Novak Djokovic SRB Olympia 2016 in Rio Tennis 07 08 16 Virginiebouyer panoramic PUBLICATIONxNJedni są zachwyceni lawiną niespodzianek oraz sukcesami własnych faworytów, inni marszczą brwi a potem pytają o sens imprezy tej rangi w absurdalnie przeładowanym kalendarzu profesjonalistów. Od Seulu 1988, kiedy przywrócono tenis do programu igrzysk olimpijskich, ósmy raz dyskutujemy wciąż te same wątpliwości. Obrońcy grają na patriotycznych nutach, wymachują sztandarami i po cichu liczą, że może teraz, w jakimś tam kolejnym mieście pełniącym rolę gospodarza, rozmaite ograniczenia zmienią na starcie układ stawki i akurat naszym dadzą szansę na medal. Przeciwnicy wzruszają ramionami na te podniosłe zaklęcia, ceremoniał i zabawy klasyfikacyjnych rachmistrzów,  bo ich zdaniem wciąż oglądamy próby połączenia czegoś, co tak naprawdę połączyć się nie da.

Cykl ATP i cykl WTA to dwa mocne fundamenty, na jakich zbudowano rywalizację współczesnych zawodowców z rakietami. Wejść w tę przestrzeń jest niezwykle trudno. Co roku cztery gigantyczne szczyty rozgrywkowe, niemal co tydzień kilka mniejszych, średnich albo bardzo dużych turniejów. Dla najlepszych królewskie apanaże i gigantyczna sława. Całość spina klasyfikacja, modyfikowana non-stop, przez 52 tygodnie. Do środka można się dostać jedną tylko drogą, poprzez zdobywanie cennych punktów. Konstrukcja powstawała latami więc jest wyjątkowo spójna. Wyrwanie stamtąd czegokolwiek na korzyść trzeciego suwerena, jakim jest w tenisie ITF, zarządca Pucharu Davisa, Pucharu Federacji i Igrzysk Olimpijskich, przy obecnym układzie sponsorskim i telewizyjnym nie wchodzi w grę. Mimo tego próby wciąż są podejmowane, a my przed Rio de Janeiro dowiadujemy się, że właśnie odbędzie się piąta w sezonie impreza wielkoszlemowa. Turniejowe drabinki, gdy się im przyjrzeć w strefie medalowej, każą jednak postawić duży znak zapytania przy takiej tezie. Bo dziwnym zrządzeniem losu liczba nieobecności i niezrozumiałych rozstrzygnięć podczas igrzysk w Brazylii znów odbiega od tego, co dzieje się zwykle w głównym nurcie rozgrywkowym.

Z punktu widzenia grających występ w igrzyskach to jest piekielna próba. Przy 11-miesięcznych obciążeniach trzeba znaleźć energię na jeszcze jeden spektakularny start, na dodatek wyjątkowo uważnie obserwowany w kraju. Dla wielu  jest to zadanie ponad siły. Jedni się od razu wycofują i dość pokrętnie mówią o przyczynach. Inni jak np. Dominic Thiem uczciwie stawiają sprawę i jasno tłumaczą swe decyzje. U Austriaka to brak punktacji „zmienił rangę turnieju i upodobnił go do pokazówki”, co za tym idzie określił jego preferencje. Zabranie 800 pkt za złoty medal – w Atenach i w Pekinie jeszcze je przyznawano – było niestety ciosem morderczym. Zadali go działacze ATP i WTA, prowadzący na każdym froncie wojnę z ITF. Absurdalnie brzmią zarzuty i pretensje wobec grupy zawodniczej, jaka ostatecznie zdecydowała się do Brazylii pojechać. Bo to nie brak punktów, niechęć czy też zła wola spowodowała ich porażki. Realia startu w igrzyskach nijak nie przystają dziś do warunków, z jakimi na co dzień ma do czynienia tenisowa elita. W tej sytuacji nawet mocna wola zwycięstwa może na korcie nie wystarczyć, kiedy pojawiają się jakieś gdzie indziej nieznane doraźne przeszkody. Kwestie podróży, zakwaterowania, podstawowych warunków na obiekcie, czy rozmaitych spraw organizacyjnych inaczej są postrzegane przez ludzi, którzy kilka lat czekali na to święto, inaczej przez tych, którzy za moment będą mieli swe następne duże okazje.

