Tennis 2016 Wimbledon Championships Week One Saturday Day Six Mens Singles Round Three Novak„Czasem i ślepej wiewiórce trafi się orzech” – ten komentarz, dosyć oryginalny i lekko złośliwy, być może faktycznie tłumaczy nam mechanizm jednej z największych niespodzianek ostatnich paru lat, zwycięstwo Sama Querreya nad Novakiem Djokovicem w III rundzie Wimbledonu. Najpierw jednak warto podkreślić, kto był autorem wspomnianej wypowiedzi. Chodzi o 52-letniego Craiga Boyntona, znanego amerykańskiego szkoleniowca. Pracował on kiedyś z Jennifer Capriati i Jimem Courierem, potem wypromował Johna Isnera, a dziś prowadzi Steva Johnsona i od niedawna jego deblowego partnera Sama Querreya. W Londynie dobry humor nie opuszcza właściciela akademii „Saddlebrock Tennis” ani na minutę. Na trawnikach All England Clubu fantastyczną reklamę robią mu przecież różni jego podopieczni, zarówno ci aktualni, jak i dawni, choćby taki Rosjanin, Andriej Kuzniecow.

Jeśli idzie o Amerykanów są obecnie w siódmym tenisowym niebie. Querrey został pierwszym od 14 lat Jankesem, który w imprezie wielkoszlemowej pokonał rozstawionego z nr 1. W Wimbledonie ostatni taki wyczyn zdarzył się w 1985 roku, kiedy Kevin Curren wyeliminował Johna McEnroe.  Dokumenty w muzeum przy Church Road i specjalna tablica obok kortu nr 18 to osobliwy ślad po spotkaniu Johna Isnera z Nicolasem Mahut w 2010. Grali przez trzy dni, ponad 11 godzin, wynik piątego seta brzmiał 70-68. Wątpliwe, aby komukolwiek udało się poprawić wyczyny Amerykanina i Francuza. W 2012 zakończył karierę Andy Roddick i odtąd tenisiści z USA w czterech turniejach głównych raczej nie odgrywali tych ważnych ról. Zjawiali się czasem ciekawi gracze, lecz żaden nie potrafił pójść w ślady Johna McEnroe, Jimmy Connorsa, Andre Agassiego czy Peta Samprasa. Obecnie za oceanem szykuje się do szturmu grupa bardzo zdolnej młodzieży, na razie jednak liczą się wciąż ci ze starszej generacji.

Środowisko nie kryje zaskoczenia, że to akurat 28-letni dryblas z Kalifornii okazał się pierwszym od 13 miesięcy śmiałkiem, potrafiącym pokonać Serba w wielkim szlemie. Ani bilans ich spotkań, ani wcześniejsze starty w Wimbledonie nie podpowiadały takiego scenariusza. Z tym dziwnym ni to uśmieszkiem ni to grymasem Sam jest typem zawodnika, który na korcie chwilami przeprasza, że żyje i boi się poprosić sędziego o elektroniczny challenge. Poza kortem wesoły, zrelaksowany i z zaskakującym poczuciem humoru. W Londynie cztery lata temu rozegrał z Marinem Cilicem drugi najdłuższy mecz w historii turnieju. Ponad pięć i pół godziny walki i 15-17 w piątym. Dwa lata później Jo-Wilfried Tsonga i w piątym 12-14. A w tym roku nagle odrobienie straty dwóch setów i w decydującym 12-10 z Lukasem Rosolem, potem spacer z Thomazem Belluccim, wreszcie horror z Djokoviciem. Aż dwa dni rywalizacji, cztery przerwy spowodowane deszczem, lawina błędów sędziowskich plus wiele bardzo nerwowych sytuacji.

Jeśli idzie o Serba to uważni obserwatorzy wcześniej dostrzegali niepokojące sygnały. Novak po historycznym sukcesie na Roland Garros jako jedyny z czołówki przez trzy tygodnie nie zagrał w ani jednym turnieju na trawie. W pokazówce „The Boodles Tennis” pokonał go łatwo David Goffin, a z ciągu dalszego tej imprezy lider ATP zrezygnował. Z Querreyem do złudzenia przypominał samego siebie z przegranego meczu z Jirzim Veselym w Monte Carlo. Tam akurat, po morderczym dublecie w Indian Wells i Miami, nie panował ani nad uderzeniami, ani o dziwo nad poruszaniem się po korcie. Na konferencji w Londynie nie rozwinął tego wątku, lecz są podstawy, aby sądzić, że jakiś uraz, chyba pleców, to była w piątek i sobotę ta okoliczność dodatkowa, ważna i utrudniająca mu występ. Ale wielki pokonany nie skorzystał z okazji, nie tłumaczył się i nie szukał wymówek. Nie poszedł też w ślady swej wielkiej koleżanki, która w Nowym Jorku w podobnym momencie zrejterowała przed prasą.

