Kontuzja kolana plus parę innych dolegliwości spowodowało, że zaraz po wimbledońskim półfinale 35-letni Szwajcar, Roger Federer zrezygnował ze wszystkich pozostałych tegorocznych startów. Jego rówieśniczka, młodsza o prawie dwa miesiące Serena Williams, triumfowała na trawiastych kortach Londynu i na ceglanych Rzymu, lecz znalazła pogromczynie w wielkoszlemowych finałach w Melbourne oraz w Paryżu. Nic nie zwojowała też podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio, a na dodatek wciąż słyszymy o dolegliwościach uniemożliwiających jej starty. Starsza z amerykańskich sióstr, 36-letnia Venus Williams, dzięki wynikom uzyskanym w drugiej części sezonu 2015 wróciła w wielkim stylu do pierwszej dziesiątki WTA, teraz jednak gra nierówno i często rozczarowuje swych sympatyków. Cała trójka to ludzie, którym zdecydowanie bliżej niż dalej do zakończenia sportowej kariery. Co zatem sprawia, że w wieku jaki osiągnęli wciąż jeszcze im się chce?

Z perspektywy kibica takie sytuacje ocenia się dość łatwo i zazwyczaj po linii najmniejszego oporu. Wokół mamy przecież tyle osób, które choć osiągnęły finansowy dobrobyt, stale im mało i biją się o więcej. Analogia do sportowych krezusów wydaje się zatem oczywista i chyba dlatego najczęściej jest kolportowana. Tymczasem w świecie wielkiego wyczynu, owszem, spotykamy wiele tego typu postaci, ale najczęściej działają tam zupełnie inne mechanizmy. Zaproszony na pokazową imprezę w chorwackim Umagu ciekawie opowiadał o tym 46-letni dziś Amerykanin, Andre Agassi. Za kilka dni mamy dziesiątą rocznicę jego pożegnania z wyczynowym tenisem. Wiele osób świetnie pamięta ten ostatni mecz, III rundę US Open z Niemcem Benjaminem Beckerem. Dla mnie, na stanowisku komentatorskim Eurosportu, z paru powodów była to też chwila wyjątkowo wzruszająca. Jedna z tych, gdy trudno powiedzieć coś sensownego, bo łzy same cisną się do oczu.

„Tablica wyników informuje, że dziś przegrałem. Jednocześnie ta tablica nic nie mówi o tym, co ja  wywalczyłem. A przecież te ostatnie 21 lat to mnie akurat dało zwycięstwo, skoro zasłużyłem sobie na Waszą lojalność. To Wy mnie popchnęliście na kort i potem w dorosłe życie” – słowa Agassiego po 4-minutowej owacji całego stadionu na jego cześć powinny być przypominane współczesnym jak najczęściej. Kto czytał „Open”, świetną biografię tenisisty, wie doskonale, ile przeszkód musiał pokonać młody chłopak z Las Vegas zanim stał się wielką gwiazdą kortów. Książka zaczyna się od drobiazgowego opisu stanu zdrowia kogoś, kto bierze kortyzon i trzy zastrzyki przeciwbólowe, bo inaczej nie byłby w stanie o własnych siłach opuścić szatni na Arthur Ashe Stadium. Niewielu dziś, może poza autentycznie chorymi, potrafi zrozumieć logikę takiego postępowania. Szczególnie, że cena jest tu gigantyczna, daleko wyższa od legendarnych zarobków. „Dziś wiem, że moje ciało jest znacznie starsze niżby to wynikało z samej tylko daty urodzenia. Rano mam problem, gdy trzeba się podnieść, a potem schylić i zawiązać buty” – mówił Andre w Umagu przed pokazówką ze swym  starym kumplem, Chorwatem Goranem Ivaniseviciem.

Gwiazda amerykańskiego baseballu, Jackie Robinson, powiedział kiedyś, że „każdy sportowiec umiera dwa razy”. Z tym drugim odejściem jest tak, że wszyscy przerabiamy go podobnie. Nikt nie wie, jak to będzie w jego przypadku, ani kiedy i gdzie przyjdzie ta ostatnia chwila. Przy „śmierci” sportowej zainteresowani mają wpływ na moment jej nadejścia, ale zwykle zero pomysłu, co dalej. Andre Agassi uważa, że jemu akurat pomogło wyznaczenie sobie nowego celu. Fundacja założona z równie sławną małżonką, Steffi Graf, niesienie pomocy dzieciom poszkodowanym przez wojnę czy przemoc, plus do tego wiele innych form aktywności sprawiło, że tenisista potraktował swą sportową emeryturę jak zwolnienie z ciężkich obowiązków. Po ludzku mówiąc, jak ulgę. Rzut oka na inne gwiazdy po drugiej stronie barykady pozwala się zorientować, że nie zawsze wygląda to tak słodko. Są aktywni i spełniający się na wielu polach, ale również i tacy, którzy nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić. Wpadają w nałogi i czasem bardzo źle kończą.

„Prawda jest taka, że sportowa kariera wypełnia zwykle jedną trzecią naszego życia i nie daje przez ten czas ani jednej wskazówki, czym się zająć potem, przez pozostałe dwie trzecie. A na pytanie, jakie mi ludzie często zadają, kiedy jest ten właściwy moment, aby skończyć, odpowiadam zawsze, że żadna chwila nie jest tą odpowiednią. Bo każdy musi stosowny dla siebie moment wybrać sam” – mówił Andre Agassi w Umagu. Tekst na ten temat zamieszczony na stronie internetowej CNN przez Danielle Rossingh i Ursina Caderasa wart jest, aby mu poświęcić więcej czasu niż zabiera samo tylko przeczytanie. Bo rzeczywiście perspektywa sportowej emerytury – jak dowodzi tego słynny tenisista – przypomina trochę szykowanie się na śmierć. I dokładnie właśnie wtedy każdy powinien odchodzić na własnych warunkach.

Karol Stopa