkę albo i więcej, komentator smędzi jak zwykle. Sezon WTA już oficjalnie zakończony, lecz po raz trzynasty trzeba jeszcze zorganizować takie osobliwe, tenisowe poprawiny. Spora kasa, ponad 2 mln $ do podziału, plus sporo punktów do klasyfikacji czeka na uczestniczki. W tej imprezie jednak te znane metody motywacji chyba straciły swą czarodziejską moc. Gołym okiem widać, jak mało kogo interesuje tam kolejność w drugiej dziesiątce oraz kto ostatecznie w tym Elite Trophy wygra, albo przegra.

Tego samego dnia, już po północy, kładę się spać. Telewizor zmęczony całodzienną pracą pokazuje jeszcze Paryż. Na trybunach hali Bercy jakieś nędzne niedobitki, a na korcie mistrz US Open sam nie wie, czy ma jeszcze walczyć z niemieckim rywalem, czy raczej poświęcić czas blond partnerce, czekającej za bandą. Francuski turniej teoretycznie powinien być wielkim wydarzeniem, bo pula nagród jest tam niemal cztery razy taka jak w Chinach, a punktów też dużo więcej. Ale na starcie zjawiło się zaledwie kilku autentycznie zainteresowanych rywalizacją. Chodzi naturalnie o tych walczących jeszcze o bilet do Londynu i o dwójkę z samej góry rankingu, celującą w nr 1, nie nr 2. Reszta nawet nie kryje, że ma już raczej dość.

Gdy się człowiek uprze i poświęci na oglądanie cały dzień, od wczesnego poranka aż po początek nocy, wyraźnie widać, jak monotonnym i sztucznie przedłużanym spektaklem stał się współczesny tenis. Nie jest przekłamaniem informacja, jaką nam czasem dyskretnie serwują w trakcie niektórych imprez. Godzinne spotkanie faktycznie przynosi kibicom zaledwie 5-10 minut czystej gry. Bo reszta to chodzenie po korcie, intensywne zabiegi toaletowe przed i po każdej akcji, uzupełnianie płynów, poprawianie ubioru, dobieranie piłek, weryfikowanie orzeczeń sędziów, zabiegi przy rakiecie. Nie wzbudza mojego entuzjazmu nowy sternik WTA, pan Steve Simon, ale zaczynam przyznawać mu rację, kiedy mówi o potrzebie radykalnego skrócenia tenisowych pojedynków. Można się spierać, czy jego pomysły przeniesienia rozwiązań z debla na singla, wprowadzenie mistrzowskiego super tie-breaku zamiast trzeciego seta czy skasowanie gry na przewagi aby na pewno ma sens. Zarazem trudno się nie zgodzić, że ten sport musi wreszcie zacząć szukać rozwiązań, bo w przeciwnym razie przegra za moment batalię o swe dotychczasowe audytorium.

Ze świata wielkiego sportu dochodzą dziś niepokojące sygnały o poważnym spadku oglądalności telewizyjnej nawet tam, gdzie wielomilionowa widownia wydawała się dotąd zagwarantowana. W Stanach relacje z The National Football League w ciągu siedmiu pierwszych tygodni tego sezonu poleciały w dół o 12%. W W. Brytanii od sierpnia przekazy English Premier League zanotowały obniżkę o 20%. Naturalnie każda z opisanych tutaj sytuacji ma swe przyczyny i wymaga analiz ekspertów, niemniej wspólna jest jedna bardzo ważna kwestia. Na imię jej: przesyt. Zajmujący się rynkiem telewizyjnym zwracają uwagę na niepokojące mnożenia bytów rozgrywkowych, na wymyślanie coraz to nowych cykli, serii albo też pucharów. W końcu dochodzimy do punktu, gdy skonsumowanie całej tej oferty – dodajmy za coraz wyższe opłaty – staje się wręcz niewykonalne. Całkiem niedawno w Anglii jeden z wtorkowych wieczorów, jaki miał być poświęcony transmisjom z prestiżowej Ligi Mistrzów, przyniósł spadek widowni aż o 40%!! To ważny sygnał ze strony kibiców. Znak, że mają już dość. Sami piłkarze też co pewien czas dają nam do zrozumienia, że nie są maszynkami do gry. Gdy wziąć pod uwagę taką okoliczność można nieco inaczej spojrzeć np. na zwycięski remis Legii z galaktycznym Realem Madryt.

W polskich stacjach telewizyjnych piłki nożnej, także i tenisa, zrobiło się dziś stanowczo za dużo. Transmitujemy teraz wszystkie niemal ligi futbolowe świata, ale i wszystkie turnieje tenisowe, na zasadzie motta z pewnego przeboju, „od Las Vegas po Krym”. Czasem w trakcie jednej godziny antenowej na różnych kanałach pojawia się jednocześnie aż kilka propozycji. Odbiorcy mogą się poduczyć trudnej sztuki dokonywania wyboru więc to plus rozwiązania. Minus polega na tym, że następuje jednak powolne psucie rynku, bo podaż jest stanowczo za duża. Obowiązuje dość prosty schemat. Kibice futbolu mają zazwyczaj swoje ukochane drużyny, albo mecze jakie obowiązkowo muszą zobaczyć więc coraz rzadziej śledzą wszystko jak leci. To samo dotyczy świata tenisa. Ktoś szuka tam imprez przede wszystkim z cyklu WTA, ktoś inny z ATP. Ludzi interesują w pierwszej kolejności te relacje najważniejsze, głównie z turniejów wielkoszlemowych. Imprezy małe, lokalne mają wzięcie wtedy, gdy gra krajan, albo któraś z ulubionych postaci. Pojedynki rund ostatnich, czyli zwykle finały, są niczym rozstrzygające mecze w lidze, albo te na finiszu Champions League. Wtedy nikogo na oglądanie nie trzeba namawiać. W innych przypadkach wskaźniki niepokojąco lecą w dół, na łeb i szyję. Dla sponsorów są to czasem informacje o strategicznym wręcz znaczeniu. Jeśli dalej będą się powtarzać, pieniądze przestaną płynąć tak szeroką strugą jak dotąd. Być może trzeba będzie zacząć zwijać ten hurra optymistycznie napompowany interes.

Karol Stopa