Mówiąc do mediów Serb nie skrytykował gospodarzy, którzy – znając fatalne deszczowe prognozy -  Andy Murraya dali na zadaszony centralny, zaś lidera cyklu celującego w wielki szlem na odkryty, czyli narażony na przerwy kort nr 1. W przeszłości takie manipulowanie układem gier było dość charakterystyczne zwłaszcza podczas US Open. Fatalnie dysponowani sędziowie liniowi też tego dnia od Novaka nie oberwali. To z kolei słynny Brad Gilbert, nawiązując do dziwnego 10-tego gema w IV secie, gdy Serb nie mógł skorygować dwóch kolejnych pomyłek, bo wyczerpał już swój limit, zaapelował o wyposażenie arbitra na stołku w monitor i danie mu szansy poprawiania takich werdyktów. Bo jak się potem okazało była to sytuacja, jaka w istocie powinna doprowadzić do V seta. Zobaczyli to telewidzowie, wiedział o tym Djokovic, tymczasem błędu nie skorygowano, bo nieżyciowy przepis wykluczył użycie nowoczesnej technologii. Ciekawi mnie po jakiej awanturze i kogo dotyczącej ktoś ważny z ITF-u puknie się wreszcie w głowę i przeprowadzi stosowne zmiany w przepisach dotyczących elektroniki…

Kibice dyscypliny porażkę Djokovica przyjęli ze smutkiem względnie z dziką radością. Pół biedy, gdyby chodziło im o jedną ze starych, naturalnych sportowych reguł, ujętą hasłem „bij mistrza!”. Stało się tak, że na kortach obowiązkowo trzeba być dziś albo za kimś, albo przeciw komuś. Zdroworozsądkowa trzecia opcja, ta za dobrym tenisem, niestety zanika. Co naprawdę robią ci z rakietami, dlaczego raz wygrywają, a innym razem ponoszą porażki, zdecydowanie mniej się teraz liczy. Górę bierze, i to ostro, taka swoista filozofia Kalego na gruncie sportowym. Specjalistyczna prasa tymczasem, znana z poważnego podejścia do tego rodzaju tematów, pisze wprost, że „kolejna wielka postać współczesnego tenisa pokazała właśnie swą ludzką twarz”. Steve Tignor z magazynu „Tennis” analizie porażki Serba dał tytuł „Djexit”. Jak nietrudno zgadnąć podobieństw do „Brexitu” jest dziś sporo więc warto się nad kilkoma kwestiami pochylić, a nie tylko bezmyślnie wymachiwać okolicznościowym szalikiem.

Niecały rok temu, dosłownie na ostatniej prostej, zaledwie dwa mecze od celu, gigantycznej presji nie wytrzymała w nowojorskim półfinale Amerykanka Serena Williams. Teraz w londyńskiej grze o IV rundę klątwa wielkiego szlema dopadła Novaka Djokovica. Oba przypadki może mają jakieś  dodatkowe wytłumaczenie, ale też oba potwierdzają prawdę, powtarzaną non-stop przez wszystkie wielkie postacie dyscypliny. Dziś tytuły zdobyte po kolei w Melbourne, Paryżu, Londynie i Nowym Jorku to jest osiągnięcie wręcz kosmiczne, trudne do wyobrażenia. Na im wyższy poziom sportowy wchodzą współczesne rozgrywki tym większy kłopot ze znalezieniem takich suwerenów. Za dwa lata miną trzy dekady od wyczynu Steffi Graf, za trzy lata stuknie pół wieku od drugiego już popisu australijskiej legendy, Roda Lavera. Po drodze było tak wielu geniuszy tenisowej rakiety, a jakoś żadnemu dotąd powtórka z historii nie wyszła. Nic też nie wskazuje na rychłą zmianę sytuacji, bo w przyszłości o taki sukces z pewnością będzie jeszcze trudniej, a nie łatwiej.

Karol Stopa