Serena Williams USA TENNIS US Open 2016 8 09 2016 TennisMagazine Panoramic PUBLICATIONxNOTxINxSerena Williams wyraźnie wygasza swoją sportową aktywność. Z poziomu plus minus piętnastu startów na przestrzeni czterech ostatnich sezonów zeszła w tym roku do ośmiu zaledwie turniejów. Kilka dni temu Amerykanka poinformowała, że rezygnuje z gry w Chinach, w Wuhan i Pekinie, a w Singapurze, na spektakularnym finale sezonu, zjawi się, o ile tylko przestanie jej dokuczać kontuzja ramienia. „Jestem już zmęczona tymi moimi ciągłymi problemami zdrowotnymi i porażkami w meczach, jakie dotąd toczyły się raczej po mojej myśli” – powiedziała w wywiadzie dla CNN zdetronizowana liderka WTA.

Cóż, przegrywać nie lubi nikt z nas, a konieczność oddawania pola tam, gdzie się latami z łatwością dominowało jest przykra w sposób podwójny. Tak po ludzku można naturalnie zrozumieć, że ktoś przeżywa stress po tym, jak mu w ostatniej chwili uciekł klasyczny wielki szlem, albo ma poważne kłopoty z konkretną kontuzją, musi się poddać ostremu leczeniu i ograniczyć turniejowe występy. Nieco trudniej to wszystko poskładać, gdy ta sama, cierpiąca ponoć osoba, hasa sobie z lubością po czerwonych dywanach, bierze udział w wysoko płatnych pokazówkach i korzysta z życia, ile się tylko da. Zawodowa tenisistka, która drugi rok z rzędu bezkarnie bierze L4 na 3 ostatnie miesiące w rozgrywkach to nie jest przykład budujący. W żadnym szanującym się zakładzie pracy nikt by na takie fanaberie nie wyraził zgody. W cyklu WTA jednak, gdzie już od dawna wszystko kręci się wokół gwiazd i odbywa niemal wyłącznie na ich życzenie to akurat żadna nowość.

Nie podoba mi się ani ten styl, ani forma, lekceważące machnięcie ręką na rywalizujące koleżanki, na ponoć tak ważny ranking WTA, czy na organizatorów turniejów, wykładających gigantyczną kasę również i na koniec sezonu po to tylko, aby przyjechały najlepsze. Ponieważ jest to sytuacja przerabiana w zawodowych rozgrywkach od wielu lat, a młodsza z amerykańskich sióstr powtarza coś, co robiły już przed nią inne panie, można od biedy przymknąć tu oko. Natomiast wypowiedź Sereny dla CNN powinna – moim zdaniem – uruchomić od razu dwa dość ważne pytania po stronie odbiorców tenisowych widowisk.

Po pierwsze, na ile sama zawodniczka zdaje sobie sprawę, że wspomniane problemy zdrowotne pogorszyła osobiście, występując z niezaleczonymi kontuzjami w najważniejszych turniejach. Pisałem o tym zaraz po tegorocznym Australian Open, tymczasem kolejne starty w wielkim szlemie wcale pod tym względem nie wyglądały lepiej. Amerykanka ma wciąż gigantyczną wręcz przewagę nad większością rywalek, a w przeszłości zdarzało się, że główne tytuły zdobywała dosłownie na jednej nodze. Teraz, gdy przybyło jej lat i kilogramów powtarzanie wyczynów tego rodzaju staje się coraz częściej po prostu niemożliwe.

Pytanie drugie, chyba najważniejsze, dotyczy podwójnych standardów, z jakimi niepokojąco często zaczynamy mieć do czynienia we współczesnym wyczynowym tenisie. Zjawisko najogólniej rzecz ujmując polega na tym, że w punkcie wejścia, czyli na starcie turnieju, słyszymy, że ten czy ów faworyt już wyleczył swą kontuzję, nic go nie boli, a przerwane treningi, jakieś zabiegi na korcie albo odwołane zajęcia to przypadek i efekt prędzej upału niż kłopotów organizmu. Punkt wyjścia, już po turnieju, i nagle dowiadujemy się, że jednak wciąż boli, z grą było źle, a czasem pada właśnie zdanie, że tenisistka „jest już zmęczona swymi ciągłymi problemami zdrowotnymi”. Zastanawiam się nieraz, na ile sami kibice dyscypliny, ci z trybun tenisowych stadionów i sprzed telewizora, mają lekko dość takiej akurat dychotomii.

Ukrywanie prawdy o swym stanie zdrowotnym to z jednej strony jest element strategii, chodzi w końcu o to, aby nie ułatwiać zadania przeciwnikowi na korcie. Z drugiej jednak można odnieść wrażenie, że posługiwanie się półprawdami, dzielenie rywalizujących na równych i równiejszych, czy stosowanie podwójnych miar w tej samej sprawie staje się niepokojącą normą. Do Szczecina przyjeżdża na challengera Constant Lestienne. Niewiele brakuje, aby został nawet finalistą imprezy. Towarzyszy mu opowieść o jednym niewinnym zakładzie bukmacherskim, w jakim wziął udział i za co go ukarano odebraniem dzikiej karty w tegorocznym Roland Garros. Mija kilka dni i okazuje się, że Francuz obstawiał jednak nagminnie, udowodniono mu ponad 200 zakładów i właśnie został surowo za to ukarany. Dość podobna historia z Varvarą Lepchenko. Rosyjski fizjoterapeuta zdradził w lutym, że Amerykankę, tak jak Szarapową, złapano na meldonium, lecz próbuje się zamieść ten przypadek pod dywan. Oficjalny komunikat podano ostatecznie dopiero teraz. W obu przypadkach nie wiadomo, co zrobić ze startami, czyli punktami i nagrodami, jakie zainkasowali po drodze on i ona. Niestety takich spraw jest dużo więcej. A niektóre, naprawdę poważne. Wyciek z bazy danych agencji antydopingowej i mamy kolejny pasztet. Bo na liście tych ze specjalnymi przepustkami są tam – jak się okazuje – np. siostry Williams, czy Rafa Nadal. Kto teraz odpowie, dlaczego jak w przypadku astmatycznych norweskich biegaczek narciarskich, nie upubliczniono wcześniej takich akurat tenisowych informacji?!

Im więcej pieniędzy mamy na tenisowych kortach tym, niestety, przybywa tego rodzaju dylematów. Szczerze mówiąc, zaczynam być mocno zmęczony tymi coraz poważniejszymi problemami mojej dyscypliny…

Karol Stopa