bublikGdy pod koniec września na antenę Eurosportu trafił turniej ATP w St. Petersburgu, w przekazie z pierwszej rundy znalazł się nieoczekiwanie mecz dwóch bardzo młodych Rosjan, ludzi nieznanych dotąd na głównej tenisowej scenie. Jeden z nich, 20-letni Danił Medwiediew, dotarł do „Sibur Arena” z eliminacji, ten drugi, młodszy o rok Aleksander Bublik, dzięki specjalnej przepustce.

Obu organizatorzy potraktowali niczym przyszłe gwiazdy i układając plan gier wyraźnie dali im szansę zaistnienia. Z perspektywy odbiorców takiego widowiska mamy przynajmniej dwa spojrzenia na sprawę. Część publiki – a zwłaszcza ci wszyscy, którym bardzo bliskie są sprawy szkolenia – wręcz uwielbia podobne okazje. U reszty patrzących po krótkiej chwili zaciekawienia górę bierze zwykle opinia, że szkoda czasu na podobne zabawy. W szczególności, kiedy obaj młodzieńcy na korcie są akurat tak stremowani, że zapominają, co naprawdę potrafią.

Ten mecz rosyjskich tenisowych nadziei okazał się marnym spektaklem. Byłem wręcz zaskoczony, jak surowo ocenił umiejętności obu aktorów komentujący pojedynek Lech Sidor, na co dzień trener o wyjątkowo bystrym spojrzeniu na rzeczywistość. Spotkanie wygrał wtedy starszy z Rosjan, który w II rundzie nie poradził sobie ze zwycięzcą imprezy, Niemcem Alexandrem Zverevem. Po upływie miesiąca, w moskiewskim Pucharze Kremla, ta sama para wystąpiła w zgoła odmiennych rolach.

I Danił i Aleksander stali się wręcz bohaterami turnieju po tym, jak od eliminacji obaj dotarli aż do ćwierćfinału. O Medwiediewie głośno było szczególnie, kiedy wyeliminował finalistę i mistrza imprezy, Serba Viktora Troickiego. Bublik przez tydzień nie opuszczał nagłówków w rosyjskich mediach. W eliminacjach poradził sobie ze znanym już na świecie Andriejem Rubliowem, bliskim kolegą, a zarazem rywalem z imprez juniorskich. W głównym odprawił jednego z graczy „sbornej”, Konstantina Krawczuka, a potem ku zaskoczeniu wszystkich turniejową jedynkę, opromienionego wygraną w półfinale Szanghaju z samym Djokovicem, Hiszpana Roberto Bautistę Aguta. Awans do pierwszego w karierze półfinału ATP był w zasięgu ręki, lecz ostatecznie uciekł. Piątkowe mecze na centralnym trwały wyjątkowo się przedłużyły więc nastolatek po raz pierwszy w życiu po północy musiał rozgrywać tie-break III seta z Pablo Carreno Bustą. Akurat Hiszpan, potem mistrz imprezy, okazał się wyraźnie lepszy. Emocje jakie temu cały czas towarzyszyły rozgrzały do białości trybuny w Sportiwnym Kompleksie „Olimpijskij”.

„Aleksander Bublik – młodość, świeżość, szaleństwo, odwaga, bezczelność. Jestem pod wrażeniem! Będzie z niego Pan Tenisista” – napisał na twitterze inny komentator Eurosportu, Marek Furjan. Nie da się ukryć, że chyba każdy, kto oglądał moskiewskie wyczyny Saszy przede wszystkim zwrócił uwagę na to, że jest to chłopak nietuzinkowy. Od wyglądu zaczynając na sposobie prowadzenia gry kończąc. Podpatruje innych, bierze z tego co zobaczył tylko rzeczy niektóre. Podkreśla, że jednego ulubionego tenisisty nie ma, a najbliżej mu do tego, co demonstruje na korcie Tomas Berdych. Na przedramieniu kazał sobie, niczym Stan Wawrinka, wytatuować dwie sentencje. Na jednej ręce zdanie: „Być liderem, nie outsiderem”, na drugiej: „Nie złamiesz mnie, tylko uczynisz silniejszym”. Bardzo wysoki (193 cm) i bardzo szczupły (76 kg) blondyn, odbijający piłki z iście szaleńczym zacięciem. Ta śmiałość jego niemal wszystkich kortowych poczynań lekko zaskakuje w zestawieniu z bardzo jeszcze chłopięcym wizerunkiem. Można odnieść wrażenie, że te dwa elemnty kompletnie do siebie nie pasują.