Miałem komentatorski debiut podczas igrzysk w Barcelonie 1992 i dobrze pamiętam zastrzeżenia ekspertów po porażkach Borisa Beckera czy Peta Samprasa, który w turnieju olimpijskim pojawił się wtedy po raz pierwszy i ostatni zarazem. Przykładów dominujących postaci, które albo omijały igrzyska, albo szybko odpadały – jak teraz Novak Djokovic czy Serena Williams – jest dużo więcej w historii igrzysk. Trudno generalizować, bo każdy przypadek jest inny, ale też sytuacja z Brazylii to chyba kolejny sygnał, że pomału gaśnie nam parę współczesnych gwiazd. Gdy dodamy rozmaite ich choroby, albo kontuzje powstaje długa lista tłumaczeń. Tak naprawdę jednak przyczyna główna tych dziwnych rozstrzygnięć tkwi – moim zdaniem – gdzie indziej. Jest to taki grzech pierworodny tenisowych olimpijczyków. Aby go poznać i zrozumieć trzeba się cofnąć aż do roku 1924 i igrzysk, jakie się wtedy odbyły na przedmieściach Paryża, w Colombes.

Turniej przy rue Francois Faber był fatalnie zorganizowany, brakowało tam ochrony i sędziów, a publiczność w trakcie pojedynków potrafiła nawet wchodzić na kort i robić sobie zdjęcia. Do awantur między ówczesnym MKOl oraz International Lawn Tennis Federation dochodziło bez przerwy, bo działacze olimpijscy uważali, że na czas igrzysk powinno się z kalendarza wykreślić Wimbledon, tak aby zawodnicy mogli się skupić w tym okresie na jednej tylko ważnej imprezie. Kwestią dodatkową, bardzo poważną, był też wtedy status grających, z których wielu nie mieściło się w obowiązującej formule sportu amatorskiego. Kiedy jeszcze główne nagrody zgarnęli goście zza oceanu, konkretnie znakomity Vincent Richards, który ograł legendę Francuzów Henri Cocheta, gospodarze stracili całe swe serce do tenisa. A że mieli wówczas dużo do powiedzenia we władzach olimpijskich, dyscyplina znikła z programu na całe 60 lat.

Do powrotu paradoksalnie najmocniej przyłożył rękę też Francuz, akurat wtedy sternik światowego tenisa, pan Philippe Chatrier. Czasy się zmieniły, różne stare problemy nie znikły. Ruch olimpijski np. mocno obniżył swoje surowe kiedyś standardy, współcześnie nie brzydzą go już profesjonaliści-milionerzy walczący o medale. Za to trzy ważne tenisowe organizacje (ITF, ATP, WTA) jak szalone mocują się teraz ze sobą, która przeciągnie więcej na swoją stronę. Przepychanka trwa w najlepsze, impreza olimpijska stale na tym traci. A wystarczyłoby raz na cztery lata odchudzić profesjonalny kalendarz o kilka turniejów i lepiej wyeksponować igrzyska. Podwyższyć ich punktację do poziomu znanego z imprez wielkoszlemowych oraz inaczej wyłaniać startujących, w oparciu o ich wartość sportową, nie klucz geograficzny. Do jakich absurdów prowadzi akurat ta ostatnia metoda widać na przykładzie kilku innych niż tenis dyscyplin. Tak czy inaczej, gdyby nastąpiło te kilka ustępstw, a ktoś z ważnych panów działaczy wykonał jeden czy drugi pokojowy gest, olimpijski tenis od razu urósłby w siłę. Patrząc jednak na brak dobrej woli ze strony zainteresowanych, niestety, mało realny wydaje się taki naprawczy scenariusz. Smutne, ale jakże prawdziwe.

Karol Stopa