Andy Murray GBR Kei Nishikori JPN TENNIS US Open 2016 7 09 2016 TennisMagazine Panoramic PUBNa tenisowych kortach nie znają trudniejszej formuły niż ta i trudno sobie wyobrazić, aby można ją było przerobić na jeszcze bardziej skomplikowaną. Przecież na starcie każdego wielkoszlemowego turnieju melduje się prawie w komplecie setka najlepszych specjalistów na świecie. Czas trwania to równe dwa tygodnie. Co dwa dni, zaś pod koniec nawet codziennie, trzeba wyjść na kolejny ciężki mecz.

Panie walczą do dwóch wygranych setów, panowie muszą dorzucić do rachunku niby jeden zwycięski set więcej, lecz zwykle oznacza to problemy awansujących nieco później. Teoretycznie wszystko powinno wyglądać jak w kinie, na produkcji mistrza dreszczowców, Alfreda Hitchcocka. Trup na początku, po czym napięcie co parę minut wzrasta, a kulminację przynosi wielki finał. W Nowym Jorku tymczasem – wzorem kilku ostatnich imprez w Londynie, Paryżu czy Melbourne – wszystko coraz mocniej przypomina balon, z którego powoli uchodzi powietrze. Im bliżej końca przedstawienia, tym więcej osób ziewa, a połowa publiczności z trybun Arthur Ashe Stadium idzie sobie do domu …

Nie przepadam za statystykami, lecz te akurat potrafią do mnie przemówić. Podczas I rundy US Open 2016 – mimo że było wtedy gorąco i wilgotno, co raczej zniechęca do długiego przebywania na korcie – odnotowano w rywalizacji tenisistów aż 17 pojedynków złożonych z pięciu setów i 17 z czterech. U tenisistek na tym samym etapie co trzeci mecz, dokładnie 21 na 64, maksymalnie wyczerpywał obowiązującą formułę długości gry. Rzut oka na kolejne turniejowe rundy pokazuje, że potem nastąpiło jednak wielkie hamowanie. U panów z tych siedemnastu maksymalnie długich spotkań nastąpił zjazd najpierw na pięć, potem na dwa, by w IV rundzie dopiero przy pomocy można było odnaleźć ten jeden mecz z piątym setem. Identyczna tendencja przy czterosetowych grach u panów i trzysetowych u pań. Po 21 wydłużonych meczach tenisistki w następnych rundach najpierw zagrały tak dziewięć razy, potem pięć, w IV rundzie zaledwie raz. Gołym okiem było widać jak z dnia na dzień maleje intensywność, a młodzi przegrywają z kretesem wszędzie tam, gdzie obserwujący tak bardzo na nich liczą.

Przez lata panowało przekonanie, że najciekawszą fazą turniejów wielkoszlemowych jest walka o pierwszą czwórkę. W Nowym Jorku tymczasem było z tym różnie. Z czterech zaplanowanych sesji ćwierćfinałowych dwie wtorkowe przyniosły klapę, jeśli idzie o poziom, długość czy atrakcyjność widowisk. W środę powtórzyły taki scenariusz dwie debiutantki otwierające dzień. Potem na kort wyszli jednak Kei Nishikori z Andy Murrayem i Serena Williams z Simoną Halep. Spektakle z ich udziałem poprawiły ludziom humory, bo długimi fragmentami było w tych pojedynkach wszystko co trzeba. Paradoksalnie za to ostatni męski mecz, w okolicach północy tam i nad ranem u nas, wywołał zawód raczej niż zachwyty. Być może za duże były kibicowskie oczekiwania wobec Stana Wawrinki i Juana Martina Del Potro, a tu akurat nagle mocno dały o sobie znać konsekwencje zarowno nowojorskiej imprezy, jak i tej części sezonu.

Finiszujący sportowcy zawsze są bardzo zmęczeni, ale gdy się patrzy na niektóre sytuacje w tenisie po głowie kołacze, że przecież można było do niektórych skrajności nie dopuścić. Niewykluczone, że tegoroczny US Open zapamiętamy jako turniej, w trakcie którego zakiełkował pomysł takich akurat zmian. W pierwszym rzędzie chodzi tutaj o mężczyzn i o wyraźne skrócenie ich rywalizacji. Wzorem jest turniej olimpijski, gdzie do półfinału obowiązywał w Rio de Janeiro system „best of three”, a dopiero w medalowych meczach „best of five”. Na użytek wielkiego szlema mówi się dziś o krótszej formule przez pierwsze cztery rundy i przechodzeniu na pięciosetówki od ćwierćfinałów. Pomysłodawcy twierdzą, że naturalnie doceniają piękne tradycje, ale tenis musi w końcu zauważyć, że współcześni widzowie nie mają już czasu na przesadnie długie maratony na starcie, że buntują się stacje telewizyjne, trybuny pustoszeją w trakcie pojedynków, a co może najważniejsze, sami grający wyraźnie nie wytrzymują trudów długiego sezonu i czterech, a w tym roku nawet i pięciu szczytów formy.

Poprzedni szef rady zawodniczej ATP, Amerykanin Eric Butorac, znakomity deblista, który właśnie zakończył swą karierę i zaczął pracę w USTA, uchylił rąbka tajemnicy i opowiedział o dość ostrych dyskusjach w poprzednim gremium na temat konieczności przyspieszania gry. Dodał zaraz, że i ci nowo wybrani koledzy też podobno wzięli sobie temat mocno do serca. Chodzi cały czas o korty znacznie szybsze od obecnych, o formuły turniejowe, które nie powinny być przesadnie rozciągane, o stanowcze egzekwowanie przerw między piłkami. Z informacji, jakie wypłynęły wynika, że dość poważnym oponentem jest w tych kwestiach Andy Murray. Uważa on, że nie należy teraz niczego zmieniać, bo kibicom odpowiada stan obecny. W odpowiedzi usłyszał kilka razy od kolegów, że oni wolą jednak jak Szkot gra z Serbem Novakiem Djokovicem przez dwie tylko godziny, nie zaś przez cztery.

Tenisowe mistrzostwa Stanów Zjednoczonych to rywalizacja słynąca z innowacji. To Amerykanie wprowadzili przecież nocne sesje turniejowe, tzw. nagłą śmierć, a potem tie-break na koniec seta, oni wyeliminowali różnicę dwóch gemów w secie decydującym, oni pierwsi zastosowali model rozstawiania 32 osób i elektroniczną weryfikację decyzji sędziowskich. W tym roku na kortach juniorskich i tam gdzie w specjalnej imprezie (Collegiate Invitational) walczy uczelniana czołówka nagle pojawiły się specjalne zegary, odliczające 20 sekund pomiędzy kolejnymi piłkami. Sędzia na stołku uruchamia mechanizm, głośny sygnał oznajmia, że czas minął, a zawodnik powinien zostać ukarany. Obserwatorzy są wręcz zdumieni, jak ten prosty manewr zdyscyplinował rywalizację, jak nagle skończyły się głupawe tłumaczenia, znane z występów gwiazdorów. Bardzo możliwe, że za rok czy dwa sposób rozgrywania męskiego turnieju też przejdzie sygnalizowaną tu modyfikację. O ile faktycznie wpłynie to potem na jakość i na atrakcyjność decydujących pojedynków chyba warto podjąć takie ryzyko!

Karol Stopa