Urodził się 45 km od St.Petersburga, w znanej nie tylko w Rosji Gatczynie. Znajduje się tam dawna letnia rezydencja carów, projektowana przez sławnych włoskich architektów siedziba Romanowów, dziś jeden z zabytków UNESCO. Bolszewicy z pałacu zrobili muzeum, miasto nazwali Trock, a za czasów Stalina Krasnogwardiejsk. Na szczęście wszędzie tam wszędzie powoli wraca normalność. „Bardzo lubię przebywać w moim mieście. Jest dużo zieleni, piękne parki, przestrzeń. No i korty, na których zaczynałem” – mówi Sasza o swych rodzinnych stronach. Nie pamięta dokładnie kiedy i jak na nie trafił, ale wie, że na pewno przyprowadził go tam trenujący dzieci tata Stanisław, jego podstawowy trener aż do dziś. Ojciec za młodu nieźle grał też w kosza, a ponieważ jego chrzestny poprowadził zespół koszykarek Spartaka aż do tytułu mistrzyń Rosji, to pytanie, jaki sport ma uprawiać Sasza dość długo stawiano na forum rodzinnym. „Moje życie zawsze toczyło się w sali sportowej. Raz zajmowałem się jedną dyscypliną, za chwilę drugą. Tenis długo wcale mnie nie pociągał.” Teraz autor tych słów dzięki sponsorom z Gazpromu część lata spędza na treningach w Monaco, a część na turniejach. Wyjechał na kilka miesięcy do Stanów, ale tam akurat zraził się do ludzi, na których trafił i szybko wrócił do Rosji.

Niezły junior, klasyfikowany w 20-tce ITF-u, z kilkoma dobrymi wynikami w małych turniejach i raczej kiepskimi w wielkim szlemie. Zaczął te starty bardzo wcześnie, mając zaledwie 14 lat i aż do szesnastego roku życia popisywał się wyjątkową skutecznością. Potem jego impet zmalał, albo też zainteresowania po pierwszych profesjonalnych startach uległy zmianie. Dobry znajomy naszych młodych tenisistów, przegrywał z Hubertem Hurkaczem i Janem Zielińskim, z Polakami często gra też debla. Zaczynał ten sezon z bardzo odległych pozycji, w dziesiątej setce rankingu. Cztery tytuły z futuresów plus wygrane mecze z challengerów pozwoliły wspiąć się na liście. Przed St.Petersburg Open był już w czwartej setce, po VTB Kremlin Cup dziesięciu lokat brakowało mu do drugiej. Jest teraz dziesiątym nastolatkiem w kolejce do czołówki. W 50-tce ATP na razie tylko młodszy Zverev i Coric, a w setce jeszcze Fritz. Bardzo blisko elity Tiafoe, a potem: Halys, Lee, Kozlov, Rubliow, Tsitsipas i właśnie on .

Trudno dziś odgadnąć, jak dalej potoczy się ta ciekawie rozpoczęta kariera. Bo za chwilę może się przecież okazać, że to jeszcze jeden zmarnowany talent, zatrzymany na progu „zapowiadania się”. Porównanie startów w St. Petersburgu i w Moskwie pokazuje, jak różnie może to wyglądać. Na wszelki wypadek światowe media chyba mają już pseudonim dla chłopaka. Jeden z niemieckich dziennikarzy odkrył, że bublik w języku rosyjskim znaczy to samo, co amerykański „bagel”. Po naszemu obwarzanek, okrągły wypiek posypany makiem, solą albo sezamem. Double bagel, czyli podwójne koło, to w języku używanym na kortach mało chwalebny wynik 0/6 0/6. Czy Sasza takie tenisowe obwarzanki będzie rozdawał, czy też przyjmował to na razie zagadka. U nas od „Piwnicy pod Baranami” i Beaty Rybotyckiej śpiewającej tam: „ach, kupcież bubliczki, gorące bubliczki, gdy dacie rubliczki, nakarmię was!” dodatkowych słów raczej nie potrzeba. Ten Bublik, na razie, dobrze się nam kojarzy.