Dominika Cibulkova SVK defeats Angelique Kerber DEU in the singles final at the BNP PARIBAS WTADominika Cibulkova doczekała triumfu w tegorocznym BNP Paribas WTA Finals po czwartym meczbolu, kiedy na koniec taśma – podobnie jak dzień wcześniej w półfinale z Kuzniecową – zaskakująco zmieniła kierunek i długość lotu ostatniej piłki. Po raz pierwszy od 2011 po prestiżowy tytuł sięgnęła 27-letnia debiutantka. Pod koniec września, przed turniejem w Wuhan, Słowaczka była jeszcze klasyfikowana w drugiej dziesiątce rankingu. W połowie października, wygrywając Linz, jako przedostatnia zapewniła sobie prawo startu w Singapurze. Sukces w finale z Angelique Kerber, dla wielu zaskakujący, w sumie jednak okazał się jak najbardziej zasłużony. Po upływie roku scenariusz imprezy zamykającej sezon powtórzył się niemal jota w jotę. Różnica polegała chyba tylko na tym, że wówczas lawinę błędów rywalek spowodowała regularność i karkołomne technicznie akcje Agnieszki Radwańskiej, a dziś pracujące na najwyższych obrotach i nie znające zmęczenia nogi tenisistki z Bratysławy. „Gdyby nie fakt, że tak dobrze gra w tenisa to ze 161 cm wzrostu mogłaby pojechać w Kentucky Derby jako dżokej” – napisano o mistrzyni na stronie stacji ESPN.

Kolejny raz okazało się, że w turnieju granym jak ten, osobliwą metodą „robin round”, ani ranking, ani warunki fizyczne zawodniczek, ani taki czy inny bilans ich gier z rywalkami w sumie nie ma znaczenia. Można zostać zwyciężczynią całości nawet po dwóch wcześniejszych porażkach i nie jest to wcale zdarzenie wyjątkowe. Na bardzo wolnej nawierzchni, wymyślonej jakby specjalnie po to, aby nie dochodziło do zbyt szybkich rozstrzygnięć, kwestią kluczową okazało się w tym roku przygotowanie fizyczne. I to dlatego trzy panie znane z kondycji, silnych jak sprężyny nóg oraz ogromnej waleczności, a więc Kerber, Kuzniecowa i Cibulkova, znalazły się w końcowej czwórce. Niemiecka liderka rankingu, choćby z racji swej wszechstronności, wydawała się poza zasięgiem reszty, ale już w półfinale z Radwańską wyszło, że i ona mocno odczuwa trudy sezonu. Polce chyba kolejny raz przeszkodził ten jeden dzień przerwy mniej od rywalki. Tak czy inaczej w formie, jaką widzieliśmy z Niemką nie przypominała triumfatorki sprzed roku. Mecz Agnieszki z Angelique miał być wielkim spektaklem, niestety okazał się jednym ze słabszych widowisk turnieju. Gdy w niedzielę Kerber zagrała jeszcze gorzej niż w sobotę, sukces rywalki ze Słowacji nie podlegał już żadnej dyskusji. Mały kłopot był tylko z wytrzymaniem presji i domknięciem przez Dominikę tego prestiżowego pojedynku.

Gdy zbliżał się termin tenisowego święta w Singapurze, fachowe media, zwłaszcza te amerykańskie, sporo miejsca poświęcały najpierw nieobecnym. Wyliczanka brzmiała złowieszczo: zawieszona za doping Maria Szarapowa, szykująca się do roli matki Wiktoria Azarenka, kolejny raz tłumacząca się kontuzją Serena Williams, do tego fatalnie grająca przez cały rok Petra Kvitova, która stanowczo za późno zaczęła pogoń za elitą. Szansę dostały trzy debiutantki: Madison Keys, Dominika Cibulkova i Karolina Pliszkowa, plus zaproszona po raz drugi Garbine Muguruza. Od strony statystycznej nie wyglądało to zachęcająco, bo wszystkie panie, poza Hiszpanką, miały ujemny bilans występów w imprezie, a jedynie Rumunka Simona Halep mogła się chwalić remisem. Po zakończeniu turnieju minimalnie na plusie są obecnie tylko Słowaczka i Hiszpanka. Wyraźnej liderki, tak zresztą jak w całym cyklu WTA, wciąż jakoś nie widać. Na starcie turnieju wypowiedziano sporo pochwał pod adresem zdolnej młodzieży, tymczasem cztery najmłodsze tenisistki nie wyszły z fazy grupowej, a w półfinale zagrały dwie 27-latki, 28-latka i 31-latka.

Bombastyczna oprawa imprezy, w wielu elementach żywcem skopiowana z londyńskiej O2 Arena i finałów cyklu ATP, mimo wszystko nie była w stanie przesłonić braków widocznych na korcie. Od strony czysto sportowej tegoroczne WTA Finals z pewnością nie zawiodły kibiców poszukujących w tym sporcie zwrotów akcji, ekscytującej dramaturgii, długich wymian czy nieprzewidywalnych rozstrzygnięć. Co do ważnego przecież poziomu gry to o zachwyty już znacznie trudniej. Kogo ciekawi, jak powinien wyglądać kobiecy tenis na wysokim poziomie, niech poszuka relacji z Sony Ericsson Championships w Madrycie 2006 z udziałem Justin Henin i Amelie Mauresmo, albo finałowych pojedynków jeszcze z nowojorskiej Madison Square Garden. Od tamtych czasów paniom na korcie na pewno przybyło muskułów, najlepsze potrafią seriami posyłać asy serwisowe i zagrywać bardzo efektowne piłki kończące. Zarazem jednak taktyczny spryt, logiczne sterowanie odbiciem, sztuka bezwzględnego wykorzystywania powstałych szans, czy zwykła powtarzalność w konkretnych sytuacjach to chyba jest teraz jakaś wiedza tajemna. Naprawdę, można się załamać patrząc na niektóre „wyczyny” takich pań jak np. Keys, Muguruza czy Pliszkowa. Albo też udawać, że błędów żadnych tam nie ma, mówić głośno o wielkich sukcesach, jakie już przecież przyszły i współczuć siwiejącym z dnia na dzień trenerom…

Singapur gościł finały WTA po raz trzeci. Mimo szumnych zapowiedzi organizatorów impreza w tym roku chyba dostała zadyszki, a frekwencja na trybunach wyraźnie odbiegła od tej na starcie, gdy w 2014 tytuł zdobyła Serena Williams. Pod tym względem trochę przypominało to poprzednią lokalizację, czyli Istambuł, gdzie najpierw trybuny pękały w szwach, a potem wolnych miejsc z roku na rok przybywało. Nowy od roku szef WTA Steve Simon co i rusz zapowiada sporo zmian, po czym okazuje się, że jego zapowiedzi są na razie bez pokrycia. Jedno z najmocniej krytykowanych rozwiązań kalendarzowych, przejście z dnia na dzień od głównego cyklu do turnieju finałowego, osobiście określił jako „wyjątkowo nieudane”. Miał rok na poprawienie fuszerki, nie zrobił jednak nic. W kalendarzu na rok 2017 też na razie widnieje po staremu. Moskwa i Luksemburg finiszują w sobotę, Singapur rusza w niedzielę. Kobiecy cykl WTA chyba jednak wciąż nie ma szczęścia do swych wysoko opłacanych sterników.

Karol Stopa