Tenis. Pekao Szczecin Open 2016. 15.09.2016Pekao Szczecin Open to najstarszy i zarazem największy zawodowy turniej tenisowy organizowany w naszym kraju. Ten powszechnie znany i autentycznie lubiany challenger ATP już za rok zamierza hucznie świętować swoje ćwierć wieku. Tymczasem na każdym kroku widać, jak wciąż żwawy jest ten „staruszek”. Przyglądam się z bliska tej pięknej imprezie od kilkunastu lat i to co mnie zawsze ujmuje tam najbardziej to wierna dyscyplinie szczecińska publiczność.

Na malowniczych kortach w Alei Wojska Polskiego spotykam co roku tych samych ludzi i z prawdziwą radością rozpoznaję już niektóre twarze. Obojętnie, czy jest piękna słoneczna pogoda, jak ostatnio, czy akurat deszczowo i chłodno, oni zawsze przychodzą. Meldują się na trybunach całymi rodzinami, z turnieju na turniej są bardziej liczni, zawsze doskonale zorientowani, kto teraz przyjechał i na kogo warto się wybrać, bo ładnie gra. Nie ukrywam, że właśnie takich odbiorców mojego sportu uwielbiam i że to do nich staram się mówić przede wszystkim.

Niewiele brakowało, aby nad polskim morzem padł w tym roku rekord frekwencji. Ostatecznie w trakcie tygodnia odnotowano obecność prawie 25 tys. osób płacących za bilety. Do pełni szczęścia zabrakło dwóch rzeczy: czwartkowej wygranej Jerzego Janowicza w spotkaniu II rundy z Włochem Stefano Napolitano i sukcesu Mariusza Fyrstenberga w piątkowym półfinale gry podwójnej. Kiedy po porażce łodzianina dyskutowaliśmy okoliczności tego zaskakującego zdarzenia z Krzysztofem Bobalą, dyrektorem szczecińskiego turnieju, on postawił sprawę jasno. Z jednej strony doskonale rozumie ogromne rozczarowanie najlepszego polskiego tenisisty, któremu tak blisko mety i przy korzystnym dla niego wyniku w II secie, zwyczajnie zabrakło pary. Powrót na korty po długiej przerwie, wielki sukces w Genui, potem męcząca podróż i przyjazd w ostatniej chwili do Szczecina. Tu trudny pierwszy pojedynek i w końcówce drugiego ktoś na centralnym niemal dosłownie nagle gasi Jurkowi światło. To co się stało można logicznie wytłumaczyć, choć końcowy wynik naturalnie boli. A z drugiej strony awans do ćwierćfinału, jaki uciekł w dziwnych okolicznościach, oznaczałby przecież spełnienie snu organizatorów i przekroczenie wielu frekwencyjnych granic.

We wtorek, przed pierwszym występem Janowicza, do kas przed kortami stały dawno nie oglądane kolejki. Na trybuny kortu centralnego ciężko się było dostać, nie wspominając już o jakimkolwiek wolnym krzesełku. Tak czy inaczej pojemność stadionu została tego dnia przekroczona o kilkaset osób. W czwartek podjęto środki nadzwyczajne, z ogromną starannością pilnowano, by wchodzący zajmowali właściwe miejsc. Znów widać było, że jest nadkomplet. „Janowicz w ćwierćfinale i o niczym nie musiałbym marzyć. No, ewentualnie przydałby się polski akcent w sobotę, na finale debla. Bo w niedzielę, na ostatnim meczu singlistów, od lat szczecińskie trybuny są zawsze pełne”- tłumaczył sytuację dyrektor. Czy się to komuś podoba, czy nie zmienił się i to mocno profil naszej tenisowej publiczności. Obecni na kortach od lat bywalcy oraz koneserzy procentowo na pewno stanowią teraz mniejszość. Kibiców okazjonalnych, potrafiących masowo przyjść „na Janowicza” czy „na Radwańską”, wyróżnia z kolei to, że są w stanie zapełnić nawet spory obiekt i zaskoczyć każdego organizatora. Ludzie dziś żyją chwilą i coraz chętniej kierują się zasadą, że bliższa ciału koszula niż sukmana. Tam, gdzie przed swojakiem zjawi się choćby cień sportowej szansy, przyjdą bardzo chętnie. Kiedy się ich mami obecnością zagranicznych gwiazd, czy ciekawych postaci, potrafią wzruszyć ramionami.

Polski tenis stoi dziś na dwóch fundamentach. Jeden to oczywiście Agnieszka Radwańska, drugi Jerzy Janowicz. Bez ich obecności każda krajowa impreza, poza znaną u nas kiepską średnią, na niewiele może liczyć. Szybko i boleśnie przekonali się o tym ludzie, którzy podjęli się organizacji, skreślonego już z kalendarza, zawodowego turnieju WTA w Katowicach. Przerabiają też tę lekcję osoby zawiadujące challengerami we Wrocławiu, Poznaniu czy Szczecinie. Dramatyczny berliński play-off z Niemcami o Grupę Światową Pucharu Davisa zasygnalizował obiecującą perspektywę. Wygląda na to, że w profesjonalną dorosłość wchodzą właśnie dwaj młodzi gracze, oklaskiwani już wcześniej na szczecińskich kortach, Kamil Majchrzak i Hubert Hurkacz. Podobna sytuacja jest na zapleczu u naszych pań. W grupie młodych zdolnych też może do kilku nazwisk wkrótce trzeba będzie się zacząć przyzwyczajać. Jak zwykle problem sprowadza się do tego, że nie wszyscy z tej grupy dobrze się zapowiadających potrafią w ważnym momencie postawić kolejny krok i znaleźć się za chwilę na liście tych tak chętnie w kraju oglądanych.

Rok temu dyrektor Bobala postanowił, że jedną ze specjalnych przepustek do głównego turnieju przyzna młodemu tenisiście z Trójmiasta, który w ostatnich latach zakotwiczył w stolicy, na kortach Warszawianki. Nazywa się Paweł Ciaś, jest zawodnikiem ambitnym i bardzo solidnie pracującym nad poprawą swej gry. W Pekao Szczecin Open 2015 Ciaś nie zawiódł i walczył o ćwierćfinał z Argentyńczykiem Renzo Olivo. W tym roku splot okoliczności sprawił, że do Pawła znów trafiła tzw. dzika karta. Wyszło z jednej strony gorzej, bo Ciaś przegrał swój pierwszy mecz ze znanym Alberto Montanesem. Kto jednak widział trzysetowy pojedynek Polaka z Hiszpanem ten wie, że na korcie zjawił się tenisista o klasę lepszy od tego sprzed 12 miesięcy.

Gdy na pożegnanie dyrektor dziękował Ciasiowi za walkę i dobre widowisko, napomknął o roku następnym i być może trzeciej dodatkowej szansie. „Bardzo dziękuję panie dyrektorze – usłyszał w odpowiedzi – ale za rok dzika karta nie będzie mi potrzebna. Bo ja tu przyjadę zagrać bezpośrednio, na podstawie rankingu, jaki do tego czasu zdobędę”. Ambitnie, trochę w stylu niezpomnianego Huberta Wagnera. Podejście i sposób myślenia, jakiego chyba najbardziej dziś brakuje potencjalnym następcom Radwańskiej oraz Janowicza.

Karol Stopa